×
Artur Nyk Blog
  • Fotografie
  • O mnie
  • Jak zostać fotografem
  • Jak to zrobiłem
  • do kawy
  • Fotografie
  • O mnie
  • Jak zostać fotografem
  • Jak to zrobiłem
  • do kawy

24 stycznia 2011

| przez Artur Nyk

Czarny łabędź bez obróbki

Byłem w niedzielę na bardzo ciekawym filmie „Czarny Łabędź” z Natalie Portman. Samo to nazwisko już wystarczyło, bym chciał zobaczyć film. Chociaż Natalie już zawsze będzie mi się kojarzyła przede wszystkim z Królową Amidalą z Gwiezdnych Wojen, to lubię ją we wszystkich rolach. Film jest niezwykły, również od strony wizualnej, zdjęcia są bardzo dobre.
Nie wiem, czy to ja jestem taki przewrażliwiony, czy też reżyser przemycił kilka akcentów z Gwiezdnych Wojen. Usłyszałem w pewnym momencie: „ciemna strona mocy”, przywróci równowagę”, a w jednej scenie Natalie ma ubranie dokładnie w stylu Jedi :)

Ale chciałem napisać o zdjęciu z plakatu. Widziałem je już wcześniej i pomimo jego prostoty, przyciągnęło moją uwagę. W kinie przyjrzałem się plakatowi z bliska. Ta fotografia wygląda, jakby nie była w ogóle obrabiana.

I bardzo dobrze. Wreszcie można pokazać skórę, która wygląda tak, jak w rzeczywistości. W końcu kobiety nie wyglądają jak porcelanowe, by nie powiedzieć, plastikowe lalki. Na szczęście ten trend od pewnego czasu zaczyna być coraz powszechniejszy.
Przyznaję, że tak bardzo się przyzwyczaiłem kiedyś do absolutnie nieskazitelnie gładkiej skóry na zdjęciach, że na początku, gdy zobaczyłem kilka sesji w zachodnich magazynach, gdzie modelki mają pieprzyk, byłem tym bardzo zdziwiony.
Teraz uznaję, że tylko na pewnym rodzaju zdjęć mocna obróbka jest uzasadniona. Gdy obróbka podkreśla wizualne przesłanie fotografii.
Po obejrzeniu tego filmu nie wyobrażam sobie, by na plakacie zdjęcie było idealnie wyczyszczone. Tak, jak teraz, wygląda idealnie.

A w zasadzie to nawet nie muszę sobie wyobrażać, bo znalazłem inną wersję plakatu, jeszcze chyba sprzed premiery filmu. I dobrze, że nie zdecydowali się na tę wersję. Chociaż obróbka jest idealna :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
do kawy
komentarz

22 stycznia 2011

| przez Artur Nyk

Tych zdjęć nie oglądajcie!

Dwa dni temu ten tekst mogliście już znaleźć na stronie Blogreklamowy.com, Paulina, która jest jego autorką, poprosiła mnie o moją opinię na temat kampanii Apart. Poczułem się bardzo nobilitowany tym zaproszeniem i podszedłem do tematu bardzo poważnie. Zapraszam do lektury : 


„Jubilerski Apart ponownie umocnił moc swojej marki i pozostał zdecydowanym liderem wśród produktów niespożywczych”, rozpoczęła artykuł „Rzeczpospolita”, która już czwarty raz przyznała Apart tytuł najmocniejszej marki w rankingu polskich marek.

Taki news przeczytałem na stronie firmy Apart. Co ciekawe obok informacji, że Apart otrzymał tytuł Najmocniejszej polskiej marki, jest zdjęcie statuetki z wygrawerowanym napisem „Najcenniejsza Marka 2010”. Trochę zaczyna mnie zastanawiać, dlaczego firma nie jest w stanie rzetelnie podać, jaki tytuł otrzymała.

Ale zostawmy to, gdyż moim głównym tematem będzie ostatnia sesja zdjęciowa z Anją Rubik. Paulina poprosiła mnie, abym wypowiedział się na temat tej reklamy jako fotograf. Podejmę się tego zadania, pamiętając, że: (parafrazując) Krytyk fotografii to fotograf bez własnego talentu.

