×
Artur Nyk Blog
  • Fotografie
  • O mnie
  • Jak zostać fotografem
  • Jak to zrobiłem
  • do kawy
  • Fotografie
  • O mnie
  • Jak zostać fotografem
  • Jak to zrobiłem
  • do kawy

Aperture

31 maja 2011

| przez Artur Nyk

Test nieobiektywny czyli Canon 5D mk2 kontra 1Ds mk3 czyli grip w cenie samochodu

No i stało się. Właśnie czytacie 300 wpis na moim blogu. Ale ponieważ wszystko, co najważniejsze, podsumowałem już wcześniej, tym razem test jednego zdjęcia, który rozwiąże wiele wątpliwości.

Już dawno planowałem porównać te dwa aparaty, ale muszę przyznać, że trochę się tego testu obawiałem. Bo co, jeśli okaże się, że nie ma żadnej różnicy pomiędzy aparatem za 8.000 zł i 25.000 zł?
W końcu jednak trawiony ciekawością, zdecydowałem się na ten pojedynek.

Okazją była sesja zegarka, którą ostatnio robiłem. Nie było to zlecenie komercyjne, więc mogłem sobie na taki test pozwolić. Najpierw trochę o samym sposobie fotografowania zegarków. Zegarek, jak każdy widzi, jest mały, błyszczący i ma szybkę. To cechy ewidentnie utrudniające sprawę. Kiedyś sporo fotografowałem zegarków dla marki Timemaster i już wtedy musiałem rozwiązywać całą masę problemów z oświetleniem.

Szybka to pierwsze zmartwienie, odbija się w niej wszystko co świeci. Można oczywiście zastosować filtr polaryzacyjny, ale po pierwsze, nie zawsze wszystkie bliki w ten sposób można zdjąć, po drugie, w ten sposób automatycznie likwidujemy bliki na tarczy, a to nie zawsze jest naszym celem.
Zegarek się błyszczy i najczęściej ma chromowane powierzchnie, które musimy takimi pokazać. I tu pojawia się dodatkowy konflikt, bo ma błyszczeć chrom, a nie może błyszczeć szkło. Część producentów decydowała się kiedyś na przygotowanie specjalnie do zdjęć zegarków bez szybki, co nie zawsze dawało dobry efekt.
No i na koniec, zegarek jest mały, czyli musimy stosować obiektyw makro. A to oznacza małą głębię ostrości. Rozwiązaniem są obiektywy typu shift lub praca na wielkim formacie. Możemy wtedy tak złamać płaszczyznę ostrości, by uzyskać idealną ostrość na całym obszarze. Jest też drugie wyjście, z którego ja skorzystałem tym razem. Po prostu odsunąłem się z aparatem do tyłu. Automatycznie zwiększyło mi to głębię ostrości, choć sam zegarek zmniejszył się w kadrze. Pisałem ostatnio o celowości posiadania aparatów o dużej rozdzielczości. To właśnie jeden z tych przypadków, kiedy duża matryca bardzo się przydaje.

To jeszcze półprodukt, ale już dosyć bliski skończenia

Przy tego typu fotografii bardzo ważne jest odpowiednie przygotowanie przedmiotu do zdjęć. Zegarek bardzo dokładnie wyczyściłem i zamocowałem solidnie na stole. To ważne, by i aparat i zegarek nie miał szansy na nawet najdrobniejsze poruszenie, gdyż może to sporo zmienić w ostrości i oświetleniu.
Zacząłem od ustawienia głównego światła, którym był tu soft 35×90 umieszczony naprzeciw aparatu. (moc około 250 Ws). Jako drugie światło postawiłem lampę z dużą czaszą po lewej stronie (moc około 30 Ws). Odpowiedzialna jest za oświetlenie paska na dole. Teraz nastąpiły długie próby znalezienie optymalnych blików na kopercie. Mając dwie lampy, uznałem, że to w zupełności wystarczy, a do zrobienia blików wykorzystałem małe ekrany z własnych wizytówek.

Gdy uznałem, że w zasadzie wszystko jest już OK, zrobiłem dłuższą przerwę i zastanowiłem się, co mógłbym jeszcze poprawić. Dołożyłem trzecią lampę z dużą, dosyć miękką białą czaszą i obserwowałem, co się dzieje (moc około 30 Ws). Okazało się, że dodatkowa lampa lekko wypełnia cienie na tarczy, co daje dobry efekt.
Na koniec dołożyłem jeszcze jedną lampę, której jedynym zadaniem było zrobienie bliku na krawędzi szybki na dole zegarka (nie ma go na zdjęciu, będzie dołożony w postprodukcji).
Aby nie poruszyć nawet minimalnie aparatu w trakcie wyzwalania migawki, zdjęcia wyzwalałem bezpośrednio z Aperture, do którego podpięty był Canon.

Gdy wreszcie skończyłem definitywnie to zdjęcie, nadszedł czas na zrobienie go Canonem 5D mk2.  Ponieważ jest mniejszy i nie miał gripa, nie uzyskałem dokładnie tego samego kadru, mocując go na statywie.

Zrobiłem zdjęcie, wyświetliłem na ekranie razem ze zdjęciem z 1Ds mk3 i…. Nie zauważyłem różnicy….
To znaczy w pierwszej chwili nawet je widziałem  ale były to tylko moje pobożne życzenia. Oglądałem oczywiście w pełnym powiększeniu, sprawdzałem, jak plik reaguje na kontrast, ekspozycję, odzyskiwanie szczegółów w bielach. I nic. Nie znalazłem nic, co byłoby jakąś zdecydowaną różnicą. Jedyną rzeczą, którą się różniły, był balans bieli. Zdjęcie z „piątki” było zbyt chłodne. Ale przy RAWie to żadna różnica.

