×
Artur Nyk Blog
  • Fotografie
  • O mnie
  • Jak zostać fotografem
  • Jak to zrobiłem
  • do kawy
  • Fotografie
  • O mnie
  • Jak zostać fotografem
  • Jak to zrobiłem
  • do kawy

17 czerwca 2011

| przez Artur Nyk

Iluzja euro

Zawsze lubiłem zdjęcia makro, gdzie cały plan mam w zasięgu ręki. Jedyne zdjęcia, które mogę robić sam bez asystentów i całej ekipy, bo po za mną nikt się już nie zmieści koło aparatu.
Na zlecenie agencji zrobiłem kiedyś próbę zdjęć do kalendarza z banknotami euro. Kalendarz miał być dla jakiegoś banku, a ilustracje miały cyframi nawiązywać do miesięcy. O ile bez problemu można było zrobić  miesiące 1,2,5,10 to inne trzeba było dopiero stworzyć z tego, co mamy.
Na pierwszy ogień wziąłem cyfrę 3. Wiedziałem, że jeśli to się uda, to z innymi miesiącami też sobie poradzę.
Najpierw wizyta w kantorze, gdzie zamiast pytać, po ile jest dzisiaj euro, to pytałem, czy mają idealnie nowe banknoty.
Potem próby, próby, próby wymyślenia koncepcji tworzenia różnych cyfr. I wreszcie ustawianie mozolnie po milimetrze planu. Miało to być tylko próbne zdjęcie, ale i tak starałem się, by było jak najlepsze. Jednak w pewnym momencie musiałem się poddać i zostawić smugę światła w górnym lewym rogu kadru. Mimo że starałem się, by krawędzie banknotu stykały się idealnie to w końcu zabrakło mi cierpliwości :)

Teraz trochę żałuję, bo ta smuga światła przeszkadza mi. Ale w końcu zawsze można to zrobić teraz w PS :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Jak to zrobiłem, realizacje, sesja
komentarz

16 czerwca 2011

| przez Artur Nyk

Jak to modelem byłem

Nieocenione to doświadczenie, gdy nagle stanie się po drugiej stronie obiektywu. Ja raz przeżyłem coś takiego, ale doświadczenie to wykorzystuję do dzisiaj.
Dawno już temu, gdy robiłem taśmowo zdjęcia dla Alpinusa, wysłano mnie na sesję do Kazimierza nad Wisłą. Jechaliśmy tam w połowie marca i w samochodzie mieliśmy głównie wiosenne ubrania, bo właśnie takie mieliśmy sfotografować. Wyjeżdżając z Katowic, cieszyłem się wiosennym słońcem i myślałem, jak fajnie będzie w takich warunkach robić zdjęcia.
Jednak  kilkadziesiąt kilometrów przed Kazimierzem, na drodze zobaczyliśmy idealnie równą linię, za którą rozpościerała się piękna zima. Takiego zjawiska nigdy wcześniej nie widziałem. Nie zatrzymaliśmy się też, by to sfotografować, bo zaskoczony nagłą zmianą warunków na drodze, skupiłem się na prowadzeniu i omijaniu samochodów, które wylądowały w przydrożnych rowach.
Na szczęście mieliśmy też trochę kurtek i polarów, gdyż inaczej nie mielibyśmy co tam robić, a tak sesja wiosenna zmieniła się w zimową.
Pojechaliśmy tam w cztery osoby, czyli dwóch fotografów i czterech modeli. Rozwiązanie tej matematycznej zagadki jest proste. Jurek Pawleta i ja mieliśmy podwójne role fotografa i modela. Jurek, podróżnik, fotograf i filmowiec, przynajmniej wyglądał, jak dobry model, a ja… zdecydowanie wolę być po tej stronie aparatu, gdzie jest wizjer.
Pierwszego dnia ja byłem fotografem. Musiałem o wszystkim decydować, znaleźć plener, koncepcję, dobrać ubrania, zarządzać czasem itd., czyli normalna praca fotografa wzbogacona o rolę stylisty i producenta.
Drugiego dnia wszystko wyglądało inaczej. To Jurek miał na głowie wszystkie problemy. Ja zadawałem tylko pytania, co mam robić? Co mam włożyć?  Zimno mi! Pić mi się chce! W sumie to fajna jest rola modela, pełny luz :)
W tych samych warunkach występowanie w innej roli było kompletnie innym doświadczeniem. Dzięki niemu poczułem, jak się czuje model w sytuacji, gdy fotograf szuka koncepcji, nie wie co zrobić, wymaga pozowania w niewygodnej sytuacji albo, co gorsza, wymaga od modela, by sam coś od siebie dodał. Polecam każdemu fotografowi takie doświadczenie.
Fotografie i filmy z całego świata możecie zobaczyć na stronie Jurka Pawlety.
Jak to można by powiedzieć o mnie, skoro widać mi pół głowy… :)

