×
Artur Nyk Blog
  • Fotografie
  • O mnie
  • Jak zostać fotografem
  • Jak to zrobiłem
  • do kawy
  • Fotografie
  • O mnie
  • Jak zostać fotografem
  • Jak to zrobiłem
  • do kawy

30 września 2011

| przez Artur Nyk

Ciemne światło czyli fotografujemy bieliznę

Z okazji piątkowego Dnia Chłopaka czas na zdjęcie bielizny :) Oczywiście z magazynu Forum i znowu z Olą Kuligowską. I nie są to ostatnie zdjęcia z nią, jakie jeszcze zobaczycie :)
Wszystkie zdjęcia robiliśmy w sklepie Almi Decor oddzieleni od klientów jedynie zasłonami. Miłe panie wyłączyły nam światło i nagle zrobił się klimat, jak w studio, było ciemno i jedynie moja lampa oświetlała Olę. Użyłem tylko jednego softu, Wafer 100×140 Bowensa. Mam go od 12 lat i jest to jeden z moich najbardziej ulubionych softów. W połączeniu z ciemnym tłem, jednym, miękkim źródłem światła bardzo łatwo stworzyć klimat, który ja nazywam ciemnym światłem. 
Aby go stworzyć, ustawiam soft bardzo blisko fotografowanej postaci pod dużym kątem (prawie równolegle), tak, aby światło ślizgało się po dziewczynie. I to wszystko. Reszta polega na pracy z modelką :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Bowens, Jak to zrobiłem, realizacje, sesja, sprzęt
komentarz

29 września 2011

| przez Artur Nyk

Forum Magazyn

Kontynuuję publikację moich zdjęć z ostatniej sesji dla Forum. Oto kilka przykładowych stron magazynu. Uważam, że zdjęcia robione pod konkretny layout pokazywane powinny być w ten sposób.
Wyglądają wtedy zwykle znacznie lepiej, niż gdybym pokazał je osobno, jako równorzędne zdjęcia.
Wszystkie główne zdjęcia były świecone białym beauty dishem 70 cm Elinchrom  (z lewej strony) + wafer 100×140 Bowensa jako kontra. Proste i bardzo uniwersalne światło, a przy tym świetnie nadające się do takich zastosowań.
Nie mam jeszcze pełnego pdfa z magazynem, ale jak tylko go dostanę, to będę się dalej chwalił :) Jest tam jeszcze parę zdjęć, z których jestem zadowolony, np. bielizny…

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
dobre zdjęcia, Elinchrom, Jak to zrobiłem, realizacje, sesja
komentarz

29 września 2011

| przez Artur Nyk

Paryż w Gliwicach

Wreszcie mogę opublikować zdjęcia z ostatniej sesji do magazynu Forum. A ponieważ jest ich ponad 150, będę Was systematycznie nimi zasypywał :) To bardzo fajne uczucie, gdy cała kilkudziesięciostronicowa gazeta jest wypełniona moimi zdjęciami. Jedynie okładki są autorstwa Marcina Tyszki, ale to raczej dobre sąsiedztwo :)

Dzisiaj na początek moje ulubione zdjęcia z tej sesji, czyli fotografie plenerowe przygotowane zresztą w Silver Efex Pro2, o czym ostatnio pisałem. Pozowali oczywiście Ola Kuligowska i Jacek Jelonek.

Nie lubię pisać o tym, co chciałem uzyskać, opisywać, co jest na zdjęciach, dopisywać teorię. Zdjęcia jakie są widać i koniec. Albo się podobają albo nie. Dzisiaj pokażę je bez żadnego opisu, a potem zobaczycie je jeszcze w kontekście klimatu gazety.
Ja najbardziej zadowolony jestem z pierwszego zdjęcia skaczącej Oli. Jak to robiłem, można było zobaczyć na zdjęciach z backstage’u. Światło w większości jest zastane, słońce było prawie dokładnie za plecami Oli. Zdjęcie robiliśmy między 09:30, a 10:00. Pamiętam dokładnie godziny, bo fontanna pracuje w określonych godzinach :) Z boku, z lewej strony doświetlałem Deep Octą 100 Elinchroma.