Paulina miała wątpliwości co do tej reklamy, ja szybko je podzieliłem. Rozpocznijmy więc analizę od początku. Mamy firmę Apart, bez wątpienia znakomitą i ugruntowaną markę na polskim rynku. Mamy top modelkę i to nie na naszym mały polskim rynku, ale robiącą realną karierę na całym świecie. Ostatnio np. pojawiła się w najnowszym kalendarzu Pirelli, chyba nie trzeba lepszej rekomendacji. Możemy o Anji mówić wyłącznie w kategoriach absolutnego profesjonalizmu.
Wreszcie mamy też polskiego top fotografa, Marcina Tyszkę. Jednego z nielicznych, który znaczy coś w światowej fotografii fashion.

Teraz dla wyjaśnienia opiszę moje nastawienie do „składników” naszych rozważań. Moje skojarzenia z marką Apart są jak najbardziej pozytywne, chociaż lepiej kojarzy mi się firma Kruk, głównie ze względu na jedno świetne zdjęcie.


Anja Rubik natomiast nie należy do moich faworytek. Doceniam bardzo jej pracę i wielkie dokonania, umiejętności całkowitego przeobrażania się, ale po prostu nie robi na mnie wielkiego wrażenia jako kobieta. Marcin Tyszka jest świetnym fotografem i chciałbym mieć tak duże doświadczenie, ale nie ma ani jednej jego sesji, która utkwiłaby mi w pamięci.

Jak widzicie, już na początku moje nastawienie do efektu spotkania się tych trzech znanych „marek” nie jest zbyt pozytywne. Ale przyjrzyjmy się jeszcze raz reklamom, które widzimy na stronie Apart.







Zastanówmy się nad tą kampanią.

1. Kreacja.
Długo nad nią się zastanawiałem, ale szczerze mówiąc, nic nie wymyśliłem. Dwa zdjęcia, które tu widzimy, dla mnie wyglądają jak z dwóch kompletnie różnych sesji zdjęciowych. Nie mogę znaleźć nic, co by je łączyło. Poza modelką oczywiście.
Obawiam się, że kreacja ograniczyła się do pomysłu: weźmy znaną twarz. Po czym kreatywny w agencji, zadowolony z własnego pomysłu, poszedł na piwo. Nie przeczę, że celebryta ZWYKLE jest dobrym nośnikiem reklamy. Zgadzam się, że w tym przypadku wybór Anji był bardzo dobry. Nie wiem do kogo kierowana jest reklama, sądząc jednak po zakresie cen (około 300 -1700 zł ), raczej targetem nie są nastolatki i studentki, a raczej kobiety o dobrej sytuacji materialnej i zapewne nieco starsze. Pytanie, czy Anja Rubik jest rozpoznawalnym dla nich nazwiskiem? 
Tylko się tu mądrzę, bo nie wiem nic na temat rynku sprzedaży markowej biżuterii i zakładam, że wybór tej modelki nie był przypadkowy, a raczej został poparty badaniami fokusowymi. Chociaż z drugiej strony, bywa różnie…

2. Wykonanie.
Tu wreszcie mogę wypowiedzieć się na temat, na którym się znam. Pierwsza rzecz, jaka rzuca mi się w oczy, to kompletnie odmienna karnacja skóry. To tylko wzmacnia moje wrażenie, jakby każde zdjęcie było z innej sesji. Nawet gdyby tak rzeczywiście było, to nasuwa się pytanie, dlaczego nie ujednolicono koloru skóry? Te dwa zdjęcia występują koło siebie na stronie Apart. Zupełnie tego nie rozumiem, skąd ta różnica.  Nie podejrzewam też, by założeniem było pokazanie innego wizerunku Anji. Czyli niedoróbka ? Na poziomie takiej kampanii? Nie rozumiem.
Teraz pomówmy o pozowaniu samej Ani. Widziałem wiele jej zdjęć i za każdym razem było w nich to coś, co decyduje o wielkości wrażenia. Tymczasem tutaj mamy tylko poprawność. Poprawność i nic więcej.  
Jak powinno działać tego typu zdjęcie reklamowe? Widz powinien, świadomie lub częściej podświadomie, odebrać komunikat: „to jest dobre, to jest to, czego mi brakowało, to jest to, co poprawi moje życie”. Upraszczam oczywiście, ale właśnie tak zwykle ma działać reklama na grupę docelową. Zgadza się, że ja nie jest grupą docelową dla tej reklamy, ale mam duże wątpliwości, czy ten efekt został osiągnięty?
Jako przeciwwagę zobaczmy zdjęcie z programu Top Model, autorstwa Aldony Kaczmarczyk, również robione jako reklama biżuterii. Co ciekawe, to właśnie Anja Rubik pomagała dziewczynom wcielić się w rolę.