Tu jestem już cały i to na pierwszym planie

Czyżbym zamawiał 4 piwa?

Stara, dobra Mamiya z obiektywem shift…

Po dobrej stronie aparatu

 Moja mina świadczy, że nie mam biletu

Już po zdjęciach, jedzenie z tego lokalu wspominamy do dzisiaj

 Kot nigdy nie ucieknie mi ;)
 Nie mogę sobie przypomnieć, po co był na tej sesji statyw?

Wszystkie zdjęcia Jurek Pawleta

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
backstage, foto mądrości, Mamiya, porady, sesja
komentarz

15 czerwca 2011

| przez Artur Nyk

Dziewczyna + woda

Lubicie testy? Ja tak. Jakiś czas temu przyjechała do mojego studia Monika z agencji Look Up z modelką Magdą. Wymyśliłem sobie już wcześniej, że przy okazji zdjęć testowych dla Magdy, zrobię sobie próby zdjęć z wodą. Woda jest zawsze bardzo atrakcyjna na fotografiach, ale trzeba wiedzieć, jak się zachowuje. A tego można dowiedzieć się tylko w praktyce. Chociaż zrobiłem już wiele zdjęć z wykorzystaniem wody, to zawsze można wymyślić coś nowego.
Tak też zrobiłem i przy okazji zdjęć Magdy, mogłem do woli testować strumienie wody. Dwie osoby lały wodę w najróżniejszy sposób. Zmieniając naczynie, ilość wody, wysokość, z jakiej leje się wodę, uzyskiwaliśmy zupełnie inne rezultaty.
Magda okazała się przemiłą dziewczyną i dzielnie znosiła moje pomysły. Choć starałem się ją zabezpieczyć przed totalnym przemoczeniem, nie do końca mi się to udało :)

Mój patent na zabezpieczenie przed wodą :)
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Jak to zrobiłem, sesja
komentarz

13 czerwca 2011

| przez Artur Nyk

Kran w abstrakcji

Kiedy wymyślamy, jak ma wyglądać jedno zdjęcie, to sprawa jest jeszcze prosta. Jeśli robimy całą serię to poziom trudności rośnie. Najtrudniej jest, gdy musimy wymyślić koncepcję, która będzie realizowana przez długi okres.
W 2003 roku agencja Mediatec zleciła mi pierwsze zdjęcia kranów na okładki katalogów. Znając moje zdjęcia abstrakcyjne, wpadli na pomysł, by wykorzystać je jako tła dla kranów. Kolorowe fotografie szkła i papieru były na tyle uniwersalne, że pozwalały wkomponowywać w nie najróżniejsze krany i jednocześnie tak unikalne, że trudne do podrobienia przez konkurencję.
Pomysł spodobał mi się i realizując pierwsze zdjęcia postanowiłem tak je komponować, by zdjęcie kranu łączyło się ze zdjęciem szczegółu. Szukałem linii, które wychodząc z jednego zdjęcia, mają swoją kontynuację w drugim. W większości sytuacji dało się tak zrobić, ale kilka razy nie poszło zbyt dobrze. Wtedy szukałem kolorów, które pomagały w kompozycji obu fotografii.
Zdjęcia z tej serii robię do dzisiaj, nadal według tej samej koncepcji z 2003 roku. Pomysł się sprawdził i choć zdjęcia pochodzą z różnych lat to stanowią stylistyczną całość. A z tego jestem zadowolony.

