×
Artur Nyk Blog
  • Fotografie
  • O mnie
  • Jak zostać fotografem
  • Jak to zrobiłem
  • do kawy
  • Fotografie
  • O mnie
  • Jak zostać fotografem
  • Jak to zrobiłem
  • do kawy

foto mądrości

11 września 2010

| przez Artur Nyk

Mniej znaczy więcej czyli ile lamp jest potrzebnych w studio

Może to lenistwo, ale z czasem zacząłem używać coraz mniej lamp. W rekordowym momencie miałem ich w studio 11 i ciągle wydawało mi się, że przydałoby się jeszcze kilka. Nie przeczę, czasem przydaje się tyle lamp, jednak ostatnio coraz częściej ciężko mi wymyślić, do czego mogłyby mi być potrzebne.
Przy okazji porządków mojej biblioteki zdjęć, znalazłem dokumentację z sesji packshotów dla Alpinusa. Przyjrzałem się temu zdjęciu i nie mogłem sobie w żaden sposób przypomnieć, po jaką cholerę postawiłem 6 lamp, by zrobić zdjęcie jednemu małemu plecakowi… Myślałem, myślałem i doszedłem do wniosku, że źle to wtedy wymyśliłem. Powód jest prosty, wtedy po prostu nie myślałem, jak robić zdjęcia w prosty sposób! I pomyśleć, że zrobiłem dla Alpinusa ponad 2000 zdjęć :)

Miałem w tamtym czasie okres „softboksowy”, używałem ich na potęgę. Softboks był lekiem na każde zło. Dzisiaj zrobiłbym to samo zdjęcie, używając pewnie dwóch lamp i to bez softów, a efekt byłby znacznie lepszy.
Parę godzin temu robiłem fotę dla Tomka Szabelki na konkurs fryzur i wystarczyła mi jedna lampa. Nie było żadnego sensu używać więcej. A jak udowodnić tezę, że jedna lampa jest często wystarczająca? Prosto. Ile mamy słońc? Jedno! No właśnie, a jakie ładne i zróżnicowane światło potrafi dać. Słońce pomaga sobie chmurami (blendy) lub ścianą budynku  ekran) i wieloma innymi akcesoriami, by stworzyć piękne światło. Nam pozostaje tylko patrzeć i uczyć się :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
backstage, foto mądrości, sprzęt
komentarz

10 września 2010

| przez Artur Nyk

Czy każde zdjęcie musi mieć temat?

Generalnie fajnie jest wiedzieć, co się chce sfotografować, mieć pomysł na zdjęcie, przemyślaną kompozycję itd. Tak zwykle staram się robić i im więcej popracuję nad zdjęciem w swojej głowie, tym lepszy jest efekt. 
A drugiej strony, są sytuacje, gdy gotowe kadry same pojawiają się przed naszymi oczami. Wtedy trzeba być szybkim, jak Lucky Luke, szybszym nawet, niż własny cień. Ostatnio miałem szansę na bardzo fajne zdjęcie. Szedłem sobie ulicą, a tu nagle przede mną z bramy wychodzi facet i niesie dwa damskie manekiny (albo pół manekiny, bo były tylko od pasa w górę), kompletnie ubrane i w perukach. Najlepsze było jednak to, jak je niósł. Trzymał je za szyje, co wyglądało, jakby dusiciel targał swoje ofiary. 
Zachowałem się, jak profesjonalny  reporter, 0,6 sekundy wystarczyło mi na podjęcie decyzji o zrobieniu zdjęcia. 0.85 sekundy poświęciłem na ustalenie kadru. 5 sekund zajęło mi wyjęcie telefonu z kieszeni ( jak zwykle nie wiedziałem, w której jest), 8 sekund trwało uruchomienie aparatu w telefonie (oczywiście spiesząc się bardzo, dwa razy nacisnąłem nie to, co trzeba), 10 minut wkurzałem się na siebie po tym, jak facet wszedł do sklepu, a ja nie zdążyłem zrobić zdjęcia…
Na szczęście można też czasem znaleźć tematy, które nie uciekają..
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
foto mądrości
komentarz