Porównując to z naszą reklamą, muszę stwierdzić, że po prostu to zdjęcie ma znacznie lepszy przekaz. Zdecydowane spojrzenie młodej kobiety, które przykuwa uwagę, pozostawiając w naszej podświadomości pozytywne skojarzenie z biżuterią. Tak to odbieram.

3. Przekaz.
No właśnie, tego przekazu najbardziej mi tu brakuje. Jest jeszcze trzecie zdjęcie, jakie znalazłem (znowu trochę inna kolorystyka).
Ja odbieram Anję jako trochę przerażoną na tym zdjęciu. Na pozostałych jest w miarę podobnie. Czy to dobre przesłanie ? Nie sądzę.



Połączenie przekazu i prezentacja reklamowanego przedmiotu nie są proste. Zwłaszcza produktu o tak niewielkich rozmiarach. 
Czy tym razem nie przesadzono, próbując ubrać modelkę we wszystko, co się dało? Przyjrzyjmy się jeszcze raz reklamie w trochę innym layuot’cie.



Mamy na zdjęciu kolczyki, wisiorek i bransoletkę. Brakuje pierścionka, ale widocznie nie ma go w kolekcji. A tak na poważnie to wyszło z tego zdjęcie katalogowe na manekinie. Tylko akurat manekin jest top modelką. Do tego zbliżenie bransoletki  po lewej stronie z dominującym żółtym jakoś nie nawiązuje do biżuterii na modelce. (w wersji, która jest na stronie, widzimy całą tę bransoletkę i wygląda to lepiej).
Zauważcie jeszcze jedną rzecz. Na banerze, który pojawia się na stronie, nie widać bransoletki, a i wisiorek jest przycięty. Wygląda na to, że nikt nie pomyślał przed sesją, jak będą wykorzystywane zdjęcia.


Podsumowując mamy doskonałe składniki, z których wyszła nam przeciętna reklama. Co sprawiło, że efekt nie powala? Pewnie przyczyn jest wiele, ja zaryzykuję stwierdzenie, że coś zawiodło w komunikacji na linii Klient-Agencja-Fotograf-Modelka. Realizacja złożonego zadania, jakim jest stworzenie dobrej reklamy, jest  o wiele trudniejsza, niż sesja fashion, gdzie fotograf ma dużą swobodę. Na czym polega problem, można łatwo zobaczyć, przyglądając się portfoliom najlepszych światowych fotografów mody. Albo nie znajdziemy tam realizacji reklamowych, albo będą na szarym końcu portfolio i będą tymi najsłabszymi pracami. Nie jest łatwo  pracować, mając nad sobą agencję z masą założeń, jak powinno to wyglądać. 
Ja w swoim portfolio mam większość zdjęć robionych niekomercyjnie, bo te akurat najbardziej przyciągają klientów komercyjnych. Taki paradoks.

Na koniec jeszcze mała anegdota zasłyszana od mojej asystentki. Kiedy jej znajomy  z Anglii przyjechał do Polski i zobaczył reklamę Apart’u z obrączkami, zadał Gosi pytanie: Dlaczego obrączki dla nowożeńców reklamuje firma, która nazywa się „Osobno”? Czy to obrączki dla rozwodników?


Update 






Już po skrytykowaniu tej kampanii, znalazłem sesję fashion autorstwa Marcina Tyszki z Anją Rubik dla Vogue Latin America, z października 2010. Patrząc na te zdjęcia i porównując je z sesją dla Apart, trudno uwierzyć, że to ten sam fotograf i ta sama modelka. Tutaj jest klimat, świetne światło, a Anja wreszcie wygląda zjawiskowo. Tylko potwierdza to moją tezę o trudnościach tworzenia zdjęć reklamowych zgodnie z wymaganiami klienta. Nie zawsze się udaje zrobić dobrą fotografię, gdy klient stoi nad fotografem i mówi mu, co ma robić. Znam to …

Oto kilka zdjęć z tej sesji dla Vogue. Osądźcie sami.




Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
foto mądrości, sesja, test
komentarz

21 stycznia 2011

| przez Artur Nyk

Umarłem ze śmiechu czyli pozdrowienia dla grafików

Właśnie skończyło się głosowanie na blog roku. Dostałem całe mnóstwo głosów czyli coś około 6, a może trochę więcej. Precyzyjny mechanizm strony pokazywał, że głosowało na mnie więcej niż 6, a mniej niż 50 osób, po czym teraz już nic nie mogę zobaczyć.

