×
Artur Nyk Blog
  • Fotografie
  • O mnie
  • Jak zostać fotografem
  • Jak to zrobiłem
  • do kawy
  • Fotografie
  • O mnie
  • Jak zostać fotografem
  • Jak to zrobiłem
  • do kawy

test

9 lipca 2012

| przez Artur Nyk

Test nieobiektywny czyli MacBook Pro Retina czyli gruby kontra chudy

Dawno już nie robiłem porządnego testu i postanowiłem to dzisiaj nadrobić. A okazja jest wyjątkowa, bo na moje biurko zawitał najnowszy MacBook Pro Retina. Nie ma w sieci jeszcze zbyt wielu testów, a zwłaszcza zrobionych pod kątem wykorzystania go w fotografii. Nie znajdziecie więc tu żadnych benchmarków i wykresów, a tylko mój prywatny test tego, co dla mnie, jako fotografa, najważniejsze.

1. Dlaczego Retina

Gosia, która obrabia moje zdjęcia, pracuje w studio na Mac Pro 1.1, który swoje lata już ma albo w domu na MacBooku Pro sprzed ery unibody. Ten ostatni domagał się już wymiany od jakiegoś czasu i  czekaliśmy od kilku miesięcy na zapowiadaną nowość. Bez względu, co by Apple pokazał, miał to być najnowszy i silny komp, tak, aby mógł sprawnie pracować przez kolejne 3-4 lata.
Po premierze byłem zachwycony Retiną i niską wagą nowego Maka. Gorzej było z ceną. 10.200 zł za podstawowy model, wyglądało na cenę z kosmosu. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy jednak nie kupić modelu z poprzedniej generacji, albo „zwykłego” MBP. Niestety, przeceny starszych modeli tym razem nie były zbyt atrakcyjne, a zwykły MBP wcale nie był tańszy. Nominalnie w zasadzie jest tańszy. Podstawowy model kosztuje 8500 zł. Gdy jednak dołożymy do niego kolejne 4 GB pamięci RAM i dysk SSD, to cena robi się wyższa, niż Retiny.
Wybór był więc jeden. Szybko jednak pojawił się kolejny dylemat. Skoro nie można dołożyć RAMu później, bo kości są wlutowane na stałe, to trzeba było podjąć decyzję: 8 czy 16 GB? Mój Mac Pro ma 8 GB i radzi sobie dobrze, MBP 13″, z którym jeżdżę na sesje, na 4GB i też daje radę. Komputer był kupowany głównie z myślą o Aperture, a on lubi bardzo dużo pamięci, szybko więc zapadła decyzja o wyborze 16GB. To podniosło cenę do 11.100 zł, co tym bardziej jest ceną kosmiczną, jak za dwa kilo aluminium :)
Mimo takiej ceny musieliśmy się zapisać na komputer w Cortlandzie i czekać na dostawę. Na szczęście ktoś zrezygnował z rezerwacji i załapaliśmy się na pierwszą dostawę :)
Skoro komputer leży już na stole, czas sprawdzić, co tak naprawdę dostaliśmy za tę kosmiczną cenę.

2. Pudełkologia

Wiele razy widziałem w sieci filmiki z rozpakowania nowego maka, czy ajfona i szczerze mówiąc, nie mogłem się oprzeć, by nie zarejestrować tych „magicznych” chwil, gdy otwieramy pudełko pierwszy raz :)))
A pudełko, jak to zawsze u Apple, jest piękne. Pudełko przypomina to znane z ipada, układ sprzętu w środku również.
To jednak tylko pudełko, więc idźmy dalej do tego, co ważniejsze. Czy nowy MBP Retina to kolejne drogie lusterko?

Maksymalny minimalizm formy 
Komputer jeszcze cały w folii

Zasilacz i oczywiście czarna, specjalna makowa ściereczka do ekranu :)
I wreszcie to, co najważniejsze 

3. Ekranologia

Pierwsze wrażenie po wyjęciu komputera robi jego grubość, a właściwie, chciałoby się powiedzieć, „cieńkość”. Mój starszy MBP 13″ wygląda przy nim jak grubas.
Apple obiecywało, że nowy ekran odbija mniej światła, niż dotychczasowe. Pracuję na mojej 13″ już półtora roku i zdążyłem się przyzwyczaić, że czasem widzę samego siebie na obrabianym zdjęciu. Nie jest to komfortowa sytuacja i miałem wielką nadzieję, że Apple wróci do matowych ekranów. Chyba jednak nie zanosi się na to i musimy się cieszyć nowymi warstwami przeciwodblaskowymi. Trzeba jednak przyznać, że od pierwszej chwili widać znaczną poprawę.

Gdzie jest włącznik? Mój palec zawisł w powietrzu za zdumieniem. Jest, ale tym razem na klawiaturze, zamiast klawisza wysunięcia płyty 
Pierwsze spojrzenie na ekran i widać już różnicę. Napisy są niezwykle ostre

Jak duża jest to poprawa, widać wyraźnie, gdy obok postawimy starszy komputer.  To, co widzicie na zdjęciu to ja stojący na tle okna. Na dole widać jeszcze oparcie białego krzesełka stojącego przed komputerami.

Zapowiada się nieźle, jeszcze aktualizacja, szybka sesja fotograficzna i przyjrzymy się ekranowi na poważnie.

Nowy komp, a już tyle programów wymaga aktualizacji
Gruby kontra chudy
Już w starym modelu ekran był cienki, teraz jest ultra cienki, to jaki będzie kolejny?
Po zamknięciu różnica w grubości jest jeszcze mocniej widoczna 

4. Retina – o co tu chodzi

Przyznam, że sam byłem trochę zagubiony w tym temacie na początku. Skoro mamy rozdzielczość 2880 x 1800 px to jak będą wyświetlane zdjęcia w internecie, a jak w Photoshopie?
Po pierwsze, sprawdziłem, jak wyglądają zdjęcia wyświetlane w Safari. Zrobiłem serię zdjęć ekranu, porównując Retinę z moim MBP 13″. Ponieważ ekrany mają różną wielkość, aby być pewnym, że porównuję dokładnie to samo, wyświetliłem zdjęcie z mojej strony, która nie ma mechanizmu skalowania i na każdym monitorze wyświetla dokładnie tyle samo pikseli.
Najpierw sfotografowałem zdjęcie na ekranie MBP 13″. Komputer stoi tyłem do okna ( innego niż na poprzednich zdjęciach ), a po swojej lewej stronie jest biała ściana w odległości około 0,5 metra.
Widać wyraźny odblask po lewej stronie.