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
realizacje
komentarz

12 czerwca 2011

| przez Artur Nyk

Magic hour czyli odgrzewane porady

Wczorajsza sesja była tak męcząca, że do dzisiaj nie mogę dojść do siebie. A może to efekt malej imprezki po sesji? Parę piw chyba nie może tak zadziałać …. :)
W związku z tym, zamiast pisać coś nowego, zaserwuję Wam mój mały artykuł na temat robienia nocnych zdjęć. Gdy przeczytałem go, nie mogłem wyjść ze zdziwienia, że kiedyś jeden z portali płacił mi za takie coś :)
Jutro będę w lepszej formie :)

Kto nie lubi zachodów słońca? Na pewno nie ci z nas, którzy akurat są na wakacjach nad morzem i z aparatem w ręku czatują na najlepszy moment na zrobienie zdjęcia. Ale gdy słońce zachodzi, rozglądamy się naokoło i zastanawiamy, co by tu dalej zrobić.

 

Część z nas będzie chciała skorzystać z szerokiej oferty lokali gastronomicznych, ale ja bym jeszcze radził z tym zaczekać. Oto mamy jeden z najlepszych momentów na zrobienie efektownego zdjęcia. Nadeszła bowiem  „magic hour”, czas, gdy światło dzienne zrównuje się w swojej intensywności  ze światłem ulic, sklepów, samochodów.  Nazywana jest godziną, ale często w praktyce trwa znacznie krócej. Inaczej wygląda nad morskim bulwarem, a inaczej w mieście, gdzie budynki zasłaniają dużą część światła. Ale najwaźniejsze, że to naprawdę magiczna chwila. Niebo przybiera wszystkie możliwe kolory, od granatu do czerwieni, odbija się intensywnie od karoserii samochodów i okien wystawowych. Ponieważ słońce nie świeci bezpośrednio, światło jest bardzo miękkie i ma niesamowity, ciepły kolor.

No i najlepsza wiadomość. Nie będzie niezbędny jeszcze statyw, o ile mamy aparat cyfrowy i możemy podnieść czułość lub w zwykłym aparacie mamy założony  film o czułości minimum 400  ISO. Jeszcze lepiej, jeśli możemy ustawić czułość 800 lub nawet 1600 ISO. Oczywiście, im wyższa czułość, tym  łatwiej będzie zrobic ostre zdjęcie, ale nie przesadzajmy, bo z drugiej strony zawsze pogarsza to też jakość zdjęcia. Im wyższa wartośc ISO, tym bardziej zwiększają się szumy matrycy, widoczne jako ziarno na zdjęciu.

Robiąc zdjęcie wieczorem, aparat będzie pewnie próbował użyć lampy błyskowej. Pozwólmy mu na to tylko w sytuacji, gdy robimy portret na tle pejzażu. Jeśli interesuje nas tylko pejzaż, lampa nie jest potrzebna. Wręcz może zaszkodzić, oświetlając pierwszy plan i burząc nastrój magicznej godziny.

Niestety, to piękne światło szybko znika i robi się coraz ciemniej. Nadchodzi czas, gdy nawet wysoka czułość nie pozwala na robienie zdjęć z ręki. Czas, gdy szczęśliwi posiadacze statywów mogą wreszcie z dużą satysfakcją rozstawić swe cacka. Wiem doskonale z własnego doświadczenia, że nie ma nic gorszego, niż noszenie cały dzień 10-cio kilowego, zawadzającego wszędzie statywu i nieużycie go ani razu. Bo ze statywem jest jak z czołgiem. Im większy i cięższy, tym lepiej. Jego zasadniczą cechą ma być unieruchomienie aparatu. A nawet zamocowany na statywie aparat łatwo jest poruszyć. Przy lekkim statywie, nawet naciśnięcie spustu migawki, może spowodować wibracje. Również powiew wiatru, czy kroki osoby przechodzącej obok, mogą zaszkodzić naszemu zdjęciu. Nawet małe drgania statywu będą widoczne jako brak ostrości, czy rozmycia na zdjęciu.