Pogrzebałem trochę w wynikach i znalazłem blog o ciężkim losie grafików. Gdy zacząłem czytać krótkie komiksowe historyjki, umierałem ze śmiechu. Humor jest oczywiście dosyć hermetyczny, ale dla każdego, kto miał kontakt z agencjami i grafikami, będzie zrozumiały. Mam wielu bardzo dobrych znajomych grafików, operatorów, a nawet accountów i te wszystkie historyjki doskonale opisują rzeczywistość agencyjną.
A wszystko to znajdziecie na blogu Zucha, który dostał najwięcej głosów w kategorii Foto, Video, Komiks. Polecam, ale uważajcie, bo ten komiks wciąga :)

Oto kilka historyjek, które rozłożyły mnie na łopatki:

Jaka szkoda, że o fotografach nikt u nas nie robi komiksu. Kiedyś na Fotopolisie był świetny o fotografach-kaczkach, ale potem chyba cenzura go zdjęła :)

I jeszcze film, który też tam znalazłem. Boski. Dziwne, bo bohater bardzo przypomina mojego znajomego, Krzyś jak żywy :)
No dobra, to po kawce!

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
do kawy, Photoshop
komentarz

18 stycznia 2011

| przez Artur Nyk

27 klatek

Aktualna pogoda mi się już bardzo znudziła i z przyjemnością oglądałem sobie stare zdjęcia z wakacji. Znalazłem m.in. moje pierwsze podwodne zdjęcia z Egiptu. Zrobiłem je dosyć dawno temu, gdy królowały jeszcze aparaty analogowe.

Przed wyjazdem moja znajoma, Ola, podarowała mi jednorazowy, plastikowy aparacik Agfy. Miał założony film 400 ISO, 27 klatek (tylko chyba Agfa sprzedawała filmy 24+3 klatki) i był przeterminowany zaledwie dwa lata… Nie miałem zielonego pojęcia, czy mi się przyda, ale skoro dają…

Oczywiście przydał się bardzo szybko, bo znajomi namówili mnie na wycieczkę z nurkowaniem. Popłynęliśmy na piękną rafę Akwarium. Nurkowanie to może za dużo powiedziane, pod wodą miałem tylko głowę w masce ale wrażenia były niesamowite. Robiłem więc zdjęcie za zdjęciem. Miałem przecież całe 27 klatek. Okazało się, że wcale nie jest to tak mało, bo nie za często udawało mi się zapanować nad aparatem. Płynąc na powierzchni, zachowywałem się jak korek na wodzie. Gdy już prawie ustawiłem sobie kadr, to kolejna fala niweczyła moje starania.

Z tych 27 klatek dobre wyszły mi ….dwie. Reszta albo była źle naświetlona, albo poruszona, albo na zdjęciu była sama woda i pół ryby. Nie ma się zresztą co dziwić, że zdjęcia były prześwietlone albo niedoświetlone. Aparacik to była tania konstrukcja z plastikowym obiektywem, a film stary. I tak uważam za cud, że coś wyszło.

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
sprzęt
komentarz

16 stycznia 2011

| przez Artur Nyk

ABSOLUTnie się nie zgadzam

Dostałem zaproszenie do udziału w konkursie „Out of frame” organizowanym przez markę Absolut. Generalnie wszystko wygląda bardzo atrakcyjnie, w jury dobre nazwiska, nagroda główna jeszcze lepsza, nic tylko wysyłać zdjęcia.

Taki miałem zamiar, jednak nim wyślę zdjęcia na jakikolwiek konkurs, zawsze dokładnie czytam regulamin, a zwłaszcza paragraf dotyczący praw autorskich. I tym razem po przeczytaniu dwóch zdań już wiedziałem, że tym razem nie wezmę udziału w konkursie.
Regulamin mówi o udzieleniu przez uczestnika nieodpłatnie licencji wyłącznej, (bez praktycznie żadnych ograniczeń), na zdjęcie zgłoszone na konkurs na rzecz organizatora.