Teraz nałożyłem na aparat i komputer czarną tkaninę, dzięki czemu wyglądałem jak dziewiętnastowieczny fotograf. Mogłem jednak zrobić zdjęcie bez odblasków.

Teraz czas na Retinę. Znowu pierwsze zdjęcie jest z odblaskiem ściany.
A drugie już bez odbić. Widzicie różnicę? Jest bardzo mała. Warstwy przeciwodblaskowe robią dobrą robotę.
Teraz przyjrzyjmy się dokładnie samym różnicom w tym, co widzimy. No więc, jakby to powiedzieć, tych różnic nie widać! Patrząc nawet z bardzo bliska, ciężko jest zobaczyć jakąś różnicę. Rozczarowanie? W pierwszej chwili tak, przecież tu nie powinno być różnicy. Zdjęcie na stronie ma swoją rozdzielczość i Retina nic tu nie pomoże. 
Natomiast, gdy przyjrzymy się w powiększeniu, różnice widać gołym okiem. Następny obrazek to zrzut ekranu z Aperture, gdzie wyświetliłem dwa z powyższych zdjęć w 100%. Teraz widać dokładnie różnice w budowie zwykłego ekranu i Retiny.
Kliknijcie to zdjęcie, aby zobaczyć w dużym rozmiarze
Kolejny test, jaki zrobiłem, to wyświetlenie zdjęcia w Finderze w 100%. Najpierw na MBP 13″ zobaczyłem taki fragment fotografii :

Na Retinie wygląda to tak :

Nie jest to oczywiście porównanie pokazujące dokładną różnicę, gdyż MBP 13″ ma natywną rozdzielczość 1280 x 800 px. Nawet jednak, gdyby był to MBP 15″ ze swoimi 1440 x 900 px to i tak przy 100% zobaczymy tylko część twarzy.
No dobrze, ale co z Photoshopem? Czy tam też przy 100% powiększenia będziemy widzieć podobnie? Jak wtedy obrabiać szczegóły zdjęcia?
Otóż, nie ma problemu. Photoshop wyświetla jeden piksel zdjęcia czterema pikselami ekranu. Dzięki temu nadal widzimy przy 100%, fotografię powiększoną w sposób, w jaki jesteśmy do tego przyzwyczajeni. W pierwszej chwili wydawało mi się, że dzięki temu obraz jest gorzej wyświetlany. Gdy jednak porównałem go z tym na matowym monitorze Apple 20″, różnice są ledwo dostrzegalne. Obraz na Retinie jest oczywiście ostrzejszy, ale w sposób, który bardziej przypomina rozpikselowanie obrazu. Jednak, aby to zobaczyć, trzeba bardzo dokładnie się przyglądać :)

Retina ma jedną wielką zaletę. Wyświetlając zdjęcie w całości, możemy je zobaczyć w sposób mocno zbliżony do tego, co uzyskamy w druku ( zakładając, że będzie to A4 ), możemy więc ocenić, ile szczegółów będzie widocznych. Dla mnie to wielka zaleta.

Na następnym obrazku widać porównanie wyświetlenia 100% powiększenia w Finderze i Photoshopie.

Kliknijcie to zdjęcie aby zobaczyć w dużym rozmiarze

Adobe, wypuszczając Photoshop w wersji na Retinę, trochę dał ciała. Zobaczcie, w jaki sposób wyświetlany jest interface, litery są wyraźnie nieostre.

 5. Robi się gorąco

Po premierze podniosło się wiele głosów, że zastosowanie Retiny spowoduje problemy z przegrzewaniem się komputerów. Apple raczej nie słynie z chłodnych laptopów. Pamiętam mojego białego MacBooka, którego ciężko czasem było trzymać na kolanach, za to zimą doskonale ogrzewał pokój. MBP 13″ unibody już takich problemów nie ma. A jak będzie z najnowszym Makiem?
Na początek postanowiłem pooglądać teledyski na You Tube, a przy okazji sprawdzić, jak sobie radzą głośniki. Głośniki dają radę, zwłaszcza w porównaniu do grubasa MBP 13″, ale dla audiofila nie będzie to nic specjalnego.
Oglądałem więc przez około 40 minut teledyski i obserwowałem wskazania temperatury. Aktualnie mamy upały, więc w moim pokoju temperatura wynosiła 27 stopni, komputer stał na drewnianym stole.
Wyniki widzicie na zdjęciu poniżej.
Nie ma tragedii. Komputer nie parzy, gorąca była część pod ekranem, natomiast okolice touchpada, gdzie normalnie trzymamy ręce, były chłodne.

6. Wydajność czyli wreszcie konkrety
To, co mnie najbardziej interesowało, to wydajność w Aperture. Jest on znacznie bardziej wymagający, niż Photoshop, więc jeśli tu będzie dobrze, to tym bardziej w Photoshopie. Najprostszy powtarzalny test to eksport RAWów do TIFFa. W tym celu stworzyłem nową bibliotekę Aperture, gdzie znajdowało się 100 plików, którym dałem kilka morderczych modyfikacji. RAWy pochodziły z Canona 1Ds mk3, całość ważyła 2,1 GB. Eksport robiłem na ten sam dysk, na którym była biblioteka. Końcowy efekt to TIFFy 8 bitów, ważące w sumie 6,3 GB.
Aby wyniki były jak najbardziej porównywalne, każdy komputer najpierw wyłączyłem, pozwoliłem się schłodzić, następnie po włączeniu uruchamiałem tylko Aperture, wszystko inne było wyłączone. 
Pierwszy zrzut ekranu robiłem przed testem, aby zarejestrować temperatury początkowe ( za podawane wyniki odpowiedzialny jest iStat Pro ).
Na pierwszy ogień poszedł Mac Pro 1.1 Konstrukcja już nie najnowsza, ale bardzo sprawnie działająca na co dzień.  Niedawno wymieniłem dysk systemowy na OCZ Agility 3 120 GB, a to znacznie przyśpieszyło komputer. Sądziłem więc, że wynik będzie dobry.

Całość operacji trwała dokładnie 13 minut i 45 sekund. Dużo to czy mało? Okaże się za chwilę. Temperatury wzrosły niezbyt mocno, ale ten komp ma przecież porządne chłodzenie.

Teraz MBP 13″. Tu wynik był łatwy do przewidzenia, komp jest wyraźnie słabszy i ma do dyspozycji tylko dwa rdzenie, a Aperture robi użytek ze wszystkich dostępnych rdzeni.