Canon 24-105/4 L IS,  67mm f4  1/200s  ISO100
Kolejne zdjęcie robiliśmy na rynku ok 12:00, czyli w najgorszej możliwej porze, jeśli chodzi o światło. Widać u Jacka głębokie cienie pod oczami. Nie chciałem doświetlać tego lampą, bo mogłoby to spłaszczyć obraz i jedynie trochę blendą rozbiliśmy cienie. Pewną trudnością było też zrobienie zdjęcia w momencie, gdy w kadrze nie ma innych ludzi, na rynku nie jest to łatwe.
Tak, rejestracja jest wmontowana, miałem do dyspozycji tylko taką rysunkową niestety.

Canon 85/1,8 USM,  85mm  f3,2  1/8000s  ISO200

 Ta fotografia zrobiona jest o 13:10 wyłącznie w świetle zastanym. Częściowo rozbite jest ono przez liście drzew po lewej stronie.

Canon 24-105/4 L IS,  40mm  f5,6  1/640s  ISO400
Po obiedzie pod Urzędem Miasta zrobiłem tę fotę, znowu korzystając z pomocy drzew. Pierwotnie chciałem czekać, aż słońce dotrze do fontanny, jednak w pewnym momencie tak spodobało mi się światło przefiltrowane przez liście, iż zdecydowaliśmy się fotografować. Była 15:20.

Canon 24-105/4 L IS,  60mm  f8  1/160s  ISO400

0 16:30, gdy robiłem to zdjęcie, światło miało już piękny ciepły kolor, bardzo przydatny przy czarno-białej fotografii :), ale nadal było bardzo ostre. Ola jest doświetlona dużą białą blendą stojącą po lewej stronie. Pracowaliście kiedyś z kotem na planie? Ja parę razy i efekt zawsze jest kwestią szczęścia. Tym razem kot prawie dobrze pozował. Problemem był tylko ogon, który schował się za kotem, ale był widoczny jego cień. Musiałem więc przykleić mu drugi ogon :)

Canon 24-105/4 L IS,  32mm  f8  1/200s  ISO400
Finalne zdjęcie zrobiłem o 18:15. Tu już obyłem się bez blendy, trzeba było tylko pilnować Jacka, by nie patrzył zbyt nisko, bo znowu tworzyły się cienie pod oczami. Musiał więc patrzyć się dokładnie w słońce, co nie było dla niego łatwe

Canon 24-105/4 L IS,  55mm  f11  1/125s  ISO200
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
dobre zdjęcia, Elinchrom, Jak to zrobiłem, plenery, realizacje, sesja
komentarz

27 września 2011

| przez Artur Nyk

Jak sprzedać aparat

Przypomniała mi się dzisiaj historia sprzedaży mojego aparatu. Działo się to trzy aparaty temu, czyli chyba w 2005 roku. Ponieważ przesiadłem się na Canona 5D, miałem do sprzedania 20D. Aparat był w dobrym stanie po ponad dwóch latach pracy i przebiegu, który szacowałem na około 70.000 zdjęć.
Wystawiłem go na aukcji za 1 zł bez ceny minimalnej i dokładnie opisałem stan i historię użytkowania, a nawet podałem telefon, gdyby ktoś chciał zadać dodatkowe pytanie. No i zaczęło się…

Najpierw zrobił się na aukcji duży ruch i szybko cena osiągnęła około 500 zł. Wtedy zaczęły się smsy. A ile jest bad pikseli? A za 600 zł sprzeda pan na już? A ile razy był czyszczony? A dlaczego tak drogo? A ja go kupię, ale za 400 zł. A niech pan zadzwoni do mnie to zadam parę pytań. A ile jest bad pikseli? A jaki jest przebieg? A ile jest bad pikseli? A był już naprawiany? Jak to nie ma bad pikseli? Muszą jakieś być! A ja to bym go kupił, bo od profesjonalisty to na pewno dobry. A na pewno jest zepsuty, bo dlaczego bym go sprzedawał?