8 września 2010

| przez Artur Nyk

O archiwizowaniu zdjęć czyli ucz się na moich błędach. Część II

Pierwsza cyfra i pierwsze pliki RAW spowodowały pierwsze pytania, jak właściwie przechowywać zdjęcia. Kombinowałem strasznie, wymyślając kolejne cudowne sposoby na takie zorganizowanie mojego archiwum, by po tygodniu nadal móc się w tym połapać. Osobno trzymałem RAWy, osobno Tiffy i jeszcze gdzieś jpegi, by w kolejnej wersji zmienić pomysł i wszystkie pliki trzymać w jednym katalogu.
Spowodowało to oczywiście mnóstwo chaosu i bałaganu, z którego potem wygrzebywałem się przez miesiące. A w czasie, gdy ja wymyślałem kolejny genialny sposób na archiwizację, produkowałem coraz więcej i więcej nowych plików. Potem zmieniłem aparat i na dodatek RAWy zrobiły się cięższe i sytuacja stawała się jeszcze gorsza.

Mam też jedną okropną wadę… skasowanie każdego zdjęcia sprawia mi wielki ból. No bo dlaczego mam wyrzucić fotografię, nad którą ciężko pracowałem? Co z tego , że dopiero 153 była dobra? W tych poprzednich też jest coś dobrego, w jednej lepsze światło w górnym, prawym rogu, a innej modelka lepiej ułożyła środkowy palec… Zamiast więc od razu skasować większość niepotrzebnych zdjęć, zostawiałem je sobie na „potem” by popracować nad nimi w wolnej chwili. Zdajecie sobie sprawę, że większość z nich dalej czeka… Na swoją obronę powiem, że raz na jakiś czas, znajduję zdjęcie, które po jakimś czasie zaczyna mi się bardzo podobać. Widocznie, niektóre fotografie muszą dojrzeć, by być docenione, nawet przez swego twórcę.

Gdy sytuacja zrobiła się krytyczna, kupiłem nowy komputer z ogromnym, jak mi się wydawało, dyskiem 250 GB. Był to okres, gdy na rynku pojawiły się dwa rewolucyjne programy: Aperture i Lightroom. Ja wybrałem ten pierwszy z kilku powodów. Po pierwsze Aperture wyszedł pierwszy i wcześniej się nim zainteresowałem. Po drugie, był na Maca, a ja miałem dosyć XP, który przede wszystkim denerwował mnie swoim wyglądem. Po trzecie Lightroom mi nie pasował z tego samego powodu, dlaczego nie pasuje mi Nikon. BO NIE! W ten sposób, po głęboko przemyślanym wyborze, rozpocząłem wrzucanie całej swojej bazy zdjęć do Aperture’a.  Jedną z najważniejszych dla mnie cech tego programu była właśnie możliwość automatycznego robienia kopii. Drugą były inteligentne katalogi. Dzięki nim mogłem wreszcie trzymać fizycznie jedną kopię zdjęcia, ale wrzucać ją do różnych albumów. Genialne proste. Zwłaszcza, gdy już zrozumiałem po miesiącu, jak to działa. Jako normalny facet, nie zamierzałem przecież czytać instrukcji i to do tego w jakimś obcym języku. Aperture stało się w końcu moim ukochanym programem, choć miłość ta bywa nadal momentami trudna, gdy ja i mój Mac mamy rozbieżne stanowiska co do szybkości działania programu…. Czyli ja chcę, by program działał, a Mac ma co innego do roboty, np kręcenie takiego małego kółeczka na ekranie. No dobrze, czasem ma prawo, bo w między czasie moja baza zdjęć urosła do około 800 GB.

Moment gdy bardzo się z Aperture na siebie pogniewaliśmy… 

Przejdźmy teraz do konkretów, jak mam zorganizowaną archiwizację.

Mam dwa dyski w komputerze z przeznaczeniem tylko na zdjęcia. Na pierwszym jest biblioteka Aperture, na drugim jest jej kopia. Trzeci dysk trzymam w innym miejscu i aktualizuję kopię co jakiś czas. Oprócz tego czasem jeszcze nagrywam konkretne zdjęcia na płyty DVD. To przyzwyczajenia z poprzednich lat. Wprawdzie płyty nie są zbyt trwałym nośnikiem, ale kolejna kopia nigdy nie zaszkodzi. Wybieram tylko DVD renomowanych producentów i nagrywam na najmniejszych możliwych prędkościach i jak do tej pory nawet stare płyty dalej działają. Dyski też wybieram pod kątem długowieczności i bezawaryjności. Ale zawsze lepsza jest kopia na najgorszym dysku, niż żadna.
Aktualizacja kopii działa w Aperture w ten sposób, że program sprawdza, jakie zmiany zaszły w bibliotece i nowe pliki dopisuje do kopii, a te skasowane usuwa z kopii i umieszcza w osobnym katalogu. Jest to bezpieczne, gdyż nawet po przypadkowym skasowaniu czegoś w głównej bibliotece, nie skasujemy tego automatycznie w kopii. Ja ten katalog z usuniętymi zdjęciami trzymam zwykle jeszcze przez jakiś czas. Tak na wszelki wypadek.