Często w konkursach są zapisy mówiące o automatycznej zgodzie na publikację zdjęć w ramach reklamowania konkursu itp. Oczywiste jest dla mnie, że uczestnik musi się zgodzić, by zgłoszone fotografie organizator mógł umieścić na stronie konkursu lub na wystawie.
Tutaj jednak haczyk tkwi w słowie „wyłącznej”. Tym samym, gdybym wysłał zdjęcie na konkurs, mogę się z nim już pożegnać. Bo tym samym zrzekam się wszystkich praw majątkowych do niego. Nie mogę go już nikomu sprzedać, ani przekazać za darmo. Jedynie, co jeszcze mogę, to pokazać je w swoim portfolio.
Bardzo, bardzo nie podobają mi się takie zasady konkursu. Organizator w ten sposób znalazł tani sposób na otrzymanie dużej ilości zdjęć, które będą jego własnością. Co więcej, wczytując się dalej w regulamin, dowiedziałem się, że będzie mógł dalej zarządzać licencjami, czyli również sprzedawać je innym firmom.

Oczywiście wszyscy mogą przeczytać to w regulaminie, ale ilu osobom nie będzie się chciało? Ile nie zrozumie o co chodzi, bo nie zna się na prawie autorskim? Cóż, za brak wiedzy się płaci.
Jeszcze zrozumiałbym, gdyby ten zapis dotyczył zdjęć, które zostały nagrodzone. Dostaję fajną nagrodę, w zamian zostawiam swoje foty, jest OK.
Ale takie rozwiązanie nie jest w porządku. Największą wartością fotografa są prawa autorskie do swoich fotografii i trzeba ich ze wszystkich sił bronić.

Kiedyś już Adobe spróbował podobnego pomysłu. Wypuścił darmowego Photoshopa  Express online, ludzie byli zachwyceni. Do czasu, aż ktoś poświęcił 10 minut i przeczytał regulamin. Tam również był punkt mówiący o przekazaniu praw do wszystkich zdjęć obrabianych za pomocą PS Express. Zrobiła się wielka afera i pod wpływem opinii użytkowników, Adobe musiało się wycofać z tego pomysłu.

Absolut ma moje wielkie poważanie za konsekwentne od lat rozwijanie tego samego pomysłu na  reklamę. Uwielbiam go i dlatego chcę szybko zapomnieć o tym konkursie, by nie psuć sobie opinii o marce.

Te reklamy bardzo lubię

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
foto mądrości, Photoshop, porady
komentarz

16 stycznia 2011

| przez Artur Nyk

No to po kielichu….

Od dzieciństwa wyrastałem otoczony architekturą modernistyczną. Codziennie mama odprowadzała mnie do przedszkola mieszczącego się w modernistycznej willi, w takiej też dzielnicy. I chociaż niespecjalnie lubiłem tam chodzić, to zamiłowanie do tej architektury pozostało mi do dzisiaj.

Nie robią na mnie tak dużego wrażenia nawet najpiękniejsze wyremontowane secesyjne kamienice Katowic. A proste, ponadczasowe bryły domów z okresu międzywojennego, zachwycają mnie cały czas. Nawet te brudne i jeszcze czekające na remont. Do Katowic przyjeżdżają architekci z całego świata, by podziwiać nasze wille i domy. Jednak większość ludzi, którzy tu żyją, nie zdaje sobie sprawy z unikalności tej architektury. To widać zresztą po domach, jakie sobie budują. Wymarzonym ideałem ciągle są kolumny przed wejściem, skośny dach o dużej ilości załamań  i złote szprosy w oknach. No ale skąd mają wiedzieć co jest wartościowe, a co pospolite? Brak edukacji w tym zakresie od dziesiątek lat, daje takie efekty.

Dlatego boli mnie, gdy w kamienicy wymieniają piękne drewniane drzwi na białe aluminiowe. Czyste barbarzyństwo.
Jednak jest ono niczym w porównaniu do tego, co właśnie się stało. Zburzono nasz katowicki dworzec. Zburzono unikalne na skalę światową betonowe kielichy, by postawić kolejne centrum handlowe z funkcją dworca. Od wielu miesięcy trwała batalia o obronę kielichów, włączyło się do niej wielu polskich i zagranicznych architektów, osób znanych i nieznanych. Jeżeli chcecie o tym poczytać, zobaczcie profil Brutala z Katowic na FB.