Właśnie Canonem 20D zrobiłem to zdjęcie. Dobry aparat to był :)

W którymś momencie przestałem już reagować na kolejne genialne pytania o bad piksele i propozycje sprzedania poza aukcją poniżej aktualnej ceny. Miałem jednak wrażenie, że trafiłem do alternatywnego świata, gdzie ludzie do myślenia używają chyba łokci, ale na pewno nie mózgu.

Były też bardziej konkretne propozycje. Zadzwonił jeden gość i powiedział, że bardzo chce go kupić, ale przed licytacją chciałby zobaczyć aparat. Umówiłem się w jakiejś knajpie w Warszawie, przyniosłem aparat pięknie zapakowany w pudełko. Facet przyszedł i w pierwszych słowach stwierdził, że nie będzie oglądał aparatu, ponieważ nie zna się na tym. Za to wymyślił, by zrobić przegląd Canona w serwisie. Na mój koszt. Miałem pewne trudności z wytłumaczeniem mu, że skoro dzisiaj mamy sobotę, a w niedzielę kończy się aukcja, to ciężko mu będzie w poniedziałek po przeglądzie licytować…..

W końcu Canona kupił ktoś z Wrocławia (w normalnej rynkowej cenie). Nawet nie spytał się o bad piksele, obejrzał pobieżnie, zapłacił i pojechał do domu. Mam nadzieję, że dobrze mu służy do dzisiaj.

Jeżeli jeszcze kiedyś będę sprzedawał aparat na aukcji, treść ogłoszenia będzie następująca :

Sprzedam Canona, z dużym przebiegiem, wszystko działa. NIE MA BAD PIKSELI!!!! Nie odpowiadam na smsy! Nie sprzedam poniżej aktualnie osiągniętej ceny. I NIE MA BAD PIKSELI!!!

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Canon
komentarz

27 września 2011

| przez Artur Nyk

Obrobiępotem czyli jak zapchać dyski

Mam znajomego, który zaraz po sesji kasuje wszystkie zdjęcia, z których nie jest zadowolony. Zawsze uważałem takie zachowanie za ekstremalne. Przecież to, co w tej chwili mnie nie satysfakcjonuje, za jakiś czas może się spodobać. Wiele razy miałem już sytuacje, gdy zaglądając do sesji po długim czasie odkrywałem jedno czy dwa zdjęcia wcześniej uznane za prawie odpady, a teraz nagle zaczynały mi się podobać. Można powiedzieć, że były to foty wyprzedające swoją epokę :)))
A na poważnie, to bardzo często zaraz po sesji podchodzimy do wyników naszej pracy bardzo subiektywnie. Dlatego staram się nigdy nie wybierać zdjęć od razu po ich zrobieniu, gdy w głowie mam jeszcze świeże wspomnienia z tego, jak wyglądała sesja, przemieszane z wcześniejszymi wyobrażeniami, jak powinna wyglądać.

Nie kasuję też zdjęć nieudanych, bo często przydają się jakieś małe ich fragmenty do montażu głównego zdjęcia. W końcu nadchodzi jednak moment, gdy foty są obrobione i nic już nie uzasadnia trzymania na dysku zdjęć typu Przydadząsiędomontażu, a jednak zawsze mam opory przed kasowaniem. A może jeszcze się przydadzą do czegoś? A może szkoda kasować? A może…

Tytułowa kategoria Obrobiępotem to zdjęcia, które są prawie dobre. Czyli, ani nie są dostatecznie dobre, by się nimi chwalić, ani dostatecznie złe, by je szybko skasować. Oczywiście zawsze brak czasu, by się nimi zająć, bo są ważniejsze rzeczy, ale też szkoda całkiem o nich zapominać, bo jakiś potencjał w nich jest. Jestem w stanie wymyślić wiele zastosowań dla takich zdjęć, byle tylko ich nie kasować. I zwykle mam rację, bo raz na jakiś czas muszę sięgnąć po takie zdjęcie, by np. pokazać klientowi, jak można zrealizować dany temat.