No ale te wszystkie automatyczne mechanizmy będą do niczego, jeżeli nie zastosujemy twardych procedur. Ja po jednej wielkiej wtopie, codziennie teraz aktualizuję kopie na koniec dnia. Ta zasada jest najważniejsza. Mam też kilka innych. W studio zwykle pracuję z aparatem podpiętym do kompa. Zdjęcia wtedy zapisywane są bezpośrednio na dysku, ale zawsze też na karcie w aparacie. Mam więc od razu dwie kopie. Dopiero, gdy zrobię kolejną kopię w kompie, mogę skasować karty. Gdy pracuję poza studiem i bez laptopa to pierwszą rzeczą po powrocie jest wrzucenie zdjęć do kompa, a następnie zrobienie kopii i dopiero wtedy ewentualnie skasowanie kart.
Wiem, że to może wydawać się wielką przesadą. Ale tylko tym, którym: nie padł dysk, nie skasowali przez przypadek dysku, nie padła karta lub nie skasowali przez przypadek karty. Mnie zdarzyła się większość z tych sytuacji i uratowało mnie tylko posiadanie kopii. Niech przestrogą będzie to, co zdarzyło mi się kilka miesięcy temu:

Nie stosowałem wtedy jeszcze NAJWAŻNIEJSZEJ zasady codziennego aktualizowania biblioteki. Nieważne jak, ale skasowałem sobie CAŁĄ bibliotekę zdjęć. Zorientowałem się dopiero, gdy pasek postępu dochodził do samego końca… Byłem przerażony i w myślach podliczałem sobie sesje, które nie załapały się na kopie. W sumie okazało się, że miałem więcej szczęścia, niż rozumu. Wprawdzie kopia była sprzed miesiąca, ale część zdjęć zachowała się dzięki mechanizmowi Time Machine. To kolejna fajna rzecz w Macu. TM archiwizuje automatycznie co godzinę wszystko, co zmieniło się w kompie. Nie kasuje jednak rzeczy, które się usunie, tylko trzyma na dysku wszystko, co było. Ponieważ zdjęcia pojawiły się na kompie  w momencie, gdy były robione (podłączony aparat) to TM je automatycznie zarchiwizował.
Przejrzałem więc kopie TM i odzyskałem wszystkie sesje. Ostatnie fotografie miałem z kolei jeszcze na karcie… Nawet nie myślę o tym, co by było, gdybym stracił wszystkie moje zdjęcia..

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, foto mądrości, porady, sprzęt
komentarz