I rzeczywiście, wynik to 25 minut i 1 sekunda. Myślałem, że będzie lepiej…
No i teraz najważniejsze : MBP 15″ Retina :)

Już od pierwszego eksportowanego zdjęcia było widać wielką różnicę. Wynik to ……….. 5 minut i 42 sekundy !!! Mac Pro został zmiażdżony przez chudzielca…..
W trakcie pracy spojrzałem na obciążenie procesora i opadła mi szczęka. Zobaczyłem wyraźnie, że pracuje 8 rdzeni! Przecież ten komp ma tylko 4 rdzenie! Spojrzenie na temperaturę karty graficznej wyjaśniło sprawę. Dodatkowe 4 rdzenie muszą być symulowane przez kartę. Ani MBP 13″ ani tym bardziej stary Mac Pro tego nie robią.
To ja mam 8 rdzeni?

Na koniec chciałem zobaczyć, czy da się łatwo zabić ten komputer. Miałem 100 TIFFów, to postanowiłem je otworzyć jednocześnie w Photoshopie. Cała operacja trwała około 10 sekund :) Zamknięcie Photoshopa z tymi plikami – 2 sekundy :)
Udało mi się za to zużyć RAM :) Zostało go tylko 21 MB. Przy okazji zobaczyłem, że  program korzysta tylko z 4 rdzeni.

To nie błąd wyświetlania, to 100 otwartych zdjęć

7. Podsumowanie czyli czy warto

Choć nadal twierdzę, że cena jest kosmiczna, to maszyna na pewno jest świetna. Duży plus za znakomity ekran, umożliwiający profesjonalną pracę ze zdjęciami. Wydajność też jest znakomita.
Czy więc warto? Na to pytanie musicie sami sobie odpowiedzieć. Ja jestem zachwycony :)

Follow on Bloglovin

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, Apple, Photoshop, sprzęt, test
2 komentarze

27 listopada 2011

| przez Artur Nyk

Kupuję nowy obiektyw

Nie wiem, ile już razy ktoś zwracał się do mnie z pytaniem, jaki obiektyw ma kupić. Łatwo jest radzić, bo wydajemy wtedy nie swoje pieniądze. Ale gdy sam mam coś dla siebie wybrać to sprawa nie jest już taka łatwa….

Od jakiegoś czasu myślę o jasnym szerokokątnym obiektywie, w grę wchodzi tylko oryginalna optyka, bo nigdy nie mogłem się przekonać do niezależnych producentów.
Waham się pomiędzy dwoma obiektywami 24/1,4 L II  i 35/1,4 L. Pierwsze, co zrobiłem to sprawdziłem, jakiej ogniskowej częściej używałem do tej pory. Bez problemu można to zrobić w Aperture, gdzie mogę wyświetlić wszystkie zdjęcia zrobione na konkretnej ogniskowej lub zakresie ogniskowych. No niestety wyszło mi, że częściej używałem 24 mm niż 35 mm. Podobnie było też, gdy zbadałem zakres ogniskowych zbliżony do 24 i 35 mm. Piszę „niestety”, bo mam ochotę raczej na ten dłuższy obiektyw.

24/1,4 L ma jeszcze oznaczenie II, a to oznacza, że jest to już nowa wersja o poprawionych parametrach i zbudowana z myślą o nowych, coraz bardziej wymagających lustrzankach. Pierwsza wersja tego szkła została zaprezentowana w grudniu 1997 roku, czyli w czasach, gdy dobry cyfrowy aparat miał rozdzielczość 0,5 Mpx… Wersja druga pochodzi z 2008 roku, czyli z czasów już całkiem nowożytnych.
35/1,4 L wypuszczono na rynek w grudniu 1998 roku, czyli też prawie w zamierzchłej epoce. Zacząłem się więc bać czy taka stara konstrukcja poradzi sobie z problemami, których wtedy jeszcze nie znano…

Zajrzałem najpierw na optyczne.pl, gdzie testy są robione na mój gust rzetelnie. Naczytałem się tam o wielu, wielu wadach obu obiektywów. Fatalna rozdzielczość, ostrość i winietowanie na brzegach kadru. Po prostu masakra. Na szczęście już wiem, że w rzeczywistości wcale nie jest tak źle, zwłaszcza, gdy porówna się z innymi, tańszymi konstrukcjami.
Przy okazji zainteresowałem się jeszcze innym obiektywem, który teoretycznie może zastąpić oba powyższe, a nawet jeszcze więcej. Zacząłem przyglądać się 17-35/2,8 L II. Tam to dopiero wyniki testu wyglądają fatalnie :) Im dłużej czytałem różne testy, tym bardziej byłem przerażony. To czym w takim razie mam fotografować?
Zresztą optyczne.pl nie mogłem traktować jako w pełni wiarygodny test, gdyż nie wszystkie obiektywy były testowane na pełnej klatce.

Potem zobaczyłem, czego mogę dowiedzieć się z dpreview.com. Dawno tam nie zaglądałem i zmiany, które zobaczyłem, bardzo mi się spodobały. Testowane obiektywy mają animowane wykresy, gdzie możemy sami wybrać wszystkie parametry i zobaczyć wyniki testu, a także fragment testowego zdjęcia. Jest tam też funkcja porównania dwóch obiektywów. Wpadłem więc na pomysł, by zobaczyć, jak wygląda porównanie 24/1,4 L II z moim ulubionym 50/1,4. Używam tego standardu od kilku lat i nigdy nie mogłem narzekać na jakość obrazu. No i co odkryłem?

www.dpreview.com

Okazało się, że mój obiektyw jest gorszy. Mogę więc spodziewać się, że obarczony wieloma wadami 24/1,4 L II i tak będzie lepszy :) Niestety, nie znalazłem tam testu 35/1,4 L co dałoby mi najwięcej konkretnych danych do porównania.

W końcu porzuciłem cyferki, tabelki i wykresy. Zabrałem się za to, co najważniejsze. Oglądanie zdjęć z tych obiektywów :) A im więcej oglądałem, tym więcej przekonywałem się, że do moich celów nie ma większego znaczenia jaką rozdzielczość na obraz na brzegach kadru. W końcu potrzebuję tego obiektywu do fotografowania ludzi, na bardzo małej przesłonie, by maksymalnie wyciągnąć ich z tła. Piękne rozmycie tła to cech bardzo pożądana w takich sytuacjach, dlaczego więc mam się przejmować spadkiem ostrości na brzegach? No niestety, czasem trzeba umieścić postać nie na środku kadru lub sfotografować dwie osoby stojące koło siebie. Wtedy to właśnie przydaje się dobra jakość obrazu na brzegach kadru.