Pamiętam dworzec z dawnych lat, gdy nie było w środku okropnych budek, kiosków, straganów, kiepskich reklam i gór śmieci. Narastało to wszystko przez dwadzieścia lat, zmieniając przestronną halę w ciasne, jarmarczne śmietnisko.
Nawet nie dziwię się ludziom, którzy popierali zburzenie dworca, bo zapomnieli pewnie, jak naprawdę wyglądał. A wystarczyło tylko wyrzucić pokraczne budki i wszystko porządnie umyć. Dokładnie tak, jak na dworcu w Warszawie, który odzyskał dawny blask.

Teraz zostały nam już tylko wspomnienia i nadzieja, że developer dotrzyma słowa i odtworzy to, co zburzył. Chociaż nie za bardzo rozumiem, dlaczego miałby to zrobić, przecież łatwiej byłoby nie burzyć.

Na profilu Jadwigi Kocur na FB znalazłem zdjęcia, jak dworzec wyglądał w trakcie budowy.

Te palmy jeszcze trochę pamiętam
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
architektura
komentarz

13 stycznia 2011

| przez Artur Nyk

Historia jednego zdjęcia – Łóżko

Robiłem całą serię zdjęć mebli dla Swarzędza, wszystkie w plenerze. Sam sobie tak wymyśliłem i sam do siebie mogłem mieć tylko pretensje. O ile zdjęcia szafki nocnej w Tatrach nie były zbyt uciążliwe to bieganie z łóżkiem wyglądało trochę gorzej.

Odpowiedni plener znaleźliśmy w okolicach Nysy, gdzie realizowaliśmy drugą, studyjną część sesji. Łóżko zawieźliśmy na pole dużą ciężarówką, akurat taką mieliśmy do dyspozycji i zaczęliśmy je składać.
Problem był jeden. Łóżko było prototypem i w związku z tym miało tylko część elementów konstrukcji, które i tak trzymały się na słowo honoru. Kolejną trudnością było umieszczenie łóżka na środku pola bez pozostawiania niepotrzebnych śladów. Wybrałem miejsce, gdzie zboże już częściowo było położone przez deszcze, co pozwoliło nam częściowo ten problem rozwiązać.
Gdy położyliśmy materac, okazało się, że konstrukcja łóżka się pod nim zapadła. Całe szczęście, że w dzieciństwie oglądałem programy z Adamem Słodowym, trochę gałęzi, naszych toreb, kamieni, stare drzwi i materac leżał już na płasko.

Ostatnim problemem było wdrapanie się na dach ciężarówki, siedząc tam miałem głosowo sterowany, samobieżny statyw. Całość byłaby nawet bardzo przyjemna, gdyby nie ponadtrzydziestostopniowy upał :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
realizacje, sesja
komentarz

12 stycznia 2011

| przez Artur Nyk

Przychodzi fotograf do fotografa

Zauważyłem, że gdy spotkam się z jakimś znajomym, który akurat też jest fotografem to rozmowa zawsze schodzi w którymś momencie na sprzęt. W końcu chyba to normalne, mechanicy rozmawiają o samochodach, a lekarze o ciekawych chorobach, jakie udało im się znaleźć.

Potrafimy przez długie godziny rozważać zalety i wady jakiegoś obiektywu albo wyśmiewać system, z którego nie korzystamy i jednocześnie wychwalać nasz własny. Co najciekawsze, te rozmowy nigdy się nie nudzą. Zawsze jest coś do dodania albo jakieś nowe doświadczenie z używania sprzętu w innych warunkach. Nie wiem jak innym, ale mnie takie rozmowy sprawiają przyjemność. Wiem też, że są fotograficy, dla których to nie jest normalne. Traktują sprzęt jako interfejs między ich wizją i gotowym obrazem, może i niezbędny, ale którego najchętniej by się pozbyli.

Ja, nim kupię jakikolwiek sprzęt, oglądam go najpierw długo z każdej strony, rozważam za i przeciw, rozmawiam z ludźmi, którzy już go mają. I chociaż jestem trochę sprzętowym gadżeciarzem to moje powody takiego szczegółowego przyglądania się są trochę inne.

Mam w domu odkurzacz, w którym bardzo niewygodnie otwiera się pokrywę, ale ogólnie jest fajny. Nie przeszkadza mi to bardzo, bo nie muszę otwierać go parę razy dziennie.
Natomiast softboks, który kiepsko się rozkłada, statyw z niewygodnymi blokadami, lampa, która ma fatalny uchwyt do przenoszenia to już nie jest dla mnie błahy problem.