1 września 2010

| przez Artur Nyk

Telefon dla fotografa

Gdy usłyszałem dawno temu o pojawieniu się w aparatów fotograficznych w telefonie, najpierw ucieszyłem się. Potem, jak zobaczyłem pierwsze efekty, załamałem się. Mój pierwszy telefon z obiektywem to był sony. Zdecydowałem się na niego, bo sądziłem, że firma, która ma już doświadczenia z fotografią, zadba o rozsądną jakość zdjęć. Efekt był porażający. Na jednym ze zdjęć zrobionych w Tatrach zobaczyłem niedźwiedzia. Szkoda tylko, że w rzeczywistości była to skała. Kolejny też był sony i było już trochę lepiej. Udawało mi się rozpoznawać, gdzie kończy się morze, a gdzie zaczyna niebo. Nokie, które już wtedy mi się naraziły, bo ciągle się psuły, robiły zdjęcia o klasę lepsze. Pierwsze akceptowalne dla mnie zdjęcia robił dopiero ajfon. Akceptowalne, oznacza fotografowanie w dobrych warunkach oświetleniowych i oglądanie zdjęcia na ekranie telefonu. Odkryłem natomiast, że taki aparat jest znakomitym notesem. Nauczyłem się  zapisywać w ten sposób, miejsca, kadry, notatki, rysunki, ustawienia lamp i milion innych rzeczy, Do tego trochę na siłę, ale jednak można było robić zdjęcia na wakacjach.
Przez ostatni miesiąc codziennie udawało mi się umieszczać tutaj post ilustrowany w 99% zdjęciami z telefonu.  Mogę teraz ocenić, jakie są tego plusy i minusy. Minusem jest zdecydowanie jakość. Zaczął mnie już drażnić niski kontrast, przeciętny kolor i słaby rysunek. Ale są też zdecydowane plusy. Po pierwsze nie muszę ze sobą targać  aparatu. Chodzenie wszędzie z lustrzanką to jakiś masochizm (znany mi dobrze z autopsji). Na mały kompakt od dawna nie mogę się zdecydować. Nic nie spełnia moich wymagań. No i pozostaje telefon. Trudno. Ale może już niebawem nie będzie tak źle. Za miesiąc czy dwa będę pewnie miał nowego ajfona, którego aparat jest świetny. Na dodatek dzisiaj apple zapowiedziało, że wprowadza funkcję HDR. Aparat ma automatycznie robić trzy klatki i składać je w jedną. Zapowiada się dobrze, ale zobaczymy…
Aparat w telefonie ma jeszcze jedną dobrą cechę. Nie rzuca się w oczy. Można zrobić zdjęcie prawie niepostrzeżenie, w końcu trzymanie telefonu w ręku stało się rzeczą naturalną.
I dzięki temu udało mi się sfotografować bardzo ładną dziewczynę siedzącą w dosyć spektakularny sposób.  Stałem jakieś 2 m od niej i nie zauważyła mnie. Ani tego, że spódnica była zdecydowanie za krótka. Właściwie to nie wiem, czy w ogóle była. Opublikuję jednak, zobaczcie wersję ocenzurowaną :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Apple, foto mądrości
komentarz

31 sierpnia 2010

| przez Artur Nyk

Reklama vs Dokument

Najprostszy opis różnicy między fotografią reklamową, a fotografią dokumentalną jest bardzo prosty. Dokument odtwarza, a reklama kreuje rzeczywistość. Byłoby jednak wielkim uproszczeniem, gdyby przy tym pozostać. Dzisiaj granice już się zacierają i czasem trudno powiedzieć, na jaką fotografię patrzymy, zwłaszcza, gdy do reklamy wykorzystuje się autentyczne zdjęcia dokumentalne, a reporterzy potrafią w photoshopie „uatrakcyjnić ” sytuację na zdjęciu.

Oto dwie moje fotografie. Pierwsza zrobiona na wakacjach. Sytuacja jest prawdziwa. Zobaczyłem faceta czytającego gazetę i spodobało mi się to w kontekście miejsca. Zrobiłem zdjęcie telefonem, bo na wakacje raczej nie zabieram aparatu. Oczywiście, że kiepski ze mnie dokumentalista. Więc podszedłem do tematu reklamowo. Pokazałem temat atrakcyjnie, ładne skały są ważniejsze od człowieka. Fotograf – dokumentalista pewnie skupiłby się bardziej na pokazaniu człowieka, jego emocji, myślałby, jak pokazać na jednym zdjęciu całą tę historię. Może zrobiłby ujęcie z poziomu ziemi, aby nasz model (to moje reklamowe myślenie…) był bardziej widoczny na tle nieba. Inaczej mówiąc, zająłby się KREACJĄ. A wszystko po to, by dobrze pokazać rzeczywistość. Gdyby dokument był tylko odtworzeniem tego, co widzi fotograf, to wystarczyłoby dać aparat do ręki pierwszemu z brzegu bezrobotnemu. A jednak z jakichś powodów gazety tego nie robią, choć na pewno wyszłoby taniej.