Obejrzałem sporo zdjęć z 35/1,4 L i przekonałem się do niego. Mimo starej konstrukcji, obiektyw daje sobie bardzo dobrze radę.
Ale co będzie, gdy go kupię i zaraz potem wyjdzie nowa wersja, na pewno lepsza? Może jednak zaczekać…..

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, Canon, sprzęt, test
komentarz

7 listopada 2011

| przez Artur Nyk

Co by tu….

Gdybym robił własny ranking najczęściej planowanych wpisów na blogu, to właśnie dzisiejszy tytuł byłby na pierwszym miejscu.
Często zdarza mi się siadać przed klawiaturą i zastanawiać,, o czym dzisiaj napisać. Czasem mam tych tematów aż za dużo, czasem zastanawiam się długo co będzie interesujące dla Was.
Ostatnio moja seria o domowym studio powstała, bo czytelnicy pisali do mnie w tej sprawie. Swoją drogą, to czeka Was jeszcze jeden odcinek o błyskaniu w plenerze, ale nim to napiszę, będę jutro na sesji jeszcze przeprowadzał pewne próby…

Mam więc do Was pytanie, o czym w najbliższym czasie napisać. Piszcie, co Was interesuje, a ja w miarę możliwości i czasu będę pisał o tych sprawach.

Teraz w przygotowaniu jest kilka tematów:
– Test bezprzewodowej karty SD Eye Fi – jak tylko przebiję się przez konfigurację, która nie jest dla normalnych ludzi.
– Wreszcie duży test Elinchroma – sprawdziłem już chyba w każdych warunkach.
– O fotografowaniu aktu – długi i skomplikowany temat, muszę mieć trochę czasu na to.
– Jak wybierać i pracować z asystentem.
– Jak organizować produkcję sesji.

Każdy pomysł jest mile widziany :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Elinchrom, porady, test
komentarz

4 października 2011

| przez Artur Nyk

Nyk znowu testuje NIK czyli test nieobiektywny Snapseed

W dniu prezentacji nowego ajfona 4S lub/i 5 chcę podzielić się kilkoma spostrzeżeniami na temat obróbki zdjęć bezpośrednio w telefonie. Mam od dłuższego czasu zainstalowany w ajfonie Photoshop Express, ale jakoś nie przypadł mi on do gustu. Próbowałem nawet teraz coś w nim zrobić, ale od razu się zdenerwowałem sposobem regulacji parametrów. Koniec, ten PS jest zły.

Tu poszalałem i użyłem, ile fabryka dała :) wszystkie możliwe filtry.  

Mam też drugi program, którym dzisiaj napiszę, to Snapseed. Mam go od paru dni i od razu stwierdziłem, że podoba mi się. Za pierwszym razem zrobiłem nim byle jakie zdjęcie i w szybki sposób przekształciłem obraz w coś całkiem interesującego. Niestety nie mogę go pokazać, bo wydałoby się, gdzie to robiłem :)

Pomijam ogólną kwestię, czy w telefonie powinno się obrabiać zdjęcia. Mały ekran nie zachęca przecież do tego, a i moc obliczeniowa nie dorównuje komputerom. Podobno nowy ajfon będzie mocarzem graficznym, więc ten problem odpada, a czasem przecież będąc w szczerym polu, też można podrasować zdjęcie, jeśli trzeba je wysłać natychmiast.
Tu nadmienię jeszcze, że kupiłem właśnie kartę SD Eye-fi, która bezprzewodowo będzie mi wysyłać zdjęcia do komputera przez Wi Fi oraz do ajfona. Będzie więc okazja, by czasem coś na bieżąco podciągać graficznie. Oczywiście, możecie się spodziewać testu Eye-fi za jakiś czas.

Wracając do Snapseed, przygotowałem w nim trzy zdjęcia z wykorzystaniem większości możliwości.
Praca jest bardzo prosta i intuicyjna, ja bardzo nie lubię czytać instrukcji i udało mi się obrobić zdjęcia bez zaglądania do niej. Ale kto wie, może program ma jeszcze jakieś możliwości, na które nie trafiłem?
Na początku wybieramy, czy chcemy zrobić zdjęcie, czy wziąć gotowe z biblioteki telefonu. Gdy to zrobimy, mamy do dyspozycji 11 funkcji, od automatyki, kadrowania, po zaawansowane miejscowe korekty i filtry efektowe, czy dodawanie ramek.

Po wybieraniu jednej z funkcji mamy do dyspozycji  zwykle kilka parametrów, których wartości możemy regulować. Aby przełączać między nimi, wystarczy przesuwać palec po dowolnym miejscu ekranu w górę lub w dół. Następnie regulacji dokonujemy przesuwając palec w prawo lub lewo. I to cała filozofia. Niby w PS Express działa podobnie, ale precyzja jest tam beznadziejna. Tu można bardzo dokładnie ustawić wartość parametru. W każdej chwili możemy sprawdzić, jaki efekt dały nasze ustawienia, naciskając symbol obrazka w górnym prawym rogu zobaczymy, jak wygląda zdjęcie tych ustawień.

Zakres selektywnej obróbki pokazuje nam maska, regulować ją można przez gest „szczypania”, tak jak powiększamy normalnie w ajfonie zdjęcia.

Potem zatwierdzamy efekt, naciskając prawą strzałkę na dole lub rezygnujemy, naciskając lewą strzałkę. W widoku wyboru funkcji, dotykając zdjęcie, zobaczymy jego oryginał.

Zatwierdzenie efektu sprawia, że program musi go zapisać, co niestety trwa chwilę, zwykle parę sekund. Nie ma więc wielkiego problemu i jest tu jedyny moment, gdy musimy na coś poczekać. Gdy zdjęcie jest gotowe, mamy do dyspozycji kilka opcji. Możemy je oczywiście zapisać, ale też od razu wysłać mailem, na Flickr lub Facebook albo wydrukować. Facebook jest tu trochę dyskryminowany, gdyż w zależności, jak trzymamy telefon, opcja się pokazuje albo nie.

Obróbka przebiega szybko, regulacje są precyzyjne, a co z jakością? Jak wpływa na obraz stosowanie dziwnych filtrów?
Oto dwa zrzuty ekranu z Aperture przy powiększeniu zdjęcia na 100% (klik aby zobaczyć 100%). Pierwsze jest obrobione w Snapseedzie, drugie to oryginał (foty robiłem oczywiście ajfonem,  czułość 250 ISO). Uważam, że tu też jest bardzo dobrze.

I na koniec efekt mojej zabawy/pracy :) Dodam jeszcze, że program jest darmowy. Zainteresowało mnie więc, kto robi takie aplikacje, okazało się, że to właśnie NIK, producent m.in. Silver Efex PRO2, o którym ostatnio pisałem.