Jednak noszenie ciężkiego żelastwa przez cały dzień może być atrakcyjne tylko dla wielbicieli siłowni. Natomiast nam wystarczy trochę kreatywnego myślenia i zwykła reklamówka. Do reklamówki wkładamy to, co mamy ciężkiego pod ręką, kamienie, butelki z wodą itd. i następnie wieszamy ją na statywie, ale w taki sposób, by się nie huśtała. I proszę, oto lekki statyw zmienia się w stabilną podstawę pod aparat. Może nie zastąpi to nam profesjonalnego sprzętu, ale bardzo ułatwi życie. Aby uniknąć nawet niewielkich drgań, nie naciskamy sami spustu, tylko korzystamy z samowyzwalacza lub pilota.

Ten sam moment robienia zdjęcia, inny czas naświetlania i inny efekt. Pierwsze zdjęcie było naświetlane przez 6 sekund (f 14, iso 100), a drugie przez 0,4 sekundy. W rzeczywistości wyglądało to, jak na pierwszym zdjęciu u góry. Pomijając oczywiście, że w tamtym momencie oświetlenie było w innym kolorze.

 

Większość cyfrowych aparatów ma programy do zdjęć nocnych, które dobrze się sprawdzają. Jeśli nasz aparat nie ma takiego, możemy w trybie ręcznym ustawić najdłuższy dostępny czas lub w programie automatycznym włączyć maksymalną korekcję na prześwietlenie. Jeśli w kadrze nie ma mocnych źródeł światła to nawet spore prześwietlenie nie zepsuje nam nocnego zdjęcia. Efekt może być nawet bardzo ciekawy. Zobaczymy nocną scenę, ale w znacznie jaśnieszym świetle.

A po zrobieniu zdjęcia, kamienie wyrzucamy, wodę wypijamy i idziemy dalej. Na przykład do baru.

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej

porady
komentarz

12 czerwca 2011

| przez Artur Nyk

Sesja pod ziemią

Wczorajszy dzień był bardzo intensywny, sesja w kopalni nie należy do łatwych, jest ciemno, ciasno, wilgotno. Ale gdy fotografuje się piękne dziewczyny, to nie są to problemy, które bardzo przeszkadzają.
Z Zuzą Chyba pracowałem już wcześniej przy kalendarzu, miałem więc całkowitą pewność, że wszystko pójdzie dobrze. Karolina Kłos pierwszy raz pojawiła się na mojej sesji i również wszystko poszło bardzo dobrze. W takich trudnych warunkach profesjonalna modelka to niezwykle istotna sprawa.
Robiliśmy 4 zdjęcia do kalendarza, za każdym razem zmieniając plan. A to oznaczało całą masę chodzenia po długich korytarzach i przeciskania się z lampami w ciasnych miejscach. Do tego cały czas trzeba było na lampy uważać, by ich nie uszkodzić, a softboxów nie ubrudzić. 
Oprócz modelek na zdjęciach wystąpiło też paru prawdziwych górników. Zwłaszcza jeden miał niezłą fuchę. Odgrywał rolę sztygara, czyli siedział wygodnie oparty o ścianę i patrzył, jak inni pracują :)
Na razie możecie zobaczyć  kilka zdjęć z backtage’u. Ale już niedługo dziewczyny będziecie mogli zobaczyć bez szlafroków :)

I parę zdjęć z ajfona by Gosia

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
backstage, Jak to zrobiłem, sesja
komentarz

10 czerwca 2011

| przez Artur Nyk

Jak ja to zrobiłem???

Zdarzyło się Wam zapomnieć, jak zrobiliście jakieś zdjęcie? Ja mam czasem ten problem. Patrzę na zdjęcie i za żadne skarby nie mogę sobie przypomnieć, jak ustawiłem wtedy światło…
Staram się zawsze robić zdjęcia całego planu, aby móc w przyszłości powrócić do takiego samego światła. Ale też nie zawsze da się to zrobić na jednym zdjęciu, bo lampy się np. na wzajem zasłaniają albo nie mogę się dostatecznie cofnąć, by objąć cały plan.