A oto inne moje zdjęcie, zrobione do kalendarza Cersanitu gdzieś w 2000 lub 2001 roku. Jest na nim naga kobieta siedząca na podłodze z płytek gresowych. Przeciętny odbiorca nawet nie pomyśli, że ta podłoga nie jest prawdziwa, a tylko ułożona na chwilę w studio ( dobra, płytki są krzywo położone, ale mieliśmy mało czasu), a obok nie stoi wanna tylko lampy błyskowe.  Czy często widzicie kobiety siedzące tak na kamiennej podłodze? Nie sądzę. Ale na potrzeby reklamy wykreowałem taką sytuację (zgodnie z zasadą, jak nie masz pomysłu na reklamę to daj gołą babę) Dziewczyna musiała się nacierpieć, wyginając się w niewygodnej pozycji, aby tylko spełnić moje wyobrażenia, jak pięknie może wyglądać. Jednak nie ma tu niczego nieprawdziwego. Ta dziewczyna rzeczywiście tak wygląda, gdy ktoś każe jej tak się powyginać. Podłoga rzeczywiście tak wygląda, gdy oświetlić ją kontrastowym światłem, a nie mdłymi świetlówkami. Przy całej kreacji, jaką wykonałem, musiałem też ODTWORZYĆ to, co fotografowałem. Inaczej reklama będzie kłamstwem. A nie powinna nim być.
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
foto mądrości, Photoshop
komentarz

26 sierpnia 2010

| przez Artur Nyk

O krytykowaniu zdjęć

Miałem dzisiaj prostą sesję portretową. Niby proste światło, ale jednak zrobiłem sobie dokumentację. I nie dlatego, by potem taką sesję odtworzyć. Wręcz przeciwnie, na spokojnie za kilka dni obejrzę zdjęcia i przeanalizuję, czy wszystko dobrze zrobiłem. 
Do swoich zdjęć można podejść na dwa sposoby. Być zadowolonym z każdej fotografii i zachwycać się swoimi zdolnościami. Albo szukać dziury w całym i zastanawiać się, co można było zrobić lepiej. Ja zdecydowanie zaliczam się do tej drugiej grupy fotografów. Nie jest to komfortowe psychicznie. Gdybym jednak zachwycał się każdą klatką filmu (aktualnie plikiem), pewnie teraz byłbym sfrustrowanym artystą fotografikiem, którego sztuki nikt nie rozumie, „chwilowo” pracującym na poczcie. 
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
foto mądrości
komentarz

22 sierpnia 2010

| przez Artur Nyk

Jak trzymać aparat czyli po co nam głowa

Zawsze byłem przeciwnikiem aparatów bez wizjera optycznego. Wizjery eletroniczne też są raczej koszmarnie kiepskim rozwiązaniem. Całe życie fotografowałem, patrząc przez wizjer i zawsze byłem bardzo nieszczęśliwy, gdy musiałem czasem zrobić jakieś zdjęcie na wielkim formacie, gdzie widziałem obraz na matówce nie dość, że do góry nogami, to jeszcze odwrócony prawo-lewo. Gdy pojawiły się tanie cyfry i wszyscy zaczęli robić zdjęcia, trzymając aparaty przed sobą, byłem mocno zawiedziony, w jaką stronę zmierza fotografia.
Dlaczego jest to takie kiepskie rozwiązanie? Wbrew pozorom, znacznie trudniej jest w taki sposób precyzyjnie ustalić kadr. Ręce się trzęsą, najczęściej na wyświetlaczu jest cała masa informacji, które tylko przeszkadzają, a do tego, gdy świeci mocno słońce to i tak niewiele widzimy. Oczywiście, są sytuacje, kiedy przydaje się taki podgląd, gdy trzymamy aparat np. nad głową lub na poziomie ziemi. Ale to tylko wyjątki. Dlaczego lepiej jest patrzeć przez wizjer? Ponieważ głowa jest podobno najbardziej stabilną częścią ciała. Opierając o nią aparat, zapewniamy sobie najwyższą możliwą stabilizację obrazu. Tak, wiem, że teraz prawie każdy aparat ma wbudowaną stabilizację obrazu, ale nie zawsze dobrze to działa. A gdy fotografujemy używając długiej ogniskowej to każda stabilizacja, jaką możemy sobie zapewnić, jest mocno pożądana. Druga zaleta używania wizjera to odcięcie się od całego świata. Patrząc przez wizjer, będziecie mogli skupić się wyłącznie na kadrze. A to wyjdzie na zdrowie każdej fotografii:)

Dobrze, przyznaję, że sam mimo wszystko korzystam czasem z Live View w moim Canonie. Przydaje się to przy fotografii architektury, oczywiście używając statywu. Mogę wtedy precyzyjnie ustawić kadr i wypoziomować aparat.