Mam też całe połacie dysków zapchane zdjęciami Toteżjestfajne. Są to głównie fotografie ludzi, gdy w trakcie sesji zrobiłem sporo dobrego materiału, a potrzebne było tylko kilka ujęć. Mam więc masę podobnych klatek, które nie są tak dobre, jak wybrane zdjęcie, ale szkoda je kasować. A może za dwadzieścia lat ta osoba zdobędzie wielką sławę i wtedy zrobię na nich wielką fortunę :)

W ten prosty sposób mam już 1,5 TB zdjęć i cały czas ich ilość rośnie :) Aby jakoś zapanować nad tą ilością zdjęć, podzieliłem je na trzy biblioteki w Aperture i dzięki temu te wszystkie mniej „potrzebne” zdjęcia mam w dodatkowych bibliotekach, do których zaglądam tylko wtedy, gdy potrzebuję. Co jakiś czas biorę się za kasowanie, ale idzie mi to bardzo trudno… Przecież szkoda :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, foto mądrości
komentarz

25 września 2011

| przez Artur Nyk

Panny z mokrą głową

Robiłem dzisiaj sesję do portfolio. Miała być w plenerze i w ciuchach oczywiście. A tak wyszło, że zrobiłem ją w studio i bez ciuchów. Czasem trzeba się szybko przystosować do zmieniających się warunków. Tymi warunkami były dzisiaj cztery kobiety, które uznały, że tak będzie lepiej. Sam przeciwko tylu kobietom nie miałem szans, tym bardziej, że niestety musiałem przyznać, iż mają rację…

Skoro pracujemy w studio, to przynajmniej miałem nadzieję wypróbować moją nową oktę. Z tego też nic nie wyszło, wygrał rozsądek i zwykła czasza do parasolki bez parasolki plus biała ściana. Poddałem się więc, nic, co zaplanowałem nie wychodziło dzisiaj. Nawet pizzy, którą starannie wybrałem, nie udało mi się zjeść. Po prostu przynieśli nam inną…

Udało mi się za to zrobić parę fajnych zdjęć, a to jest najlepsza rekompensata. Fotografowałem dzisiaj dwie śliczne bliźniaczki, Sonię i Klaudię Żogałę. Już dawno umawiałem się z dziewczynami, ale do tej pory ciągle nie udawało nam się znaleźć wolnego terminu. Tym razem udało mi się wbić z sesją pomiędzy powrotem dziewczyn z  Londynu, a wyjazdem do Budapesztu. Dobrze jest zetknąć się z wielkim światem na Śląsku :)

cztery kobiety w akcji

Efekty, mam nadzieję, że pojawią się bardzo szybko. Po takim maratonie, jaki w tym tygodniu zafundowałem iGosi, która obrobiła 150 zdjęć do magazynu, to przygotowanie kilku fot zajmie jej teraz jakieś zaledwie 163 sekundy :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
sesja
komentarz

23 września 2011

| przez Artur Nyk

Silver Efex Pro2 czyli wracam do czarno-białych

Kto pamięta klimat piątkowych wieczorów w łazience w towarzystwie kuwet i przy czerwonym świetle, wie o co chodzi. Chociaż dzisiaj wydaje mi się, że brakuje mi tego klimatu, wiem, że tylko wydaje mi się :)
Dobrze jeszcze pamiętam, że wcale nie wyglądało to tak romantycznie, jak teraz wielu ludziom się wydaje. Pamiętam dobrze rozczarowanie, gdy odbitka zobaczyła już światło dzienne… To, co w ciemni wydawało się ideałem, w rzeczywistości było zwykle za jasne lub za ciemne, za mało kontrastowe lub za bardzo, a zawsze osypane pyłkami zupełnie wcześniej niewidocznymi.
Nie mam więc wielkiego sentymentu do prawdziwej ciemni i tym bardziej podziwiam tych, którzy potrafią zrobić idealną odbitkę. Za to czarno-białe zdjęcia ciągle mi się podobają niezmiernie.

Przyznam się, że już dawno nie miałem do czynienia z prawdziwą czarno-białą fotografią. Wprawdzie zdarzało mi się czasem coś takiego zrobić, ale zawsze brakowało mi magii, jaką daje prawdziwe ziarno i  niedoskonałość (a może właśnie doskonałość) czarno-białej kliszy.

