×
Artur Nyk Blog
  • Fotografie
  • O mnie
  • Jak zostać fotografem
  • Jak to zrobiłem
  • do kawy
  • Fotografie
  • O mnie
  • Jak zostać fotografem
  • Jak to zrobiłem
  • do kawy

porady

28 września 2010

| przez Artur Nyk

Po co fotografowi McDonald’s

Nie przeczę, kiedyś wierzyłem, że jedzenie w McDonaldzie jest zdrowe i dobre. Dzisiaj uważam, że niektóre rzeczy są tylko dobre. Bez względu na wszystko ta prozdrowotna restauracja będzie dla Ciebie bardzo ważna, jeżeli jesteś zawodowym fotografem. Są co najmniej dwa powody:

Pierwszy.  Jeżeli zajmujesz się zawodowo fotografią to oznacza, że Twój dzień pracy jest długi i nieprzewidywalny. Na dodatek często jeździsz w teren i trafiasz w najdziwniejsze miejsca, ciągle się spiesząc. Zakładam również, że musisz też czasem coś zjeść, bo to, że musisz się napić, nie ulega wątpliwości. W końcu kawa jest niezbędna w tym zawodzie. (wszyscy moi asystenci, pracę w studio zaczynają od nauki obsługi ekspresu do kawy). Nie ma więc takiej możliwości, by kiedyś w końcu w akcie desperacji nie zajechać po zdjęciach lub w trakcie nich do Mc. Ja robię tak, bo chociaż lubię poznawać nowe smaki, to zwykle boję się zaryzykować hamburgera w przydrożnym barze i z utęsknieniem wypatruję dużego M na drodze.

Drugi. Jeżeli zajmujesz się zawodowo fotografią to oznacza, że czasem dostajesz zlecenia, przy których trzeba się trochę wysilić i rozwiązać jakiś problem.
Kiedy dostałem zadanie sfotografowania butelki piwa zanurzonej w lodzie, problemów było kilka. Potrzebowałem dużo idealnie przezroczystego lodu. Lód nie lubi wysokich temperatur,  co było pechowe, bo akurat było lato. Ja nie lubię niskich temperatur, co przetestowałem wielokrotnie. Nie miałem ochoty pracować w chłodni. Musiałem zastosować metodę stratną. Czyli stracić dużo lodu, nim zrobię zdjęcie. Potrzebowałem całej masy idealnie przezroczystych kostek lodu. Dokładnie takich, jakie dostaję w drinkach i zimnych napojach w knajpach. Jak się już domyślacie, pojechałem do Mc. Wystarczyły mi  dwie minuty tłumaczenia menadżerowi, o co mi chodzi by usłyszeć: Wystarczą dwa worki po 100 litrów? Wystarczyły. Zdjęcie zrobiłem i jeszcze połowa lodu została. Aha, dostałem go gratis! I jak tu nie lubić Mc?

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
porady, realizacje, sesja
komentarz

26 września 2010

| przez Artur Nyk

O czułości czyli za co kocham cyfre i inne rozmyślania bez sensu

Uwielbiam dyskusję na temat szumów lustrzanek i innych aparatów cyfrowych. Nigdy nie rozumiałem, jak można spędzać całe godziny fotografując tablice testowe, a następnie analizując zdjęcia pod kątem kształtu ziarna. Jasne, że jest to ważna sprawa, jak sobie dany aparat radzi w kiepskich warunkach oświetleniowych. Sam dzisiaj przez godzinę sprawdzałem obiektyw, nad którym się zastanawiam. Czytałem i czytałem, przeglądałem tabelki, porównywałem parametry. I co? I nic mi to nie dało. Nie byłem mądrzejszy, niż przed lekturą. Dowiedziałem się, że mój obiektyw ma rozdzielczość na środku kadru 40 lpmm, a ten, który mnie interesuje, ma 42 lpmm.  Jeden ma winietowanie na poziomie 10%, a drugi 12%. Co mogę się na podstawie tych danych dowiedzieć? Oczywiście, że patrząc na cyferki można mniej więcej ustalić, czy obiektyw jest dobrej klasy, czy też koszmarnie kiepski. Ale, czy teraz wiem, jak obiektyw rysuje, jak rozkłada się głębia ostrości i czy rozmycie będzie mi się podobało? Oczywiście, że nie. Do czasu, gdy nie zrobię nim serii zdjęć w różnych warunkach, nie będę mógł powiedzieć, czy to jest to, o co mi chodziło.