Zdjęcia wyświetlone w Aperture, po lewej 5D mk2, po prawej 1Ds mk3

Ten test jeszcze niczego nie dowodzi tak naprawdę, mamy tu specyficzną scenę, prawie monochromatyczną. Postaram się niedługo znowu zrobić porównanie obu aparatów, tym razem przy świetle dziennym i z nastawieniem na kolor.

Czy więc rzeczywiście nie warto dopłacić do „jedynki” kwoty 17.000 zł za wbudowany grip? I tak i nie. 1Ds mk3 nie miał żadnej konkurencji, gdy pojawił się na rynku i nadal jej nie miał, gdy go kupiłem. Wtedy nie miałem innego wyboru. Czy dzisiaj zdecydowałbym się na 5D mk2 w zamian? Co dostajemy za te 17.000 zł? Na pewno zdecydowanie lepszy autofokus, zdecydowanie lepszą ergonomię, możliwość pracy na dwóch kartach, sporo osprzętu w standarcie, większe możliwości personalizacji, lepszy wizjer, brak możliwości kręcenia filmów i gorszy wyświetlacz, a gratis zdecydowanie lepszą minę klienta, gdy pyta o cenę naszego aparatu :)

Raczej nie zamieniłbym się na „piątkę” bo 1Ds mk3 to najlepszy aparat, jaki miałem w życiu. Gdy robi się 100 klatek tygodniowo, nie zwraca się uwagi na wiele drobiazgów. Gdy robi się ich tysiące, to mały drobiazg może wyprowadzić z równowagi :)

Wycinek zdjęcia z Canona 1Ds mk3 (kliknij, by zobaczyć w pełnym rozmiarze)

Wycinek zdjęcia z Canona 5D mk2 (kliknij, by zobaczyć w pełnym rozmiarze)
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, backstage, Canon, foto mądrości, Jak to zrobiłem, porady, sesja, sprzęt, test
komentarz

25 maja 2011

| przez Artur Nyk

Jak zarobić na zdjęciach – cz.4 czyli Odbijam się od muru

Nie mogłem się ostatnio zabrać za wrzucenie pierwszych zdjęć do iStocka. Chyba podświadomie czułem, że nie będzie to łatwe…

Na pierwszy ogień poszło zdjęcie damskiej dłoni. Myślałem, że będzie to w miarę proste i nie będę musiał się wykazywać zgodą modela.
Zgodnie z ich sugestią wysłałem jpg o maksymalnej jakości, wyszło ok 12 MB. Trochę to mimo wszystko potrwało, ale fakt, mój internet nie jest zbyt szybki.  Wreszcie fota załadowała się i dostałem komunikat: Przesyłanie pliku – krok 3 z 3. To miło, choć nie wiem, kiedy zrobiłem dwa pierwsze kroki.

No dobrze, najpierw muszę wymyślić tytuł zdjęcia: Płatki róży w kobiecej dłoni. Uwielbiam wymyślać tytuły zdjęć…. Teraz opis. No co mogę tu jeszcze na ten temat napisać? Różowe płatki róży w kobiecej dłoni.
Teraz jestem już mądrzejszy, bo pisząc dzisiaj tego posta zajrzałem, co inni piszą w opisach i czasem jest to po prostu zaproszenie do obejrzenia jakiejś kolekcji zdjęć.

Następnie seria pytań: Zezwól na odbitki? Tak. Zezwól na wszystkie opcje licencji rozszerzonej? Tak. To generalnie szansa na sprzedanie drożej.

Teraz muszę jeszcze wybrać kategorię. A już zdążyłem się znudzić i na myśl, że tą drogę będę przechodził za każdym razem, trochę przechodzi mi ochota na sprzedaż zdjęć w ten sposób. Może jakbym poszedł z nimi na targ, byłoby dla mnie lepiej :)
Wybrałem kategorię pierwszą – Health And Beauty. Kategoria druga – Isolated Objects. Na trzecia kategorię już nie miałem pomysłu. Wiem już, że będę musiał się tych kategorii nauczyć na pamięć, by wrzucać do dobrych.

Słowa kluczowe, to jest dopiero pole do inwencji twórczej. Nie wystarczy wpisać tylko to, co widać na zdjęciu. Trzeba wymyślić, co to zdjęcie może ilustrować. Wpisałem takie słowa: damska dłoń, damska ręka, delicacy, delikatność, femininity, kobiecość, ladies hand, nails, neat hand, paznokcie, płatki róży, rose petals, różane płatki, różowe płatki, well-groomed nai, woman’s hand, womanhood, zadbana dłoń, zadbane paznokcie
Nie wiedziałem do końca, czy system sam przetłumaczy, czy lepiej wpisać również po angielsku. Mój angielski jest tak dobry, jak polskie drogi, poprosiłem więc o pomoc wujka Gugla.

Nacisnąłem Dodaj i … pokazały się wykrzykniki oznaczające błędy i niejasności. System pyta się mnie : „damska dłoń” czy miałem na myśli „damask”? Ok już wiem, że po polsku to my se nie pogadamy za bardzo. Właściwie do wszystkich słów kluczowych ma jakieś zapytania i nic nie rozumie. Większość słów wyleciało. Dobra, resztę wyjaśniłem. Ale co teraz mam nacisnąć??? Nie ma żadnego Dalej. W akcie desperacji znalazłem podobne zdjęcie w systemie i przepisałem trochę słów kluczowych :
Human Hand, Flower, Single Flower, Holding, Rose, Hands Cupped, Flower Head, Petal, Gift, Fingernail, Palm.

No i kolejne pytania: Human hand – English British czy U.S. ???
A może trzeba nacisnąć Kontynuuj? Działa… Nie!!! Proszę wybrać przynajmniej jedną kategorię. No przecież wybrałem wcześniej… OK, jeszcze raz…

YES, YES, YES poszło.