Potrzeba matką wynalazku i tak też jest teraz. Ostatnia sesja z Olą Kuligowską była robiona z założenia w klimacie tradycyjnej starej fotografii. Chciałem mieć duży kontrast, ziarno i nawet celowe poruszenia i rozmycia. I chociaż do końca będę walczył o dobre imię Aperture, jako najlepszego programu do obróbki zdjęć, to wiedziałem, że tym razem będę musiał się posiłkować czymś jeszcze. Dawno temu znajomy polecił mi Silver Efex Pro. Wtedy sprawdziłem ten program i byłem całkiem zadowolony, ale gdy skończył mi się trial, zapomniałem o nim. Teraz sięgnąłem jeszcze raz nową wersję programu, pierwsze wrażenia są genialne.

Silver działa jako plug in do Aperture, więc od razu zyskał tym moją sympatię. Interface jest dosyć prosty, choć bardziej przypomina ten znany z Lighrooma. Trochę szkoda, że skróty klawiszowe nie są takie same, jak w Aperture, ale nie ma wielkiej tragedii. Opanowałem je w 2 godziny, to i każdy je opanuje. To, co podoba mi się najbardziej, to symulacja czarno-białych filmów. Mamy do dyspozycji charakterystyki 18 różnych filmów, z których każdą możemy potem dowolnie modyfikować na poziomie 6 kolorowych filtrów. Do tego możemy dodać ziarno o regulowanej wielkości i ostrości. Oczywiście mamy też do dyspozycji standardowe regulacje jasności, kontrastu itd.
Niestety, muszę uznać wyższość Silvera, jeśli chodzi o przygotowanie czarno-białego obrazu. Aperture nie jest wstanie zrobić tego tak szybko i tak dobrze. Pewnie da się uzyskać podobny efekt (za wyjątkiem ziarna), ale będzie to mozolna praca. Za to z satysfakcją stwierdzam, że narzędzie do selektywnej obróbki jest trochę prymitywne w Silverze. Możemy tylko zaznaczyć obszar koła i w nim stosować regulację. Aperture wygrywa w cuglach, dzięki swoim pędzlom.

Czyli mamy plug in prawie doskonały (możemy go też podpiąć do Photoshopa) i w tym momencie pozostaje nam tylko zagłosować na niego swoimi pieniędzmi. Nie pamiętałem zupełnie, ile kiedyś kosztował Silver, ale zapamiętałem, że cena była rozsądna. Tym bardziej zdziwiłem się, gdy zobaczyłem kwotę 199 $ !!! To ponad dwa razy tyle, ile kosztuje Aperture. Tanio nie jest. Ale… w planach mam kolejne czarno-białe sesje i chyba się przekonam.

Chociaż…..

Aby pokazać, co Silver potrafi, zrobiłem kilka wersji tego samego zdjęcia z symulacjami różnych filmów. Na koniec postanowiłem jeszcze przygotować jedną wersję w Aperture. I teraz jestem w kropce. Myślałem, że Aperture nie potrafi wywołać tak dobrze jak Silver, a jednak efekt jest porównywalny. Ale najlepiej oceńcie sami, czy możliwości Silvera warte są takiej dopłaty i podzielcie się wrażeniami. Trial jest TU w wersji na PC i Maka.
Trzeba oczywiście podać adres mailowy, jak już raz to zrobicie, będziecie dostawać maile z nowościami i czasem z ofertami rabatów. 10% rabat dosyć często się pojawia.