Tu oprócz regulacji jasności, kontrastu i nasycenia, użyłem filtrów: Drama, Grunge, Center Focus.

oryginał

Tu zrobiłem normalną obróbkę i dodałem mały efekt Drama oraz lokalnie skontrastowałem tabliczkę z napisem i przyciemniłem lewą stronę.

oryginał

I wreszcie obróbka czarno-biała + małe ziarno, czyli to, za co lubię Silvera, na końcu znowu mała Drama:) To wyciągnęło fajnie posadzkę

oryginał

Jeszcze słowo o miejscu, gdzie zrobiłem te foty. Jest to dawna walcownia Huty Szopienice. Na razie to tylko dokumentacja, a sesja, mam nadzieję, dopiero powstanie :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, Photoshop, sprzęt, test
komentarz

23 września 2011

| przez Artur Nyk

Silver Efex Pro2 czyli wracam do czarno-białych

Kto pamięta klimat piątkowych wieczorów w łazience w towarzystwie kuwet i przy czerwonym świetle, wie o co chodzi. Chociaż dzisiaj wydaje mi się, że brakuje mi tego klimatu, wiem, że tylko wydaje mi się :)
Dobrze jeszcze pamiętam, że wcale nie wyglądało to tak romantycznie, jak teraz wielu ludziom się wydaje. Pamiętam dobrze rozczarowanie, gdy odbitka zobaczyła już światło dzienne… To, co w ciemni wydawało się ideałem, w rzeczywistości było zwykle za jasne lub za ciemne, za mało kontrastowe lub za bardzo, a zawsze osypane pyłkami zupełnie wcześniej niewidocznymi.
Nie mam więc wielkiego sentymentu do prawdziwej ciemni i tym bardziej podziwiam tych, którzy potrafią zrobić idealną odbitkę. Za to czarno-białe zdjęcia ciągle mi się podobają niezmiernie.

Przyznam się, że już dawno nie miałem do czynienia z prawdziwą czarno-białą fotografią. Wprawdzie zdarzało mi się czasem coś takiego zrobić, ale zawsze brakowało mi magii, jaką daje prawdziwe ziarno i  niedoskonałość (a może właśnie doskonałość) czarno-białej kliszy.

Potrzeba matką wynalazku i tak też jest teraz. Ostatnia sesja z Olą Kuligowską była robiona z założenia w klimacie tradycyjnej starej fotografii. Chciałem mieć duży kontrast, ziarno i nawet celowe poruszenia i rozmycia. I chociaż do końca będę walczył o dobre imię Aperture, jako najlepszego programu do obróbki zdjęć, to wiedziałem, że tym razem będę musiał się posiłkować czymś jeszcze. Dawno temu znajomy polecił mi Silver Efex Pro. Wtedy sprawdziłem ten program i byłem całkiem zadowolony, ale gdy skończył mi się trial, zapomniałem o nim. Teraz sięgnąłem jeszcze raz nową wersję programu, pierwsze wrażenia są genialne.

Silver działa jako plug in do Aperture, więc od razu zyskał tym moją sympatię. Interface jest dosyć prosty, choć bardziej przypomina ten znany z Lighrooma. Trochę szkoda, że skróty klawiszowe nie są takie same, jak w Aperture, ale nie ma wielkiej tragedii. Opanowałem je w 2 godziny, to i każdy je opanuje. To, co podoba mi się najbardziej, to symulacja czarno-białych filmów. Mamy do dyspozycji charakterystyki 18 różnych filmów, z których każdą możemy potem dowolnie modyfikować na poziomie 6 kolorowych filtrów. Do tego możemy dodać ziarno o regulowanej wielkości i ostrości. Oczywiście mamy też do dyspozycji standardowe regulacje jasności, kontrastu itd.
Niestety, muszę uznać wyższość Silvera, jeśli chodzi o przygotowanie czarno-białego obrazu. Aperture nie jest wstanie zrobić tego tak szybko i tak dobrze. Pewnie da się uzyskać podobny efekt (za wyjątkiem ziarna), ale będzie to mozolna praca. Za to z satysfakcją stwierdzam, że narzędzie do selektywnej obróbki jest trochę prymitywne w Silverze. Możemy tylko zaznaczyć obszar koła i w nim stosować regulację. Aperture wygrywa w cuglach, dzięki swoim pędzlom.

Czyli mamy plug in prawie doskonały (możemy go też podpiąć do Photoshopa) i w tym momencie pozostaje nam tylko zagłosować na niego swoimi pieniędzmi. Nie pamiętałem zupełnie, ile kiedyś kosztował Silver, ale zapamiętałem, że cena była rozsądna. Tym bardziej zdziwiłem się, gdy zobaczyłem kwotę 199 $ !!! To ponad dwa razy tyle, ile kosztuje Aperture. Tanio nie jest. Ale… w planach mam kolejne czarno-białe sesje i chyba się przekonam.

Chociaż…..

Aby pokazać, co Silver potrafi, zrobiłem kilka wersji tego samego zdjęcia z symulacjami różnych filmów. Na koniec postanowiłem jeszcze przygotować jedną wersję w Aperture. I teraz jestem w kropce. Myślałem, że Aperture nie potrafi wywołać tak dobrze jak Silver, a jednak efekt jest porównywalny. Ale najlepiej oceńcie sami, czy możliwości Silvera warte są takiej dopłaty i podzielcie się wrażeniami. Trial jest TU w wersji na PC i Maka.
Trzeba oczywiście podać adres mailowy, jak już raz to zrobicie, będziecie dostawać maile z nowościami i czasem z ofertami rabatów. 10% rabat dosyć często się pojawia.

Fuji Neopan Pro 1600

Ilford FP4 Plus 125

Kodak ISO 32 Panatomic X

Kodak Plus-X 125 PX PRO
Aperture
„goły” RAW

Całkiem fajna funkcja pracy na połówce zdjęcia. W ten sposób dobrze widzimy, co robimy

„Prawdziwe” ziarno. Tu Silver ma przewagę, ziarno z PS nie jest takie ładne. Kliknijcie aby zobaczyć 1:1
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, Photoshop, porady, test
komentarz

18 lipca 2011

| przez Artur Nyk

Robię test Wacoma

Nigdy w życiu nie używałem tabletu do obróbki zdjęć, choć wiele osób namawiało mnie, bym kiedyś spróbował. No to właśnie mam okazję się przekonać, bo na moim biurku stoi tablet Wacoma, który dostałem do przetestowania od Świata Obrazu.
Celowo nie zaglądam do internetu, by sprawdzić opinie innych użytkowników, nie znam nawet ceny, by nie sugerować się nią. Ponieważ tablet sprzedawany jest razem z Lightroomem będę sprawdzał, jak sobie z nim radzi, ale oczywiście najpierw sprawdzę współpracę z Aperture :)

Na razie mogę opisać tylko wrażenia ogólne. Opakowanie na poziomie znanym z Apple, design i wykonanie robią dobre wrażenie. Za tydzień będę już wiedział prawie wszystko. Sam jestem bardzo ciekawy, czy przekonam się do takiego stylu pracy. Teraz wydaje mi się, że myszką można zrobić wszystko i to precyzyjnie, a na laptopie też potrafię od biedy poradzić sobie na touchpadzie.