Komunikat : Twój przesył powiódł się i zostanie teraz poddany inspekcji pod względem jakości i kwestii prawa autorskiego. W momencie zatwierdzenia przez administratora, zostaniesz powiadomiony poprzez e-mail. Dziękujemy bardzo.
Prześlij kolejny.

O nie. na dzisiaj wystarczy tej drogi przez mękę. Pewnie za drugim razem będzie łatwiej, a setne zdjęcie wrzucę jednocześnie oglądając film i rozmawiając przez telefon. Ale najpierw zainstaluję plug-in do Aperture, który pewnie w jakiś sposób zautomatyzuje proces wysyłania. Do Lightrooma  i innych programów pewnie też takie są.

Idę na kawę, zmęczyłem się

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, Jak to zrobiłem, porady
komentarz

27 kwietnia 2011

| przez Artur Nyk

Jak zarobić na zdjęciach – cz.3 czyli Jestem Godzien

Tak właśnie uznał iStock, mam dostateczne umiejętności, by zostać ich współpracownikiem i doznać zaszczytu możliwości sprzedaży zdjęć przez ich system. Od razu poczułem się profesjonalnym fotografem. Teraz wolno mi wrzucić im 18 fotografii w ciągu 168 godzin!
No, nie wiem czy jestem aż tak profesjonalny, by znaleźć u siebie 18 fotografii. Tak czy inaczej, moja wielka kariera rozpoczyna się…

Widziałem dzisiaj bardzo fajny samochód, BMW 5 kombi, chyba zacznę się zastanawiać nad kolorem, silnikiem i wyposażeniem. W końcu niedługo będę bardzo bogaty:) A może powinienem myśleć o jeszcze lepszym samochodzie? Ferrari chyba ma już salon w Polsce, RR zresztą też :)

Teraz czeka mnie przedzieranie się przez kolejne opcje, czy zdjęcia mają być na wyłączność, czy licencja ma być rozszerzona itd. Do tego opis słowami kluczowymi, które, jak nazwa wskazuje, są właśnie kluczowe dla właściwego znalezienia zdjęcia przez klienta.
Na pewno na początek nie zdecyduję się na wyłączność dla iStocka, ograniczenia są tu ogromne, a zyski niezbyt imponujące. Na pewno te wszystkie działania będą miały dla mnie pozytywne efekty w postaci dobrego opisu zdjęć, co przyda mi się w mojej własnej bazie w Aperture oraz wreszcie zacznę pilnować na poważnie umów z modelami….
Zobaczymy, ile zdjęć zostanie zaakceptowanych tym razem. Może jednak trochę się wstrzymam na razie z zamówieniem nowego samochodu….

A te trzy fotografie zostały zaakceptowane we wstępnym procesie. Tyle, że akurat tych nie zamierzam umieścić w banku :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, porady
komentarz

9 kwietnia 2011

| przez Artur Nyk

Coś z niczego czyli Ferrari

Ponieważ wczoraj była piękna kobieta, to dzisiaj będzie piękny samochód. To zdjęcie też było robione do kalendarza, ale już całkiem innego. Musiałem sfotografować kilka samochodów, które potem były wyświetlane na ciałach modelek za pomocą specjalnie zrobionej przystawki, zasilanej światłem błyskowym. Jeżeli chcecie o tym poczytać, to kiedyś dokładnie to opisałem.

Dzisiaj skupmy się na czerwonym Ferrari. Przez dobrą znajomą dotarłem do Adriano, który miał taki samochód  w Częstochowie. Przemiły Włoch mieszkający od dawna w Polsce obiecał mi, że będę miał do dyspozycji dużą halę, gdzie będę mógł zrobić zdjęcie. Oczywiście, finał tego był taki, jak się spodziewałem. Duża hala okazała się mały warsztatem, gdzie maksymalnie mieściły się dwa samochody. Pojęcie wielkości przestrzeni fotograficy rozumieją jednak inaczej…

Pojechaliśmy więc na otwartą przestrzeń, na szczęście pogoda była bardzo dobra, a ja i tak nie miałem innego wyjścia. Jadąc za Ferrari przez miasto, mogłem obserwować reakcje kierowców innych samochodów. Na światłach Adriano stanął obok Golfa 2 tdi, możecie się domyślić, co było dalej. Adriano ruszył powoli, a Golf pomknął w kłębach czarnego dymu. Fajnie jest wyprzedzić Ferrari :)

 


Plac, na który przyjechaliśmy, okazał się całkiem spory, niestety, otaczały go drzewa. Wiedziałem, że nie uda mi się uniknąć odbicia ich w karoserii. Ustawiliśmy samochód prostopadle do światła i to było wszystko, co mogłem zrobić. Sfotografowałem go z kilku stron, co potrwało około 30 minut i musiałem na tym materiale poprzestać, bo Adriano powoli zaczął się nudzić. Raczej nikomu normalnemu nie przychodzi do głowy, by jedno zdjęcie robić dłużej niż minutę…
Zresztą w tych warunkach wiele więcej bym nie uzyskał, wiedziałem już, że cała nadzieja w postprodukcji :)

 

Imponująco to nie wygląda…

Tak się też stało. Na potrzeby kalendarza musiałem mieć samochód na czarnym tle, otoczenie nie miało więc znaczenia. Znacznie gorzej było z karoserią. Trzeba było mozolnie czyścić ją z wielu odbić drzew, ale też i asfaltu. Lakier był w nienagannym stanie i odbijał wszystko, jak lustro. Gdy znalazłem małą plamę i poprosiłem Patryka, by to wyczyścił, Adriano najpierw sprawdził naszą szmatkę, czy jest dostatecznie miękka i czysta :)

W ten sposób miałem zdjęcie super samochodu na czarnym tle. Średnio nadawało się to do portfolio. Postanowiłem zrobić mały montaż. Znalazłem fajne burzowe niebo i zmontowałem, zachowując oryginalny asfalt. Byłem całkiem zadowolony nawet z efektu.