Fuji Neopan Pro 1600

Ilford FP4 Plus 125

Kodak ISO 32 Panatomic X

Kodak Plus-X 125 PX PRO
Aperture
„goły” RAW

Całkiem fajna funkcja pracy na połówce zdjęcia. W ten sposób dobrze widzimy, co robimy

„Prawdziwe” ziarno. Tu Silver ma przewagę, ziarno z PS nie jest takie ładne. Kliknijcie aby zobaczyć 1:1
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, Photoshop, porady, test
komentarz

22 września 2011

| przez Artur Nyk

Reset mózgu czyli przemyślenia o fotografii

Z wykształcenia jestem nawet elektronikiem ale mimo to w bardzo głupi sposób potrafiłem zepsuć swój amplituner. W efekcie musiał on powędrować do innego elektronika, który przez dłuuuugi czas naprawiał go. Nic w tym dziwnego zresztą, skoro jeden scalak płynął do nas ze Stanów statkiem, odwiedzając po drodze pół świata.
W końcu wczoraj mogłem znowu posłuchać dźwięku przez duże DŹ :) Mam absolutnego fioła na punkcie dźwięku i mogę godzinami słuchać ulubionych płyt, delektując się brzmieniem instrumentów na równi z samą muzyką.
Przez czas, gdy mój Arcam był w naprawie, musiałem się zadowolić małą wieżyczką Panasonica. Jak na takie maleństwo to dobry sprzęt, ale z niecierpliwością czekałem na powrót Arcama.

Przez pół godziny podłączałem wszystkie kabelki (używam czterech końcówek mocy do bi-ampingu, a cała reszta amplitunera jest nieużywana, kino domowe dawno mi się znudziło) (o fotografii będzie za chwilę…) i wreszcie usłyszałem pierwsze dźwięki.
No!!!! wreszcie!!! Co za dźwięk!!

Chociaż w sumie…. czy aż tak to się różni od małej wieżyczki???? Hmm…

A jednak… O, tu słychać różnicę, o i tu jest tak ładnie, no i tu też….

Dokładnie w takiej kolejności pojawiały się moje odczucia na temat dźwięku. Od zachwytu, który pojawił się, nim jeszcze dotarło do mnie, co słyszę, po lekkie rozczarowanie i w końcu powolną satysfakcję.
Skąd się to wzięło? Już tłumaczę (tak, o fotografii będzie za chwilę…).
Przez kilka ostatnich miesięcy mój mózg musiał wysłuchiwać dźwięków dalekich od ideału. Malutka wieżyczka, choć bardzo się starała, nie mogła zapewnić wysokiej jakości. Procesor  odpowiedzialny za słuch w moim mózgu zaczął się korygować dźwięk tak, abym słyszał możliwie najlepiej. Trochę podciągnął dźwięk, trochę wmówił mi, że taki, jaki jest, bardzo mi się podoba. Wyłączył też odbiór pewnych wrażeń. W efekcie przyzwyczaiłem się do tego, co słyszę i zaczęło mi się to podobać. Prawie nawet uznałem, że to maleństwo świetnie gra.

Gdy włączyłem mój właściwy sprzęt, po pierwszej euforii, nie zauważyłem różnicy. Mózg nadal był w trybie skorygowanego dźwięku i obcinał większość informacji, która do mnie docierała. To tak, jakbym zamiast RAWu dostał mały JPG (to jeszcze nie jest ta właściwa część o fotografii). Dopiero po jakimś czasie mózg zorientował się, że teraz już może wyłączyć korekty i znów przestawić się na tryb pełnych wrażeń.  Niestety, pod tym względem mózg pracuje bardzo powoli i parę dni musi upłynąć, nim zacznę w pełni doceniać dźwięk. W pewnym sensie muszę na nowo uczyć się słuchać, zwracać uwagę na brzmienie, relacje między instrumentami, scenę, przestrzeń, dynamikę, barwę itd. Im więcej będę się starał, tym więcej będę słyszał.
Po paru dniach znowu odkryję bogactwo dźwięku.

wszystko może być inspiracją do nowego myślenia 

Wczoraj doszedłem do wniosku, że tak samo może być z fotografią (no i jest o fotografii). Oglądając fotografie w jednym stylu, jaki lubimy, zaczynamy się przyzwyczajać się do niej i mózg zapamiętuje, że tak właśnie wygląda najlepsza możliwa fotografia. Jeżeli jest to rzeczywiście fotografia wysokich lotów, to nie ma nawet w tym nic złego, ale jeśli oglądamy tylko amatorskie produkcje to już gorzej.