Ale wtedy trochę się wstydzę że tak robię :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Canon, foto mądrości, porady
komentarz
← 1 … 16 17 18

Kategorie

5Ds (5) akt (8) Aperture (46) Apple (24) architektura (18) asystent fotografa (3) b&w (5) backstage (76) Bowens (9) Canon (69) Capture One (5) dobre zdjęcia (53) do kawy (116) eduweb (7) Elinchrom (33) foto mądrości (177) fotopiwo (8) Jak to zrobiłem (91) Jak zostać fotografem (10) Lightroom (2) Mamiya (19) Nikon (19) Photoshop (25) plenery (27) podróże (13) porady (123) portret (6) realizacje (68) reklama (20) samochody (59) sesja (191) sprzęt (113) Spytaj Artura (33) sztuka (6) test (25) video (20) warsztaty (43)

Ostatnie wpisy

  • 10. Jak wybrać oświetlenie fotograficzne – Lampy LED
  • Gram z Wielką Orkiestra Świątecznej Pomocy
  • 9. Mit 2 – Jasny obiektyw zawsze jest najlepszy 
  • 8. Obalamy mity – Pełna klatka nie zawsze jest lepsza
  • 7. Kupujemy aparat. Czyli o wyższości Canona nad Nikonem. Albo odwrotnie.
  • 6. Potem będę dużo zlecał, ale…
  • 5. AAAAAA, zdjęcia oferuję tanio

Archiwa

  • marzec 2024 (1)
  • styczeń 2024 (3)
  • grudzień 2023 (7)
  • luty 2023 (1)
  • wrzesień 2020 (2)
  • sierpień 2020 (2)
  • luty 2018 (1)
  • maj 2017 (1)
  • kwiecień 2017 (1)
  • marzec 2017 (3)
  • luty 2017 (2)
  • październik 2016 (1)
  • kwiecień 2016 (3)
  • marzec 2016 (1)
  • luty 2016 (2)
  • styczeń 2016 (3)
  • grudzień 2015 (3)
  • październik 2015 (1)
  • wrzesień 2015 (2)
  • sierpień 2015 (1)
  • lipiec 2015 (1)
  • czerwiec 2015 (4)
  • maj 2015 (2)
  • kwiecień 2015 (3)
  • luty 2015 (2)
  • styczeń 2015 (14)
  • grudzień 2014 (21)
  • listopad 2014 (6)
  • październik 2014 (3)
  • wrzesień 2014 (2)
  • sierpień 2014 (4)
  • lipiec 2014 (1)
  • czerwiec 2014 (2)
  • maj 2014 (5)
  • kwiecień 2014 (5)
  • marzec 2014 (3)
  • luty 2014 (4)
  • styczeń 2014 (7)
  • grudzień 2013 (5)
  • listopad 2013 (6)
  • październik 2013 (4)
  • wrzesień 2013 (8)
  • sierpień 2013 (5)
  • lipiec 2013 (5)
  • czerwiec 2013 (5)
  • maj 2013 (1)
  • kwiecień 2013 (3)
  • marzec 2013 (3)
  • luty 2013 (4)
  • styczeń 2013 (6)
  • grudzień 2012 (8)
  • listopad 2012 (8)
  • październik 2012 (8)
  • wrzesień 2012 (1)
  • sierpień 2012 (11)
  • lipiec 2012 (8)
  • czerwiec 2012 (10)
  • maj 2012 (8)
  • kwiecień 2012 (8)
  • marzec 2012 (9)
  • luty 2012 (13)
  • styczeń 2012 (12)
  • grudzień 2011 (10)
  • listopad 2011 (16)
  • październik 2011 (20)
  • wrzesień 2011 (19)
  • sierpień 2011 (5)
  • lipiec 2011 (15)
  • czerwiec 2011 (26)
  • maj 2011 (19)
  • kwiecień 2011 (17)
  • marzec 2011 (16)
  • luty 2011 (24)
  • styczeń 2011 (20)
  • grudzień 2010 (18)
  • listopad 2010 (20)
  • październik 2010 (28)
  • wrzesień 2010 (22)
  • sierpień 2010 (14)

© Artur Nyk

↑

Polityka plików cookies

Mam najlepsze ciasteczka, idealne do kawy. Życzę miłego oglądania moich fotografii Odwiedź stronę Polityka plików „cookies” aby dowiedzieć się więcej.

Close