Akurat mamy sporo zdjęć do obróbki, więc moment na test jest idealny :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
sprzęt, test
komentarz

31 maja 2011

| przez Artur Nyk

Test nieobiektywny czyli Canon 5D mk2 kontra 1Ds mk3 czyli grip w cenie samochodu

No i stało się. Właśnie czytacie 300 wpis na moim blogu. Ale ponieważ wszystko, co najważniejsze, podsumowałem już wcześniej, tym razem test jednego zdjęcia, który rozwiąże wiele wątpliwości.

Już dawno planowałem porównać te dwa aparaty, ale muszę przyznać, że trochę się tego testu obawiałem. Bo co, jeśli okaże się, że nie ma żadnej różnicy pomiędzy aparatem za 8.000 zł i 25.000 zł?
W końcu jednak trawiony ciekawością, zdecydowałem się na ten pojedynek.

Okazją była sesja zegarka, którą ostatnio robiłem. Nie było to zlecenie komercyjne, więc mogłem sobie na taki test pozwolić. Najpierw trochę o samym sposobie fotografowania zegarków. Zegarek, jak każdy widzi, jest mały, błyszczący i ma szybkę. To cechy ewidentnie utrudniające sprawę. Kiedyś sporo fotografowałem zegarków dla marki Timemaster i już wtedy musiałem rozwiązywać całą masę problemów z oświetleniem.

Szybka to pierwsze zmartwienie, odbija się w niej wszystko co świeci. Można oczywiście zastosować filtr polaryzacyjny, ale po pierwsze, nie zawsze wszystkie bliki w ten sposób można zdjąć, po drugie, w ten sposób automatycznie likwidujemy bliki na tarczy, a to nie zawsze jest naszym celem.
Zegarek się błyszczy i najczęściej ma chromowane powierzchnie, które musimy takimi pokazać. I tu pojawia się dodatkowy konflikt, bo ma błyszczeć chrom, a nie może błyszczeć szkło. Część producentów decydowała się kiedyś na przygotowanie specjalnie do zdjęć zegarków bez szybki, co nie zawsze dawało dobry efekt.
No i na koniec, zegarek jest mały, czyli musimy stosować obiektyw makro. A to oznacza małą głębię ostrości. Rozwiązaniem są obiektywy typu shift lub praca na wielkim formacie. Możemy wtedy tak złamać płaszczyznę ostrości, by uzyskać idealną ostrość na całym obszarze. Jest też drugie wyjście, z którego ja skorzystałem tym razem. Po prostu odsunąłem się z aparatem do tyłu. Automatycznie zwiększyło mi to głębię ostrości, choć sam zegarek zmniejszył się w kadrze. Pisałem ostatnio o celowości posiadania aparatów o dużej rozdzielczości. To właśnie jeden z tych przypadków, kiedy duża matryca bardzo się przydaje.

To jeszcze półprodukt, ale już dosyć bliski skończenia

Przy tego typu fotografii bardzo ważne jest odpowiednie przygotowanie przedmiotu do zdjęć. Zegarek bardzo dokładnie wyczyściłem i zamocowałem solidnie na stole. To ważne, by i aparat i zegarek nie miał szansy na nawet najdrobniejsze poruszenie, gdyż może to sporo zmienić w ostrości i oświetleniu.
Zacząłem od ustawienia głównego światła, którym był tu soft 35×90 umieszczony naprzeciw aparatu. (moc około 250 Ws). Jako drugie światło postawiłem lampę z dużą czaszą po lewej stronie (moc około 30 Ws). Odpowiedzialna jest za oświetlenie paska na dole. Teraz nastąpiły długie próby znalezienie optymalnych blików na kopercie. Mając dwie lampy, uznałem, że to w zupełności wystarczy, a do zrobienia blików wykorzystałem małe ekrany z własnych wizytówek.

Gdy uznałem, że w zasadzie wszystko jest już OK, zrobiłem dłuższą przerwę i zastanowiłem się, co mógłbym jeszcze poprawić. Dołożyłem trzecią lampę z dużą, dosyć miękką białą czaszą i obserwowałem, co się dzieje (moc około 30 Ws). Okazało się, że dodatkowa lampa lekko wypełnia cienie na tarczy, co daje dobry efekt.
Na koniec dołożyłem jeszcze jedną lampę, której jedynym zadaniem było zrobienie bliku na krawędzi szybki na dole zegarka (nie ma go na zdjęciu, będzie dołożony w postprodukcji).
Aby nie poruszyć nawet minimalnie aparatu w trakcie wyzwalania migawki, zdjęcia wyzwalałem bezpośrednio z Aperture, do którego podpięty był Canon.

Gdy wreszcie skończyłem definitywnie to zdjęcie, nadszedł czas na zrobienie go Canonem 5D mk2.  Ponieważ jest mniejszy i nie miał gripa, nie uzyskałem dokładnie tego samego kadru, mocując go na statywie.

Zrobiłem zdjęcie, wyświetliłem na ekranie razem ze zdjęciem z 1Ds mk3 i…. Nie zauważyłem różnicy….
To znaczy w pierwszej chwili nawet je widziałem  ale były to tylko moje pobożne życzenia. Oglądałem oczywiście w pełnym powiększeniu, sprawdzałem, jak plik reaguje na kontrast, ekspozycję, odzyskiwanie szczegółów w bielach. I nic. Nie znalazłem nic, co byłoby jakąś zdecydowaną różnicą. Jedyną rzeczą, którą się różniły, był balans bieli. Zdjęcie z „piątki” było zbyt chłodne. Ale przy RAWie to żadna różnica.

Zdjęcia wyświetlone w Aperture, po lewej 5D mk2, po prawej 1Ds mk3

Ten test jeszcze niczego nie dowodzi tak naprawdę, mamy tu specyficzną scenę, prawie monochromatyczną. Postaram się niedługo znowu zrobić porównanie obu aparatów, tym razem przy świetle dziennym i z nastawieniem na kolor.