Wszystko to można ścierpieć i nie przejmować się, gdy rozkładasz i składasz sprzęt raz na miesiąc. Gdy jednak robisz to dwa razy dziennie, a czasem w nocy po piętnastogodzinnej sesji to nawet najmniejszy brak ergonomii doprowadza do rozpaczy albo szału.  
A ile radości może dać aparat, który ma wygodniejszy uchwyt. Zwłaszcza po długiej sesji. Wtedy zwłaszcza doceniamy każdy kawałek sprzętu niesprawiający problemów.

To tylko sprzęt. Ale jaki daje fajny pretekst do spotkania przy piwie :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
foto mądrości, sprzęt
komentarz

11 stycznia 2011

| przez Artur Nyk

Cena z sufitu

Mój ulubiony gatunek klienta to ktoś, kto najpierw wydzwania do mnie po kilka razy, poganiając mnie, bym szybko zrobił kalkulację, a następnie nie odzywa się już.
No bo po co? Przecież on już wie, że nie skorzysta z mojej osoby. Jaki jest więc sens, by mnie o tym poinformować? Chyba zasłużyłem sobie, by zbyć mnie milczeniem, skoro podałem tak kosmicznie wysoką cenę.

Trochę przypomina mi to sytuację, gdy ktoś się pyta sprzedawcy w sklepie: „Ile kosztuje ten garnek?”. Po czym, usłyszawszy cenę, wychodzi ze sklepu bez słowa.
Pisałem już kiedyś o dyskusjach z klientami na temat wyceny zdjęć. Czasami mam ochotę po prostu spojrzeć w sufit i podać dowolnie wysoką cenę, jaka przyjdzie mi do głowy. Efekt i tak będzie taki sam, a przynajmniej nie napracuję się przy tworzeniu kalkulacji i nie będę zawracał głowy podwykonawcom.

I już nawet nie będę musiał czekać na odpowiedź, bo będę ją znał :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
foto mądrości, porady
komentarz

10 stycznia 2011

| przez Artur Nyk

Historia jednego zdjęcia – Jaszczur

Nigdy nie byłem zwolennikiem zdjęć, które aby docenić i zrozumieć, trzeba poznać całą historię ich powstania. Zdjęcie ma się bronić samo. Jeżeli potrzebuje całej strony tekstu, abym uznał, że jest interesujące, to przestaje być już obrazem, a staje się artykułem.

Czasem natomiast warto opowiedzieć historię zdjęcia, bo zdarza się coś ciekawego. Wczoraj wpadłem na pomysł, by w ramach mojego blogu stworzyć serię pt. Historia jednego zdjęcia.

Dzisiaj na pierwszy ogień mała historyjka o fotografii samochodu.

Podróżowałem kiedyś ze znajomymi po Toskanii. Zatrzymaliśmy się w jakimś ładnym miejscu, aby trochę odpocząć. Bez większego celu rozeszliśmy się po okolicy, oczywiście wszyscy z aparatami. Nawet ja miałem wyjątkowo swojego Canona. W pewnym momencie usłyszeliśmy głośny dźwięk sportowego samochodu. Powiedziałbym nawet, że nie dźwięk, a raczej huk godny lawiny kamieni spadających na fabrykę blachy. Nigdy czegoś takiego nie słyszałem. Po paru sekundach, zza zakrętu wyłonił się czerwony samochód, już się zdążyłem rozczarować jego wyglądem i zdziwić, jak jest w stanie zrobić taki hałas, gdy zrozumiałem swoją pomyłkę. Zaraz za nim pokazał się prawdziwy potwór.
Wielki, czerwony, głośny. Rzuciłem się do fotografowania, by mieć jakiekolwiek zdjęcie. Nie mam pojęcia, jaki to był samochód. W pierwszej chwili myślałem, że to Ferrari, ale chyba jednak nie. Może ktoś z Was rozpozna, co to jest.

Gdy przejechały, miałem już wracać, ale spojrzałem pod własne nogi i zamarłem. Zobaczyłem, że siedzi tam przepiękna, mieniąca się kolorami jaszczurka. Nie wiem jaka, bo na takich stworzeniach znam się jeszcze mniej, niż na samochodach.
Starając się już prawie nie ruszać, bardzo powoli przyłożyłem aparat do oka i zrobiłem zdjęcia. Potem jaszczurka uciekła.

Wtedy emocjonowałem się tym niesamowitym samochodem i tym, że udało mi się go sfotografować. A dzisiaj widzę, że to zdjęcie jaszczura jest znacznie ciekawsze.
Kolejny raz przekonałem się, że przypadek i szczęście są potrzebne.