Od pewnego czasu używam fajnego programu na ajfona Strobox. Aplikacja jest bezpłatna i dostępna w App Store. Strobox to rodzaj szkicownika – pamiętnika dla fotografa. Mamy do dyspozycji dużą gamę sprzętu, lamp, blend, które możemy sobie dowolnie rozstawiać po planie zdjęciowym.
Ja korzystam z tego nie tylko, aby zanotować, jak zrobiłem zdjęcie, ale głównie służy mi do projektowania światła przed sesją.
Do tego celu program nadaje się znakomicie. Zwłaszcza przy większych sesjach, gdzie kilka razy trzeba zmienić plan, zamiast tłumaczyć asystentom, gdzie i co mają rozstawić, wystarczy dać im schemat.

Program ma też parę wad. Raz zapisanego ustawienia lamp nie da się edytować. Nie można też rozróżnić wielkości softów, te różnią się tylko kształtami, więc gdy mamy dwie okty o różnej wielkości, sami musimy wymyślić, jak to oznaczyć.
Pomimo tego i tak program jest wart polecenia.

 Tak wygląda ekran w trakcie ustawiania lamp

Po zapisie możemy już tylko obejrzeć schemat. Lampa na boomie w dziwnej perspektywie to sposób zaznaczenie lampy świecącej z góry.

 No i opcja: Wyślij do asystenta :)
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
backstage, Jak to zrobiłem, sesja, sprzęt
komentarz

8 czerwca 2011

| przez Artur Nyk

Drobne oszustwo

Spójrzcie na to zdjęcie, czy widzicie, co jest nie tak? Robiąc to zdjęcie do kalendarza Rzecz Śląska, nie przewidziałem jednej rzeczy. Dopiero na sesji zorientowałem się, że nie ma szans, by zrealizować je tak, jak sobie wymyśliłem. 
Dostałem wstępny pomysł, by sfotografować Kamila Durczoka na Nikiszowcu, miejscu wybitnie śląskim, a  jednocześnie naszpikowanym antenami satelitarnymi. Ja rozwinąłem ten pomysł i wymyśliłem, by Kamil siedział na parapecie okna z nogami na zewnątrz. Sam nie wiem, jak to zrobiłem, że się zgodził na to, ale wiem, że raczej już mnie nie lubi :)
Znalazłem odpowiednie miejsce, zapukałem do drzwi, gdzie otworzyła mi starsza pani. Czy mogę skorzystać z pani okna, by sfotografować Kamila Durczoka? Oczywiście, nie ma problemu. Pani nawet się nie zdziwiła. Ludzie w mieszkaniu po drugiej stronie ulicy też niczemu się nie dziwili, tylko pozwolili mi wejść do swojego mieszkania, bym mógł robić zdjęcia. Fajni ludzie tam mieszkają :)
Znaleźliście już, co jest nie tak?

Gdy oglądałem sobie plener z wysokości chodnika, widziałem go dokładnie tak, jak jest teraz na zdjęciu. Gdy znalazłem się już w trakcie sesji w mieszkaniu naprzeciw, to okazało się, że w obiektywie aparatu  nie wygląda to tak, jak chciałem, Aby sfotografować okno z Kamilem, musiałem użyć obiektywu standardowego, czyli 80mm ( Mamiya ). Tylko, że wtedy familoki po lewej stronie zajmowały w kadrze tylko mały fragment obrazu. Aby sfotografować je tak, jak chciałem, musiałem użyć obiektywu 150 mm, co powodowało, że w kadrze na pierwszym planie mieściły się tylko buty Kamila…
Fizyki nie oszukam, to od razu zrozumiałem i zrobiłem najpierw familoki po lewej stronie na 150 mm, a potem spokojnie robiłem zdjęcia Durczokowi.

Dziękujemy ci Photoshopie :)

Ponieważ pojawiają się głosy, że Durczok jest wklejony, to proszę jeszcze kilka zdjęć z planu.