Czy więc rzeczywiście nie warto dopłacić do „jedynki” kwoty 17.000 zł za wbudowany grip? I tak i nie. 1Ds mk3 nie miał żadnej konkurencji, gdy pojawił się na rynku i nadal jej nie miał, gdy go kupiłem. Wtedy nie miałem innego wyboru. Czy dzisiaj zdecydowałbym się na 5D mk2 w zamian? Co dostajemy za te 17.000 zł? Na pewno zdecydowanie lepszy autofokus, zdecydowanie lepszą ergonomię, możliwość pracy na dwóch kartach, sporo osprzętu w standarcie, większe możliwości personalizacji, lepszy wizjer, brak możliwości kręcenia filmów i gorszy wyświetlacz, a gratis zdecydowanie lepszą minę klienta, gdy pyta o cenę naszego aparatu :)

Raczej nie zamieniłbym się na „piątkę” bo 1Ds mk3 to najlepszy aparat, jaki miałem w życiu. Gdy robi się 100 klatek tygodniowo, nie zwraca się uwagi na wiele drobiazgów. Gdy robi się ich tysiące, to mały drobiazg może wyprowadzić z równowagi :)

Wycinek zdjęcia z Canona 1Ds mk3 (kliknij, by zobaczyć w pełnym rozmiarze)

Wycinek zdjęcia z Canona 5D mk2 (kliknij, by zobaczyć w pełnym rozmiarze)
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, backstage, Canon, foto mądrości, Jak to zrobiłem, porady, sesja, sprzęt, test
komentarz

3 maja 2011

| przez Artur Nyk

Test nieobiektywny czyli Jak nie robić panoram

Pewna firma o nazwie Microsoft (może słyszeliście kiedyś o niej ?) napisała program na ajfona do robienia panoram Photosynth. Ogólne zachwyty nad aplikacją sprawiły, że postanowiłem ją pobrać (jest dostępna za darmo w App Store).
Interfejs jest bardzo dobry, typowo makowy, czyli po włączeniu mamy do naciśnięcia tylko jeden klawisz, by zacząć robić zdjęcie. Naciskamy, aplikacja robi pierwsze zdjęcie, a następnie musimy tylko pokazać jej, gdzie jest kolejny obszar, który nas interesuje. W momencie, gdy przez chwilę nie będziemy ruszać telefonem, program zrobi kolejne zdjęcie itd. Zasada prosta i genialna. Ale…

Zaczynamy…

kadr początkowy

dodajemy kolejny fragment obrazu

i kolejne…

No właśnie. Jeżeli bardzo się staramy i trochę myślimy w czasie fotografowania to efekt może być całkiem dobry.
Wystarczy jednak odrobinę rozluźnić się…. i już efekt jest nieco kontrowersyjny. Oto co powstało, gdy chciałem pochwalić się Marcinowi, jaką fajną panoramę mogę zrobić.

Algorytm wyszukiwania wspólnych części obrazu trochę się pogubił i uznał, że głowa Marcina nie jest najważniejsza. Dzięki temu możemy skoncentrować wzrok na szklance, która jest pusta. A dzięki tej informacji łatwiej  jest zrozumieć, dlaczego zdjęcie tak wygląda :) No cóż, gdy się fotografuje bez głowy, zdjęcia są do niczego.
Podsumowując, Photosynth jest ciekawą aplikacją, ale na pewno nie jest idiotoodporna, co udało mi się udowodnić…
PS. Microsoft wypuścił na razie aplikację na ajfona, gdyż sam przyznał, że Windows Mobile nie jest dostatecznie silny, by pociągnąć ten program :)
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
sprzęt, test
komentarz

24 lutego 2011

| przez Artur Nyk

Test nieobiektywny czyli tani kontra drogi

Dzisiejszy test będzie wyjątkowo nieobiektywny, choć dotyczący obiektywów.
Na ostatnich warsztatach studyjnych spytano się mnie, jaka tak naprawdę jest różnica między tanim i drogim obiektywem. No przecież to jasne, droższy jest lepszy. Ale o ile? I czy każdy dostrzeże tę różnicę?

No to przekonajmy się sami, powiedziałem i wyciągnąłem do porównania mojego  Canona EF 70-200/4 L IS z Canonem EF-S 55-250/4-5,6 IS.
Ponieważ przed chwilą zajmowaliśmy się problemem oświetlania szkła, na stole mieliśmy szklankę wody, którą torturowaliśmy na różne sposoby. Może to mało efektowny obraz, jednak pozwala na sprawdzenie kilku rzeczy. Duży kontrast światła powinien pokazać nam, jak się zachowują szkła w obu obiektywach.
Czy warto zapłacić 3000 zł więcej? Bo właśnie taka jest różnica w cenie obiektywów. A w obrazie?

No właśnie, czy widzicie na pierwszy rzut oka jakąś różnicę?

Jeszcze kilka znaczących wyjaśnień. Do tego małego testu użyłem Canona 550D z dwóch powodów. Po pierwsze, bo to bardzo popularny aparat i często to jego właściciele mają wątpliwości, czy warto zapłacić za szkło więcej, niż za samo body. Po drugie, bo jeden z obiektywów ma w nazwie literkę S czyli nadaje się tylko do niepełnoklatkowych aparatów i nie mógłbym założyć go do mojego body.
Robiliśmy oczywiście pliki RAW, które porównywaliśmy w Aperture.

Na pierwszy rzut oka widać, że 70 mm w droższym obiektywie jest dłuższą ogniskową, niż te same 70 mm w tańszym. Szklanka jest po prostu minimalnie większa przy użyciu mojego zooma. Program wyświetla w obu przypadkach, że ogniskowa to 70 mm, a jednak różnicę widać. Z tym problemem spotkałem się wiele razy przy różnych obiektywach. Np. 100 mm w makro 100/2,8 jest wyraźnie dłuższe niż 105 mm w 24-105/4 L IS. Cóż, tak ich uroda i nie ma czym się przejmować.
Widać też różnicę w kontraście. Obraz z tańszego zooma jest bardziej kontrastowy. A to niedobrze, bo oznacza, że obiektyw przenosi mniej informacji  i kompresuje obraz.
Aby zobaczyć dokładnie, w czym problem, włączyłem opcje zaznaczenia prześwietlonych (czerwony) i niedoświetlonych (niebieski) fragmentów obrazu.

Tani obiektyw nie widzi wielu szczegółów w cieniach, które droższy brat jeszcze rozróżnia. Aby pokazać to jeszcze lepiej, dołożyłem na ekspozycji +2 działki.