I pomyśleć, że kiedyś byłem zadowolony z tego zdjęcia…

Ale czas biegnie do przodu i to, co kiedyś wydawało się fajne, po paru latach już nie zawsze tak wygląda. Niedawno namówiłem Gosię, by trochę to poprawiła. Pomieszała w kontrastach, porozjaśniała i było już lepiej, ale ciągle nie aż tak, jak bym chciał. Męczyła się, kombinowała i w końcu stwierdziła, że łatwiej to zrobić od początku. Największym problemem dla mnie było stworzenie trójwymiarowości samochodu. Wtedy do kalendarza potrzebowałem właśnie takiego bocznego ujęcia, ale teraz wolałbym mieć inną bryłę. Pogrzebaliśmy w archiwum i znaleźliśmy trochę lepszą klatkę. Gosia zrobiła czary mary w Aperture i czerwień uzyskała właściwy odcień, potem jeszcze PS i przysłała mi pierwszą wersję. Byłem zachwycony. Wprawdzie potem jeszcze przez kilka dni szlifowaliśmy szczegóły, ale wreszcie można było takie zdjęcie wrzucić do portfolio. Oczywiście za parę miesięcy wymyślę pewnie, co jeszcze można tu poprawić :) Na pewno coś znajdę, tylko muszę jeszcze więcej nauczyć się o świetle…
A jeżeli macie uwagi i pomysły, co można by tu poprawić to piszcie. Gosia się ucieszy :)))

Wracając z Częstochowy, miałem jeszcze jedno spotkanie z super samochodem. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, by coś zjeść. Siedzieliśmy na tarasie, gdy podjechał samochód, którego jeszcze nigdy nie widziałem. W pierwsze chwili miałem pewne skojarzenia. Kierowcy tirów przy sąsiednim stoliku pomyśleli podobnie: „To chyba jakiś koreańczyk”, stwierdził jeden z nich. Ale po chwili już zrozumiałem, że myliliśmy się. Przy dystrybutorze stał olbrzymi Maybach.

Z samochodu wysiadła para w wieku przedwczesnoemerytalnym, wyglądający tak, jak mogłem sobie wyobrazić posiadaczy Maybacha. Pokrywała ich duża warstwa złota, zwłaszcza pani była ozłocona do granic możliwości. Ale jak kto lubi :)
Nie nadaję się na reportera, który podejdzie do każdego i zrobi mu fotę z bliska. Nie zrobiłem zdjęcia samochodu, a bardzo tego żałuję bo nikt mi nie wierzy, co zobaczyłem w środku.

Podszedłem bliżej, oczywiście przypadkiem, byłem ciekawy, jak wygląda wnętrze Maybacha. Orientujecie się może, że tego typu samochody najczęściej kupują ludzie, których stać na prywatnego szofera. Główny nacisk kładziony jest na tylne miejsca, bardzo komfortowe, z olbrzymią ilością miejsca. Jest tam bardzo duża przestrzeń. I ta przestrzeń była w tym przypadku dobrze wykorzystana.
Cały teł samochodu był zawalony reklamówkami, paczkami, zwiniętymi dywanami i cała masą wrzuconych luzem rzeczy.
Bez wątpienia była to najbardziej komfortowa na świecie bagażówka :)

ps. testowałem dzisiaj, ile linków do własnego bloga mogę umieścić  w jednym wpisie. Żaden się nie powtarza. Chciałem sprawdzić, czy dałoby się z każdego słowa zrobić sensowny link? Poddałem się :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, Jak to zrobiłem, porady, realizacje, sesja
backstage, ferrari, samochód, sesja | komentarz

10 marca 2011

| przez Artur Nyk

I co z tego wynikło…

Parę razy już pisałem o różnych sesjach, jakie robię, teraz postanowiłem, że będę też regularnie pokazywał Wam, co z tego wynikło. Sami ocenicie, czy cały wysiłek włożony w pracę był tego warty.
Zacznę więc powoli nadrabiać zaległości i opublikuję tu te fotografie, które są już gotowe.

Najpierw zdjęcia z sesji dyplomowej, a to dlatego, że dostałem dzisiaj od Pauliny informację, że obroniła się na 5, a zdjęcia zrobiły wrażenie (dodam skromnie…)

Kolejna rzecz to sesja fryzur dla Tomka. Dawno już nie robiłem czarno-białych fotografii i tymi zdjęciami zrobiłem sobie znowu apetyt na dalsze. To są te same zdjęcia, które prezentowałem bez obróbki, więc będzie Wam łatwo je teraz porównać.

Niedawno też wrzuciłem tu film z sesji do kalendarza AD Polska. Teraz możecie zobaczyć, jak to się skończyło.
I na koniec na nowo obrobione zdjęcie ze szpitala. Fota musiała trochę odleżeć w archiwum, aby w mojej świadomości dojrzała koncepcja, jak ma ta fotografia wyglądać. Potem jeszcze tylko kilkanaście godzin pracy nieocenionej Gosi w nieocenionym Aperture :)
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, realizacje, sesja
komentarz

24 lutego 2011

| przez Artur Nyk

Test nieobiektywny czyli tani kontra drogi

Dzisiejszy test będzie wyjątkowo nieobiektywny, choć dotyczący obiektywów.
Na ostatnich warsztatach studyjnych spytano się mnie, jaka tak naprawdę jest różnica między tanim i drogim obiektywem. No przecież to jasne, droższy jest lepszy. Ale o ile? I czy każdy dostrzeże tę różnicę?