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
architektura, Jak to zrobiłem, Mamiya, sesja
komentarz

8 czerwca 2011

| przez Artur Nyk

Wszystko było nie tak

Przeszukując dzisiaj zdjęcia, wpadła mi w oko jedna fotografia z bardzo dziwnej sesji.
Było to kilka lat temu, gdy pracowałem dla Gerlacha. Robiłem dla nich dużą serię zdjęć katalogowych i aranżowanych porcelany i sztućców. W pewnym momencie pojawił się temat sesji zdjęciowej z modelkami do jakiegoś magazynu life style’owego. Nazwy nie podaję nie dlatego, że nie chcę, ale dlatego, że nie pamiętam. Pierwszy raz wtedy dowiedziałem się, że taki tytuł istnieje.
W agencji, która obsługiwała Gerlach, powiedziano mi, że tym razem klient zdecydował, że zdjęcia będzie robił jakiś bardzo dobry fotograf z Warszawy.

No trudno, nie mogę przecież robić wszystkiego. Na drugi dzień zadzwonił do mnie Wojtek z Akademii Fotografii z propozycją, bym to ja zrobił tę sesję. Przez godzinę nie mogłem opanować śmiechu na myśl o minie klienta, gdy zobaczy mnie na sesji :)
Okazało się, że magazyn zlecił sesję Akademii Fotografii, a oni zadzwonili do mnie.

Gdy jednak przyjechałem na miejsce z moimi asystentami to mnie nie było do śmiechu. Dowiedziałem się, że między magazynem, a Akademią była jeszcze jedna agencja dziwnego pokroju, której zadaniem była organizacja strony.
Założenia były takie: sesja odbywa się w restauracji Belvedere w Łazienkach, gdzie jest mnóstwo światła i bieli, są dwie modelki z agencji Gudejko, a stroje są lekkie i przewiewne, w klimacie restauracji.
Natomiast realia lekko się różniły… Na miejscu dowiedzieliśmy się, że zdjęcia będą w restauracji, w Łazienkach, niedaleko Belvedere. Taka subtelna różnica. No i zamiast jasnego, rozświetlonego wnętrza, znaleźliśmy się w restauracji całkiem fajnej, ale o wystroju bardzo ciemnym i zupełnie innym klimacie.
Również modelki nie miały nic wspólnego z agencją Gudejko.

Rzeczy, które przygotował stylista, zupełnie nie pasowały do klimatu miejsca. Modelkami też nie byliśmy zachwyceni. Na dodatek dowiedzieliśmy się, że zamiast 8 godzin na sesję, mamy tylko 4.

Gdy już się uspokoiliśmy, zaczęliśmy się  zastanawiać, co robimy w tej sytuacji. Ja byłem za powrotem do domu, bo tego typu potraktowanie nas wszystkich było dla mnie niedopuszczalne.
Sławek na wszelki wypadek zaczął przygotowywać modelki, a my wisieliśmy na telefonach, rozmawiając ze wszystkimi, którzy maczali palce w tej sesji. Po dwóch godzinach Sławek zdążył przygotować dziewczyny, a my postanowiliśmy jednak zrobić zdjęcia, choć dzisiaj już nie pamiętam, co przeważyło o tej decyzji.

Zostały nam dwie godziny, na cztery zdjęcia. Gdy robiliśmy ostatnie zdjęcia, kelnerzy już bardzo nerwowo chodzili na około nas i prosili, byśmy kończyli, bo zaraz przyjdą klienci.
To zdjęcie, które tu pokazuję, było chyba najlepsze ze wszystkich. Po obróbce nawet dobrze wygląda, nie widać, że ściany są zielone, a sukienki różowe…

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Jak to zrobiłem, realizacje, sesja
komentarz

7 czerwca 2011

| przez Artur Nyk

Aperture ważniejszy niż aparat

Chyba już zorientowaliście się, że lubię Aperture. Ten program był powodem mojego przejścia na maki, a teraz już nie wyobrażam sobie pracy ze zdjęciami bez Aperture. Początki nie były łatwe, pierwsza wersja, chociaż już miała dużo fajnych bajerów, nie była mistrzem wydajności. Ta poprawiła się mocno w wersji 2,  a Aperture 3 to już rewelacja.