Teraz dokładnie widać, ile informacji można wyciągnąć z droższego obiektywu. Przy jasnych partiach ten problem natomiast w ogóle nie występuje.

A jak ze szczegółem w obrazie? Tu w obu obiektywach już ciężko się dopatrzyć różnic.

Mógłbym pewnie pozamieniać podpisy pod zdjęciami i nikt by się nie zorientował. Oba obiektywy w tym momencie dają praktycznie identyczny obraz.

Jaki z tego możemy wyciągnąć wniosek? Właściciele obu obiektywów mają powód do zadowolenia.
Nie mogę stwierdzić, że nie ma sensu kupowania szkła z serii L, ani nie mogę powiedzieć, że tanie obiektywy są do niczego. Szczerze mówiąc, jestem sam mile zdziwiony jakością taniego zooma. Oczekiwałem znacznie większych różnic, a tymczasem okazało się, że jest to świetny obiektyw dla … amatorów. Dochodzimy tu do kwestii różnicy ceny i tego, co za to dostajemy. Tani obiektyw ma plastikowy bagnet. Dostatecznie dobry, gdy zmieniamy go raz na parę dni. Jednak w mojej pracy, gdy czasem po kilka razy dziennie muszę przełożyć obiektyw, metalowy bagnet jest koniecznością. Dalej, cała obudowa serii L jest metalowa i  pyłoszczelna, a mnie często zdarza się robić zdjęcia w trudnych warunkach, gdzie kurz i pył wiruje w powietrzu. Bardziej zaawansowany jest system stabilizacji. Dostajemy też znacznie lepszą osłonę przeciwsłoneczną. Lepsze są warstwy przeciwodblaskowe, a autofokus szybszy.
Po prostu, gdy wykorzystujemy sprzęt codziennie i w najróżniejszych warunkach, suma tych wszystkich różnic jest znacząca.
Jednak, gdy zamierzamy robić zdjęcia hobbystycznie, tańszy obiektyw jest całkowicie wystarczający.

To zła wiadomość dla wszystkich, którzy szukają powodu, by wytłumaczyć, dlaczego ich zdjęcia nie są dostatecznie dobre.
Jeżeli więc macie dylemat, czy wydać 850 zł na 55-250 czy 3850 zł na 70-200, a nie zamierzacie używać go zawodowo, moja rada jest prosta.
Kupcie ten tańszy, a za 3000 zł jedźcie na super wakacje w piękne miejsce, gdzie dwa tygodnie będziecie mogli poświęcić na doskonalenie swoich fotograficznych umiejętności.
Jak wrócicie, nikt nie będzie Wam mówił, jaki masz fajny obiektyw, tylko jakie fajne robisz zdjęcia :)

PS.
Oczywiście mój mały test nie porusza wszystkich aspektów. Przetestowałem tylko jedną ogniskową i tylko w jednych warunkach. Na pewno można by rozpatrywać wiele różnych drobiazgów. Tylko po co, skoro te istotne już widać.  Dla mnie bardziej istotne jest, jak wygląda zdjęcie w całości, a nie rozłożone na czynniki pierwsze :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, Canon, porady, sprzęt, test, warsztaty
komentarz

22 lutego 2011

| przez Artur Nyk

Poważna sesja czyli test iPhona

Mój maraton sesyjny wreszcie dotarł do końca. Nie mam nic przeciwko dużej ilości sesji, ale gdy jest to dzień w dzień to szybko ma się dość.
Dzisiaj robiliśmy zdjęcia w laboratorium rafinerii Orlenu w Trzebinii. Problemy w takich sytuacjach zawsze są takie same. Pomieszczenia zbyt małe, by zmieścić tam oświetlenie, modeli i jeszcze mnie, a urządzenia zbyt automatyczne, by ludzie mogli coś sensownego przy nich robić. 
Pokazano nam np. coś wielkości szafy grającej jednocześnie o wartości dobrego domu, a jedyne, co było widać przez małe okienko, to mały płomień. I co ma przy takiej maszynie robić człowiek, który jest tematem zdjęcia? Ma dobrze wyglądać. Proste :)
Gosia dzisiaj nie zabrała swojego Canona, bo postanowiła robić zdjęcia z backstage’u sesji na moim iPhonie. Ostatnio byłem zachwycony funkcją HDR, a dzisiaj pokażę Wam trochę, jak to działa. I kiedy nie działa.
Oto pierwsze zdjęcie, najpierw oryginalny plik. Typowa trudna sytuacja, gdy robimy zdjęcie pod światło. Czerń na pierwszym planie kontra prześwietlone okno. No i efekt nietrudny do przewidzenia, jest kiepsko.

A teraz z włączony HDR, pojawiły się szczegóły w cieniach, ale przede wszystkim widzimy dobrze obraz za oknem. Czary…. Ale zwróćcie uwagę na mój aparat, jest dziwnie rozdwojony.

Zobaczmy dalej, co się dzieje. Na tej klatce Gosia zarejestrowała błysk lamp. Przy okazji widać, jak aparat zapisuje obraz. Elektroniczna migawka działa całkiem podobnie do mechanicznej.

No i efekt HDR. Znowu jakimś cudem aparat wyciągnął szczegóły z kompletnie prześwietlonego fragmentu. Jakim cudem? I znowu zobaczycie miejscami rozdwojony obraz.

I ostatni przykład. Mocno poruszone zdjęcie na tle prześwietlonego okna. Nawet z RAWu byłoby ciężko coś wyciągnąć.

I HDR. Tym razem widać wyraźnie, że przesunięcie spowodowane jest podwójnym naświetlaniem. Chociaż iPhone nie daje po sobie poznać, to aby uzyskać dobre zdjęcie o dużej rozpiętości tonalnej, robi nie jedno, a dwa zdjęcia i składa je ze sobą. No niby nic dziwnego, w końcu na tym polaga HDR. Aja myślałem, że robi coś w rodzaju RAWa i z tego sobie montuje.

Jak człowiek się nie zna to musi sam sprawdzić, co jak działa :)

Generalnie jestem zachwycony, jak można z pomocą HDR zrobić świetne zdjęcie. Teraz już wiem, że trzeba nieruchomo trzymać aparat, by nie uzyskać rozdwojenia obrazu. Na szczęście iPhone może zapisać plik oryginalny i HDR i gdy coś pójdzie nie tak, to mamy zawsze normalne zdjęcie.

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
backstage, Canon, sesja, sprzęt, test
komentarz
← 1 2 3 →

Kategorie

5Ds (5) akt (8) Aperture (46) Apple (24) architektura (18) asystent fotografa (3) b&w (5) backstage (76) Bowens (9) Canon (69)