Jednak nawet, jeśli będziemy oglądać samego Vogue, to i tak możemy ulec jakiemuś ograniczeniu percepcji. Ich fotografie krążą wokół pewnego kanonu (uwielbiam go) i w końcu przyzwyczaimy się do niego i uznamy za jedyny słuszny.
Chyba warto co jakiś czas zrobić sobie całkowity reset mózgu i zobaczyć coś całkiem innego, nawet, jeśli kompletnie się to nam nie podoba. Dlatego lubię chodzić do galerii sztuk nowoczesnych, nawet, jeśli potem nabijam się z tego, co tam zobaczę.

PS. Działanie muzyki na fotografię już kiedyś opisałem  TU :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
do kawy, foto mądrości
komentarz

18 września 2011

| przez Artur Nyk

Aparat który chcę

Od jakichś kilku lat kupuję sobie aparat, który mógłbym nosić cały czas przy sobie. Moje wymagania są bardzo precyzyjne. Aparat ma być bardzo mały i płaski, musi robić RAWy, a zdjęcia z niego muszą być dobrej jakości. Jeżeli pojadę z nim na wakacje na drugi koniec świata to nie chcę potem żałować, że nie zabrałem lustrzanki, bo na zdjęciach mało co widać :) Odpadają więc wszystkie niby małe aparaty typu Canon G12 czy Olympus PEN, te ciągle są dla mnie za duże.

Jednym z pierwszych aparatów, który mnie zainteresował, była Sigma DP1. Czytałem o nim jeszcze przed wypuszczeniem go na rynek i według producenta był idealnym rozwiązaniem dla profesjonalistów. Rewolucyjna  trójwarstwowa matryca Foveon X3 o rozmiarze APS-C i 14 Mpx, stałoogniskowy obiektyw 28mm i oczywiście pliki RAW. Już nawet nie przeszkadzał mi wygląd aparatu, sprawiający wrażenie, jakby zaprojektowano go w warsztatach szkolnych. W tym ogólnym zachwycie tylko jedna rzecz umknęła mojej uwadze na początku. 14 Mpx to on miał, ale wtedy, gdy policzy się wszystkie warstwy. Rzeczywistą rozdzielczość dostaniemy, gdy podzielimy 14 Mpx na trzy… A to już trochę mało.

Sigma odpadła, ale na horyzoncie pojawił się Panasonic LX2, spotykany też w bardziej szlachetnej obudowie Leica’i D-Lux3. Miałem ochotę oczywiście na tę drugą wersję, choć dopłacenie 30% więcej nie dawało nic więcej, niż słynną czerwoną kropkę na obudowie. Oba aparaty i tak robił Panasonic.
Nim się zdążyłem porządnie zastanowić, pojawiły się nowe modele, czyli Panasonic LX3 i Leica D-Lux4. Tym razem nie pasował mi trochę zakres ogniskowych, odpowiednik 24-60. Brakowało mi trochę dłuższego obiektywu.
Udało mi się nawet zrobić mały test porównawczy z Canonem G10 (albo G9, nie pamiętam, za szybko się zmieniają te generacje…). Mimo że nie wolno tego robić, miły sprzedawca w MM pozwolił mi obydwoma aparatami zrobić w sklepie trochę zdjęć na własnej karcie. Gdy przemycone zdjęcia pooglądałem sobie w domu, nie znalazłem zdecydowanego zwycięzcy. Natomiast przekonałem się, że Panasonic, choć wyglądał na zdjęciach na mały aparat, w rzeczywistości wcale nie jest dużo mniejszy od Canona serii G. Za to miał zdecydowanie niewygodny uchwyt. I znowu skreśliłem kolejne aparaty.

Wreszcie Canon pokazał to, na co zdawało mi się, że czekam, czyli model S90. Wreszcie aparat spełniał wszystkie moje wymagania. No prawie, bo zoom 28-105 był dla mnie tym razem za mało szerokokątny. Chciałem mieć 24 mm :) Jakością obrazu aparat trochę ustępował serii G, ale mieścił się w moich wymaganiach. Zastanawiałem się nad nim tak długo, aż pojawił się model S95. Główne zmiany dotyczyły video, więc nadal nie mogłem się zdecydować.