No to przekonajmy się sami, powiedziałem i wyciągnąłem do porównania mojego  Canona EF 70-200/4 L IS z Canonem EF-S 55-250/4-5,6 IS.
Ponieważ przed chwilą zajmowaliśmy się problemem oświetlania szkła, na stole mieliśmy szklankę wody, którą torturowaliśmy na różne sposoby. Może to mało efektowny obraz, jednak pozwala na sprawdzenie kilku rzeczy. Duży kontrast światła powinien pokazać nam, jak się zachowują szkła w obu obiektywach.
Czy warto zapłacić 3000 zł więcej? Bo właśnie taka jest różnica w cenie obiektywów. A w obrazie?

No właśnie, czy widzicie na pierwszy rzut oka jakąś różnicę?

Jeszcze kilka znaczących wyjaśnień. Do tego małego testu użyłem Canona 550D z dwóch powodów. Po pierwsze, bo to bardzo popularny aparat i często to jego właściciele mają wątpliwości, czy warto zapłacić za szkło więcej, niż za samo body. Po drugie, bo jeden z obiektywów ma w nazwie literkę S czyli nadaje się tylko do niepełnoklatkowych aparatów i nie mógłbym założyć go do mojego body.
Robiliśmy oczywiście pliki RAW, które porównywaliśmy w Aperture.

Na pierwszy rzut oka widać, że 70 mm w droższym obiektywie jest dłuższą ogniskową, niż te same 70 mm w tańszym. Szklanka jest po prostu minimalnie większa przy użyciu mojego zooma. Program wyświetla w obu przypadkach, że ogniskowa to 70 mm, a jednak różnicę widać. Z tym problemem spotkałem się wiele razy przy różnych obiektywach. Np. 100 mm w makro 100/2,8 jest wyraźnie dłuższe niż 105 mm w 24-105/4 L IS. Cóż, tak ich uroda i nie ma czym się przejmować.
Widać też różnicę w kontraście. Obraz z tańszego zooma jest bardziej kontrastowy. A to niedobrze, bo oznacza, że obiektyw przenosi mniej informacji  i kompresuje obraz.
Aby zobaczyć dokładnie, w czym problem, włączyłem opcje zaznaczenia prześwietlonych (czerwony) i niedoświetlonych (niebieski) fragmentów obrazu.

Tani obiektyw nie widzi wielu szczegółów w cieniach, które droższy brat jeszcze rozróżnia. Aby pokazać to jeszcze lepiej, dołożyłem na ekspozycji +2 działki.

Teraz dokładnie widać, ile informacji można wyciągnąć z droższego obiektywu. Przy jasnych partiach ten problem natomiast w ogóle nie występuje.

A jak ze szczegółem w obrazie? Tu w obu obiektywach już ciężko się dopatrzyć różnic.

Mógłbym pewnie pozamieniać podpisy pod zdjęciami i nikt by się nie zorientował. Oba obiektywy w tym momencie dają praktycznie identyczny obraz.

Jaki z tego możemy wyciągnąć wniosek? Właściciele obu obiektywów mają powód do zadowolenia.
Nie mogę stwierdzić, że nie ma sensu kupowania szkła z serii L, ani nie mogę powiedzieć, że tanie obiektywy są do niczego. Szczerze mówiąc, jestem sam mile zdziwiony jakością taniego zooma. Oczekiwałem znacznie większych różnic, a tymczasem okazało się, że jest to świetny obiektyw dla … amatorów. Dochodzimy tu do kwestii różnicy ceny i tego, co za to dostajemy. Tani obiektyw ma plastikowy bagnet. Dostatecznie dobry, gdy zmieniamy go raz na parę dni. Jednak w mojej pracy, gdy czasem po kilka razy dziennie muszę przełożyć obiektyw, metalowy bagnet jest koniecznością. Dalej, cała obudowa serii L jest metalowa i  pyłoszczelna, a mnie często zdarza się robić zdjęcia w trudnych warunkach, gdzie kurz i pył wiruje w powietrzu. Bardziej zaawansowany jest system stabilizacji. Dostajemy też znacznie lepszą osłonę przeciwsłoneczną. Lepsze są warstwy przeciwodblaskowe, a autofokus szybszy.
Po prostu, gdy wykorzystujemy sprzęt codziennie i w najróżniejszych warunkach, suma tych wszystkich różnic jest znacząca.
Jednak, gdy zamierzamy robić zdjęcia hobbystycznie, tańszy obiektyw jest całkowicie wystarczający.

To zła wiadomość dla wszystkich, którzy szukają powodu, by wytłumaczyć, dlaczego ich zdjęcia nie są dostatecznie dobre.
Jeżeli więc macie dylemat, czy wydać 850 zł na 55-250 czy 3850 zł na 70-200, a nie zamierzacie używać go zawodowo, moja rada jest prosta.
Kupcie ten tańszy, a za 3000 zł jedźcie na super wakacje w piękne miejsce, gdzie dwa tygodnie będziecie mogli poświęcić na doskonalenie swoich fotograficznych umiejętności.
Jak wrócicie, nikt nie będzie Wam mówił, jaki masz fajny obiektyw, tylko jakie fajne robisz zdjęcia :)

PS.
Oczywiście mój mały test nie porusza wszystkich aspektów. Przetestowałem tylko jedną ogniskową i tylko w jednych warunkach. Na pewno można by rozpatrywać wiele różnych drobiazgów. Tylko po co, skoro te istotne już widać.  Dla mnie bardziej istotne jest, jak wygląda zdjęcie w całości, a nie rozłożone na czynniki pierwsze :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, Canon, porady, sprzęt, test, warsztaty
komentarz

17 lutego 2011

| przez Artur Nyk

RAW czyli coś jest nie tak

Gdy kupiłem moją pierwszą cyfrę, a był to Canon 10D, z przerażeniem zobaczyłem, że nie zapisuje plików tiff. No jak to? Przecież miał to być model półprofesjonalny, nie ma tiffów? Są tylko zwykłe jpgi i jakiś dziwny RAW….
Wczytałem się w instrukcję i po chwili z wielką nieufnością rozpocząłem próby z tym dziwnym formatem. Po kilku dniach wiedziałem już, że RAW to największy wynalazek od czasu kolorowej fotografii.