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Canon
komentarz

Nawigacja

Starsze
Nowsze

Kategorie

5Ds (5) akt (8) Aperture (46) Apple (24) architektura (18) asystent fotografa (3) b&w (5) backstage (76) Bowens (9) Canon (69) Capture One (5) dobre zdjęcia (53) do kawy (116) eduweb (7) Elinchrom (33) foto mądrości (177) fotopiwo (8) Jak to zrobiłem (91) Jak zostać fotografem (10) Lightroom (2) Mamiya (19) Nikon (19) Photoshop (25) plenery (27) podróże (13) porady (123) portret (6) realizacje (68) reklama (20) samochody (59) sesja (191) sprzęt (113) Spytaj Artura (33) sztuka (6) test (25) video (20) warsztaty (43)

Ostatnie wpisy

  • 10. Jak wybrać oświetlenie fotograficzne – Lampy LED
  • Gram z Wielką Orkiestra Świątecznej Pomocy
  • 9. Mit 2 – Jasny obiektyw zawsze jest najlepszy 
  • 8. Obalamy mity – Pełna klatka nie zawsze jest lepsza
  • 7. Kupujemy aparat. Czyli o wyższości Canona nad Nikonem. Albo odwrotnie.
  • 6. Potem będę dużo zlecał, ale…
  • 5. AAAAAA, zdjęcia oferuję tanio

Archiwa

  • marzec 2024 (1)
  • styczeń 2024 (3)
  • grudzień 2023 (7)
  • luty 2023 (1)
  • wrzesień 2020 (2)
  • sierpień 2020 (2)
  • luty 2018 (1)
  • maj 2017 (1)
  • kwiecień 2017 (1)
  • marzec 2017 (3)
  • luty 2017 (2)
  • październik 2016 (1)
  • kwiecień 2016 (3)
  • marzec 2016 (1)
  • luty 2016 (2)
  • styczeń 2016 (3)
  • grudzień 2015 (3)
  • październik 2015 (1)
  • wrzesień 2015 (2)
  • sierpień 2015 (1)
  • lipiec 2015 (1)
  • czerwiec 2015 (4)
  • maj 2015 (2)
  • kwiecień 2015 (3)
  • luty 2015 (2)
  • styczeń 2015 (14)
  • grudzień 2014 (21)
  • listopad 2014 (6)
  • październik 2014 (3)
  • wrzesień 2014 (2)
  • sierpień 2014 (4)
  • lipiec 2014 (1)
  • czerwiec 2014 (2)
  • maj 2014 (5)
  • kwiecień 2014 (5)
  • marzec 2014 (3)
  • luty 2014 (4)
  • styczeń 2014 (7)
  • grudzień 2013 (5)
  • listopad 2013 (6)
  • październik 2013 (4)
  • wrzesień 2013 (8)
  • sierpień 2013 (5)
  • lipiec 2013 (5)
  • czerwiec 2013 (5)
  • maj 2013 (1)
  • kwiecień 2013 (3)
  • marzec 2013 (3)
  • luty 2013 (4)
  • styczeń 2013 (6)
  • grudzień 2012 (8)
  • listopad 2012 (8)
  • październik 2012 (8)
  • wrzesień 2012 (1)
  • sierpień 2012 (11)
  • lipiec 2012 (8)
  • czerwiec 2012 (10)
  • maj 2012 (8)
  • kwiecień 2012 (8)
  • marzec 2012 (9)
  • luty 2012 (13)
  • styczeń 2012 (12)
  • grudzień 2011 (10)
  • listopad 2011 (16)
  • październik 2011 (20)
  • wrzesień 2011 (19)
  • sierpień 2011 (5)
  • lipiec 2011 (15)
  • czerwiec 2011 (26)
  • maj 2011 (19)
  • kwiecień 2011 (17)
  • marzec 2011 (16)
  • luty 2011 (24)
  • styczeń 2011 (20)
  • grudzień 2010 (18)
  • listopad 2010 (20)
  • październik 2010 (28)
  • wrzesień 2010 (22)
  • sierpień 2010 (14)

© Artur Nyk

↑

Polityka plików cookies

Mam najlepsze ciasteczka, idealne do kawy. Życzę miłego oglądania moich fotografii Odwiedź stronę Polityka plików „cookies” aby dowiedzieć się więcej.

Close