A teraz wygląda na to, że się doczekałem. Canon wypuścił model S100 z obiektywem 24-120 f 2.0-5.9. Powinienem wreszcie kupić sobie taki aparat, ale z drugiej strony trochę ciemny tez zoom przy długich ogniskowych. Może jeszcze poczekam….

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Canon, sesja
komentarz

16 września 2011

| przez Artur Nyk

Jak ubezpieczyć aparat

Każdy zna pewnie to uczucie stresu, gdy idzie w niezbyt bezpieczne miejsce z z torbą wypchaną drogim sprzętem albo musi zostawić ją w samochodzie na jakiś czas. Wczoraj znajomy napisał do mnie w tej sprawie i przypomniałem sobie, że jeszcze nie piałem o tak ważnej sprawie, jak ubezpieczenie sprzętu.

W zasadzie zawsze miałem ubezpieczenie na sprzęt, ale obejmowało ono tylko włamanie się do studia i kradzież albo wandalizm. Zawsze jest to jakieś zabezpieczenie, ale wszyscy wiecie, że najbardziej potrzebne jest ubezpieczenie, gdy wychodzimy ze studia.

Dwa lata temu Adam dał mi namiary na swoją agentkę z Allianz (nie wiedziałem jak to zrobić by nie wymienić nazwy, a żebyście Wy wiedzieli o jaką firmę chodzi, no wiec niech będzie, że ja reklamuję) i okazało się, że mają w ofercie tego typy ubezpieczenie.
Mam teraz ubezpieczony sprzęt od wszelkiego ryzyka, czyli również w terenie, u klienta, w samochodzie i w studio. Oczywiście jest tam kilka zasad, których trzeba przestrzegać. Aparatu pozostawionego na ławce w parku raczej nie można uznać za zabezpieczony od kradzieży,, ale już pozostawiony w bagażniku samochodu jak najbardziej. Dodatkowo jest ubezpieczenie od napadu i wandalizmu w terenie, a także od przypadkowego zniszczenia sprzętu na sesji w sytuacji, gdy ktoś na przykład przewróci lampy. Wbrew pozorom składka nie jest zabójcza. Z tego co pamiętam, jest to chyba 0,1% wartości przy najmniejszym ryzyku, czyli w takiej pracy, jaką ja mam. Adam, który fotografuje sporty ekstremalne, ma wyższą stawkę.

Jednej rzeczy tylko nie udało mi się ubezpieczyć, a mianowicie moich zdjęć zapisanych na dysku. Nie dość, że stawka była wysoka, to warunkiem było utworzenie kopii zapasowej trzymanej w innym zabezpieczonym miejscu i cotygodniowa aktualizacja. I tak właśnie w ten sposób robię, więc uznałem, że nie warto za takie ubezpieczenie płacić. Prawdopodobnie w sytuacji jakiejś „szkody”, brak jednej tygodniowej kopii mógłby być uznany za powód niewypłacenia odszkodowania.

Na szczęście nie musiałem jeszcze korzystać z tego ubezpieczenia, więc nie mogę powiedzieć, na ile dobrze to działa w razie problemów. Mam nadzieję, że się nie dowiem :)

Jednak przypadki moich znajomych uczą mnie, że może być różnie. Np. Ola podjechała pod laboratorium, wyszła zanieść slajdy do wywołania i po pięciu minutach, gdy wróciła nie było już walizki z mamiya. Wojtek nie zamknął dobrze klapy swojego kombi i walizka (znowu pechowa mamiya) wypadła prosto pod koła innego samochodu…

Jeżeli znacie inne firmy, które ubezpieczają sprzęt foto w terenie to piszcie w komentarzach.

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Mamiya, porady, sprzęt
komentarz
1 2 →

© Artur Nyk

↑

Polityka plików cookies

Mam najlepsze ciasteczka, idealne do kawy. Życzę miłego oglądania moich fotografii Odwiedź stronę Polityka plików „cookies” aby dowiedzieć się więcej.

Close