Ale mnie na początku największą trudność sprawiła kompletnie inna filozofia pracy w tego typu programie. Wcześniej miałem na pececie prostą przeglądarkę IrfanView (całkiem fajną zresztą), a wszystkie operacje na RAWach robiłem albo w programach Canona, albo w Photoshopie.
Wszystkie zdjęcia trzymałem w katalogach systemowych, osobno RAWy, osobno tiffy i jpgi. W jednych katalogach miałem duże obrobione zdjęcia, w drugich pomniejszone do wysyłania mailem. Każde zdjęcie było fizycznie obecne na dysku i miałem do niego dostęp z poziomu systemu. Uważałem to za całkiem normalny sposób trzymania zdjęć na kompie. Oczywiście miało to wiele wad, nie było łatwo znaleźć konkretnego zdjęcia, a wiele z nich miałem w kilku miejscach jednocześnie, co zajmowało niepotrzebnie miejsce na dysku. Teraz nie śmiejcie się. To wszystko było w czasach, gdy mój komputer miał dysk 20 GB… Jakoś dawałem sobie radę :)

Gdy przeszedłem na Aperture, wydawało mi się dziwnym pomysłem, by wrzucać wszystkie zdjęcia do biblioteki programu, gdzie nie miałem do nich normalnego dostępu inaczej, jak przez Aperture. Ponieważ jest możliwość, by zamiast importu zdjęć do biblioteki, korzystać z normalnej struktury plików, wybrałem taką opcję. Wytrwałem w ten sposób może z miesiąc. Bałagan, jaki zrobiłem w ten sposób, był ogromny. A wszystko z powodu braku konsekwencji. Bo zamiast korzystać tylko z programu, to raz robiłem coś w Aperture, a raz bezpośrednio z poziomu systemu. Generalnie powstał tak wielki chaos, że nie miałem już innego wyjścia, musiałem zawierzyć idei jednej biblioteki.

Przez pewien czas było to dziwne, ale już po tygodniu zrozumiałem, jak to wszystko działa i z każdym dniem przekonywałem się już coraz bardziej. Nie musiałem już mieć dwóch tych samych zdjęć w dwóch katalogach, jeśli nie mogłem się zdecydować, do jakiej kategorii je zakwalifikować. Nie musiałem też trzymać miniaturek, bo te robiły się dopiero w trakcie eksportu.
To była druga dziwna na początku dla mnie zasada. Zdjęcia zawsze mają w Aperture oryginalne rozmiary i dopiero w momencie, gdy chcemy je wysłać na zewnątrz, decydujemy, jaki mają mieć format i rozmiar. Ta genialna zasada pozwala dowolnie modyfikować wygląd zdjęcia aż do momentu gdy będziemy zadowoleni, a jednocześnie mamy ciągle jeden oryginalny plik. Wszystkie operacje bowiem są robione w sposób nieingerujący w oryginał, czyli w każdym momencie mogę zmienić dowolne ustawienie koloru, ekspozycji, kontrastu, krzywych itd. Mogę też tworzyć dziesiątki wersji tego samego zdjęcia, fizycznie mając na dysku ciągle tylko jeden plik.
Tego typu funkcji usprawniających pracę, są tam dziesiątki. Szkoda, że Apple nie płaci mi za reklamę, bo mógłbym być świetnym ambasadorem Aperture :) Przy okazji to chyba najtańszy program tego typu, w App Store kosztuje 63 euro.

Nieskromnie dodam, że niedługo będę prowadził szkolenie z Aperture w Warszawie :) Uwielbiam opowiadać o nim, gdybym miał przestać fotografować to tylko po to, by szkolić z Aperture :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, Apple, porady, warsztaty
komentarz
← 1 2 3 →

© Artur Nyk

↑

Polityka plików cookies

Mam najlepsze ciasteczka, idealne do kawy. Życzę miłego oglądania moich fotografii Odwiedź stronę Polityka plików „cookies” aby dowiedzieć się więcej.

Close