Zgadza się, kupując pierwszą cyfrową lustrzankę, nie wiedziałem na ten temat prawie nic. Miałem styczność z compactami o zawrotnej rozdzielczości 4 Mpix, które pozwalały na karcie zapisać dwa tiffy, bo więcej się nie mieściło. Zresztą i tak po zrobieniu tych zdjęć, padały baterie.
W tamtym czasie wpadł mi do ręki Canon D30 ( nie mylić z późniejszym 30D ), pierwsza chyba lustrzanka Canona o rozdzielczości 3 Mpix !!! Ale to była pierwsza cyfra, która pracowała, jak prawdziwy aparat. Byłem nim tak zachwycony, że postanowiłem rozpocząć cyfrową przygodę.

Ale wróćmy do RAWu. Pierwsze oprogramowanie Canona pozwalało na podstawowe operacje: korekcja ekspozycji, kontrastu, nasycenia koloru, jasności i balansu bieli. Niby nie dużo, jednak wtedy wydawało mi się, że to niesamowite możliwości. Potem było już tylko coraz lepiej. Każdy kolejny model przynosił dużą poprawę jakości obrazu, a razem z nim pojawiało się coraz lepsze oprogramowanie. Canon wypuścił DPP (Digital Photo Professional), czyli profesjonalny edytor RAWów. Wtedy odkryłem, że RAW kryje jeszcze większe możliwości. Photoshop rozwijał Camera Raw, ale prawdziwy przełom nastąpił, gdy Apple wypuścił pierwszą wersję Aperture. Gdy zobaczyłem demonstrację możliwości (tak skromne, jak na dzisiejsze warunki), to byłem w siódmym niebie. To, jak wiele można było zrobić z jednym plikiem i jak łatwo i szybko, było dla mnie prawdziwym szokiem. Potem Adobe zrobił wersję beta swojego Lightrooma, dziwnie przypominającego Aperture :) Adobe wpadł wtedy na genialny pomysł. Pozwolił na bezpłatne używanie bety przez kilka ładnych miesięcy, a potem na kupno stabilnej wersji z dużą zniżką. Manewr godny wytrawnego dealera, który rozdaje najpierw darmowe próbki, a potem, gdy klient wpadnie w nałóg, każe płacić :)
Równolegle rozwijały się na poboczu Capture One i Bibble. Oczywiście Nikon też miał swoje programy, ale w przeciwieństwie do Canona, dawał tylko wersje demo, co nie przysporzyło mu zwolenników.

Tak w wielkim skrócie przebiegał rozwój oprogramowania wywołujących RAWy. Z czasem uzmysłowiłem sobie, jak wielką zaletą RAWu jest sposób jego zapisu. Gdy robimy jpg, procesor aparatu przetwarza obraz z matrycy według zapisanych w pamięci procedur, a następnie kompresuje i zapisuje na karcie. Gdy robimy RAW, na karcie zapisujemy pełny zrzut danych z matrycy. Procesor nie poprawia nic.
Dopiero w procesie wywołania pliku możemy zdecydować, jak zdjęcie ma wyglądać. Całkiem podobnie, jak kiedyś wywołując zdjęcia analogowe. Wtedy wybierając chemię i papier mogliśmy wpływać na jakość zdjęcia. Gdy pojawiał się nowy, lepszy papier, mogliśmy osiągnąć lepszy efekt.
I dokładnie tak samo jest z RAWem. Nowa wersja oprogramowania może pozwolić na wyciągniecie z pliku nowych informacji, zmniejszenia szumów albo poprawienia koloru.
Różnice mogą być naprawdę duże. Widzę to na przykładzie moich starych zdjęć, gdy okazuje się, że dzisiaj potrafię tę samą fotografię wywołać znacznie lepiej, niż kiedyś. A to oznacza, że za kilka lat może będę mógł wyciągnąć z plików informację, których dzisiaj nie mogę. To genialna właściwość RAWów.

Gdy rozmawiam z ludźmi na warsztatach, okazuje się, że mało kto pracuje na RAWach. A bo zajmują dużo miejsca, a bo wyglądają gorzej, a bo są problemy z odczytaniem w Windowsie itd. Zgadza się, że robienie jpgów wydaje się łatwiejsze. Pliki są małe i od razu wyglądają dobrze.
Gdy byłem kiedyś na krótkim wyjeździe i jako jedyny miałem lustrzankę, to było mi trochę wstyd pokazywać na wyświetlaczu aparatu moje zdjęcia. Po prostu wyglądały znacznie gorzej, niż te z malutkich compactów. Co z tego, że moje fotografie po wywołaniu będą znacznie lepiej wyglądały, skoro ich zdjęcia od razu były dobre. Po co spędzać czas na siedzeniu przy komputerze?

Tak na prawdę są tylko dwa rozwiązania. Albo jesteś profesjonalistą i wtedy robisz RAW albo amatorem i wtedy jpg ci wystarczy. No chyba, że jesteś profesjonalistą, który lubi ryzyko i robisz jpgi, które będą dobre albo nie. Albo jesteś amatorem, który myśli poważnie i wtedy robi RAWy. Albo jesteś leniwym amatorem, któremu nie chce się myśleć w trakcie fotografowania i robisz RAWy, a potem dopiero przy wywołaniu korygujesz błędy. Albo jesteś leniwym profesjonalistą… patrz wyżej.

To właśnie bardzo duża tolerancja na błędy naświetlenia, czy ustawienia balansu bieli, jest kolejnym argumentem na rzecz RAWu. Można pozwolić sobie na spore błędy, a potem wszystko poprawić. Idealna sprawa.

Jest jeszcze jedna rzecz, o której trzeba pamiętać. Każdy program do wywoływania RAWów robi to inaczej. Dlatego wybór odpowiedniego programu jest bardzo ważny. Czasem może mieć większe znaczenie, niż sam aparat. Warto sprawdzić kilka programów i zobaczyć, co będzie wam najlepiej pasować. Możliwa jest też sytuacja, że w zależności od rodzaju oświetlenia, raz lepszy będzie jeden program, a innym razem drugi.
Bez względu na wszystko, zawsze jednak zachowajcie RAWy zdjęć, na których wam zależy. Może za 10 lat z kompletnie ciemnego zdjęcia wyciągniecie wszystkie szczegóły?

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, Apple, Canon, Photoshop
komentarz

13 lutego 2011

| przez Artur Nyk

Na co komu iPad?

Przeczytałem właśnie u M@kowca ciekawy artykuł o iPadzie. Jak absolutny wielbiciel wszystkiego z nadgryzionym jabłkiem, niestety muszę przyznać mu rację. Mimo, że długo myślałem nad tym, do czego mógłby mi przydać się tablet, to nie znalazłem żadnego rozsądnego powodu, by go posiadać.
A w tym myśleniu aktywnie pomagali mi inni wielbiciele Apple.

Miałem już iPada kilka razy w ręce, urządzenie jest piękne, zdjęcia ogląda się świetnie, nawigacja po ekranie też mi bardzo pasuje. Ale co by tu z nim zrobić? Laptopa mi nie zastąpi z dwóch powodów. Po pierwsze 10 calowy ekran jest za mały, by używać tablet jako komputer do podglądu na sesji. Po drugie, co jeszcze bardziej istotne, nie mogę odpalić na nim Aperture. I tu mógłbym skończyć roztrząsanie powodów do posiadania iPada.

Zastanawiałem się, czy tablet to nie świetne urządzenie do prezentacji swojego portfolio. No, teoretycznie, nadawałby się. Tylko, że laptop jest w tym równie dobry. A nawet lepszy, bo pomijając już większy ekran, nie muszę cały czas go trzymać w ręce w trakcie pokazu slajdów.
iPad jest stworzony do mobilnego korzystania z internetu. Ale jeżeli mam go nosić ze sobą, by raz na jakiś czas sprawdzić maile w trakcie chodzenie  po mieście, to znacznie lepiej do tego celu nadaje się iPhone.
Można też na nim czytać książki. Ale w domu wolę tradycyjne, drukowane, a w podróży znowu wystarcza mi iPhone, mały ekran nie przeszkadza mi wcale.
Oglądanie filmów? Oczywiście, że na iPhonie nie będzie to tak komfortowe, ale da się. A w podróży, czy na wakacjach, laptop będzie bardzo dobry.

Oczywiście iPad kosztuje dwa razy mniej niż mój MacBook Pro 13″. Gdybym nie potrzebował mocnego komputera do pracy na sesjach, to iPad byłby pewnie idealnym wyborem jako domowy i mobilny komputer. A tak muszę niestety przyznać, że ten piękny tablet jest dla mnie bezużyteczny…
Sam nie wierzę, że to piszę. Muszę jeszcze raz się zastanowić, może znajdę jakiś mądry powód, by go kupić?

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, Apple
komentarz

25 stycznia 2011

| przez Artur Nyk

Czarno-białe bez obróbki

Po Czarnym Łabędziu przyszła nam ochota na czarno-białe zdjęcia. Postanowiliśmy razem z Tomkiem Szabelką zorganizować szybką sesję. Tomek miał ochotę stworzyć kilka fryzur, które chodziły mu po głowie, a ja miałem zamiar przetestować nowy softbox Elinchromu.

Zapowiadałem już, że szykuję obszerny test oświetlenia Elinchromu, ale to jeszcze trochę potrwa, gdyż podchodzę do tematu bardzo poważnie. Dzisiaj mogę na razie pokazać efekty świecenia softem Rotalux Deep Octa 100. Najważniejsze w tym jest słowo Deep. To właśnie specjalna głęboka konstrukcja powoduje bardziej kierunkowe światło w porównaniu ze zwykłym softboxem. Całą dzisiejszą sesję zrobiłem z użyciem tylko tej jednej lampy.
Efekt możecie zobaczyć poniżej. A nawiązując do wczorajszych rozważań nad obróbką zdjęć, dzisiejsze fotografie publikuję bez obróbki. Jedynie zdjąłem kolor i minimalnie poprawiłem kontrast w Aperture.
Wygląda na to, że zaprzyjaźnię się z tą Octą :)

To w dolnym rogu, to suszarka w ręku Tomka

A to ręce Tomka w akcji
P.S. Kasia pozowała dzisiaj pierwszy raz w życiu.
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, backstage, Elinchrom, sesja, sprzęt, test
komentarz

8 stycznia 2011

| przez Artur Nyk

Kolejna rewolucja?

To, że jestem fanem Apple, wie każdy. Do makowego sprzętu i rozwiązań podchodzę zwykle entuzjastycznie. Lubię ich pomysły, bo są przyjazne dla użytkownika. Przekonałem też do tego sprzętu już kilku znajomych, aż żałuję, że nie dostaję od Apple prowizji.

Dwa dni temu Apple otworzył App Store, gdzie można kupić programy na maka, podobnie, jak do tej pory można było kupować aplikacje na iphone’a i ipad’a. Niby znowu nie jest to rewolucyjne rozwiązanie. Niby wprowadzenie poprzedniego App Store’a i iTunes’a też nim nie było. A jednak okazało się to wielkim sukcesem. Wszystko opiera się bowiem na ogromnej łatwości korzystania ze sklepu. Ja przez dwa lata pobrałem około 200 bezpłatnych programów na mojego ajfona, wszystko bezpośrednio z poziomu telefonu przez wi-fi. Nie kupiłem nic, bo bezpłatne programy całkowicie mi wystarczyły.

Mogę więc spokojnie założyć, że ten sklep z programami będzie się cieszył bardzo dużym zainteresowaniem. A sprzyjać temu będą bardzo niskie ceny programów. Do tej pory Aperture kupowany w polskim sklepie kosztował 850 zł. W App Store można go kupić za 240 zł! A i tak jest to jeden z droższych tam programów. Oczywiście, jest też sporo bezpłatnych.

Już niedługo podobne sklepy będą pewnie oferować inne firmy. Ale nim to zrobią, Apple znowu wymyśli coś nowego :)
Zresztą i tak użytkownicy maków będą zadowoleni z nowego rozwiązania, a przeciwników i tak to nie przekona. I wszyscy nadal będą pewni swoich racji.

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, Apple
komentarz
← 1 2 3 4 5 →

Kategorie

5Ds (5) akt (8) Aperture (46) Apple (24) architektura (18) asystent fotografa (3) b&w (5) backstage (76) Bowens (9) Canon (69) Capture One (5) dobre zdjęcia (53) do kawy (116) eduweb (7) Elinchrom (33) foto mądrości (177) fotopiwo (8) Jak to zrobiłem (91) Jak zostać fotografem (10) Lightroom (2) Mamiya (19) Nikon (19) Photoshop (25) plenery (27) podróże (13) porady (123) portret (6) realizacje (68) reklama (20) samochody (59) sesja (191) sprzęt (113) Spytaj Artura (33) sztuka (6) test (25) video (20) warsztaty (43)

Ostatnie wpisy

  • 10. Jak wybrać oświetlenie fotograficzne – Lampy LED
  • Gram z Wielką Orkiestra Świątecznej Pomocy
  • 9. Mit 2 – Jasny obiektyw zawsze jest najlepszy 
  • 8. Obalamy mity – Pełna klatka nie zawsze jest lepsza
  • 7. Kupujemy aparat. Czyli o wyższości Canona nad Nikonem. Albo odwrotnie.
  • 6. Potem będę dużo zlecał, ale…
  • 5. AAAAAA, zdjęcia oferuję tanio

Archiwa

  • marzec 2024 (1)
  • styczeń 2024 (3)
  • grudzień 2023 (7)
  • luty 2023 (1)
  • wrzesień 2020 (2)
  • sierpień 2020 (2)
  • luty 2018 (1)
  • maj 2017 (1)
  • kwiecień 2017 (1)
  • marzec 2017 (3)
  • luty 2017 (2)
  • październik 2016 (1)
  • kwiecień 2016 (3)
  • marzec 2016 (1)
  • luty 2016 (2)
  • styczeń 2016 (3)
  • grudzień 2015 (3)
  • październik 2015 (1)
  • wrzesień 2015 (2)
  • sierpień 2015 (1)
  • lipiec 2015 (1)
  • czerwiec 2015 (4)
  • maj 2015 (2)
  • kwiecień 2015 (3)
  • luty 2015 (2)
  • styczeń 2015 (14)
  • grudzień 2014 (21)
  • listopad 2014 (6)
  • październik 2014 (3)
  • wrzesień 2014 (2)
  • sierpień 2014 (4)
  • lipiec 2014 (1)
  • czerwiec 2014 (2)
  • maj 2014 (5)
  • kwiecień 2014 (5)
  • marzec 2014 (3)
  • luty 2014 (4)
  • styczeń 2014 (7)
  • grudzień 2013 (5)
  • listopad 2013 (6)
  • październik 2013 (4)
  • wrzesień 2013 (8)
  • sierpień 2013 (5)
  • lipiec 2013 (5)
  • czerwiec 2013 (5)
  • maj 2013 (1)
  • kwiecień 2013 (3)
  • marzec 2013 (3)
  • luty 2013 (4)
  • styczeń 2013 (6)
  • grudzień 2012 (8)
  • listopad 2012 (8)
  • październik 2012 (8)
  • wrzesień 2012 (1)
  • sierpień 2012 (11)
  • lipiec 2012 (8)
  • czerwiec 2012 (10)
  • maj 2012 (8)
  • kwiecień 2012 (8)
  • marzec 2012 (9)
  • luty 2012 (13)
  • styczeń 2012 (12)
  • grudzień 2011 (10)
  • listopad 2011 (16)
  • październik 2011 (20)
  • wrzesień 2011 (19)
  • sierpień 2011 (5)
  • lipiec 2011 (15)
  • czerwiec 2011 (26)
  • maj 2011 (19)
  • kwiecień 2011 (17)
  • marzec 2011 (16)
  • luty 2011 (24)
  • styczeń 2011 (20)
  • grudzień 2010 (18)
  • listopad 2010 (20)
  • październik 2010 (28)
  • wrzesień 2010 (22)
  • sierpień 2010 (14)

© Artur Nyk

↑

Polityka plików cookies

Mam najlepsze ciasteczka, idealne do kawy. Życzę miłego oglądania moich fotografii Odwiedź stronę Polityka plików „cookies” aby dowiedzieć się więcej.

Close