Tak samo jest z szumami. Na tablicy testowej szumy mogą wyglądać okropnie. Ale na zdjęciu może się okazać, że zupełnie nas to już nie razi. Co gorsze, może też być odwrotnie. Rzeczywiste warunki są o wiele bardziej skomplikowane od laboratoryjnych. Inaczej będzie się zachowywał ten sam aparat w zależności od charakteru światła, jego ilości i samego motywu, który fotografujemy. Wielkie znaczenie ma też to, co potem chcemy zrobić ze zdjęciem. Jakoś nie widzę wśród znajomych, by robili odbitki 50×70 cm. Zdecydowana większość zdjęć nigdy nie pojawi się na żadnym wydruku, ani na odbitce i będzie oglądana tylko na monitorze. A to oznacza, że nigdy nie zobaczymy żadnego szumu, ani ziarna, o ile nie będziemy go specjalnie szukać.

Wszystko to jest jednak mało ważne w porównaniu do wielkiej zalety, jaką daje nam możliwość zmiany czułości. Uważam, że jest to jedna z najważniejszych zalet cyfry.  Każdy, kto kiedyś pracował na analogowym aparacie i zna dylematy, jakiej czułości film założyć, doceni możliwość ustawiania ISO, jak tylko mu się podoba. Jeżeli więc muszę ustawić wysoką czułość, by móc zrobić zdjęcie, którego inaczej by mi się nie udało zrobić to się nie zastanawiam.

W ten sposób udało mi się przejść od jednego tematu do drugiego, niekoniecznie zachowując ogólny sens wypowiedzi i zapominając, co tak naprawdę miałem napisać…
A chcę przypomnieć, że szumy dzisiejszych aparatów są nieporównywalne do ziarna starych filmów. Mam skany jednego z pierwszych moich zdjęć robionych lustrzanką. Była to Praktica MTL 5B i wydawała mi się wtedy super zaawansowanym  i precyzyjnym aparatem. Film to prawdopodobnie rosyjski negatyw o czułości 65 ASA. Jeżeli więc ktoś uważa, że jego aparat ma za duże szumy, niech przyjrzy się temu zdjęciu, które kiedyś uznawałem za całkiem przyzwoite jakościowo.

Problem kurzu na matrycy, jak widać, wtedy też istniał, tylko trochę inny miał rodowód.
A to jest zdjęcie zrobione Canonem 5D, przy czułości 1600 ISO.  Bardzo się cieszę, że wymyślono cyfry i zmnienne czułości.
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Canon, foto mądrości, porady, sprzęt
komentarz

Przegląd portfolio czyli o krytykach, których nie zawsze trzeba słuchać

Opublikowane w akt, foto mądrości, Spytaj Artura |

24 września 2010

| przez Artur Nyk | Komentarz

Mam swoje zdanie na temat : „kto wielkim artystą jest”.  A mówiąc konkretnie, mam gdzieś to, co wmawia mi opinia publiczna, autorytety i znawcy. Nie mam kompleksów, gdy okazuje się, że nie znam kogoś, kogo znać się powinno. Zawsze jednak chętnie poznaję prace nowych fotografów, grafików, designerów. Każdemu daję równe szanse i każdy  może być uznany za artystę genialnego lub beznadziejnego. Ale jest to tylko moje zdanie i tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia dla samego artysty.
Mam też swoją teorię, że stopień uznania dzieła przez krytyków, jest zależny wprost od nazwiska twórcy. Nie wierzę też, by znawcy posiedli jedyną i niezaprzeczalną wiedzę o tym, co jest dobre, a co kiepskie.
Na czym opieram swoją teorię? Na własnych doświadczeniach, wszystko to, może się więc okazać jedną wielką bzdurą. Nawet chciałbym, aby tak się stało. Czytaj więcej →

aktfotografieportfoliosesja

19 września 2010

| przez Artur Nyk

Dlaczego nie nadaję się na fotografa ślubnego

Doszedłem już do siebie po wczorajszej imprezie, co nie było aż takie proste…
Nie pamiętam, na ilu już ślubach robiłem zdjęcia, tak na około 30-40. A jednak ciągle czuję się w roli fotografa ślubnego jak amator. Po pierwsze, zawsze robię to dla moich znajomych, po drugie, mam sprzęt trochę inny, niż zawodowi fotograficy ślubni (zdarzyło mi się już robić zdjęcia w kościele na 24 shift tylko dlatego, że nie miałem normalnego szerokiego kąta). Moją pierwszą od lat lampę Canona kupiłem dopiero w tym roku, nigdy wcześniej nie była mi potrzebna. I właśnie tę lampę miałem wczoraj ochotę wrzucić pod nadjeżdżający pociąg, gdyby jakiś akurat przejeżdżał w okolicy ołtarza.
Ale zacznijmy od początku. Jestem przyzwyczajony do lamp studyjnych,  mogę sobie na nie założyć dużego softa albo czaszę, która zaświeci dokładnie, jak zechcę. Pracują tylko w trybie manualnym i bardzo dobrze, bo wiem, czego mogę się po nich  spodziewać. Takie małe coś, co daje płaskie światło na wprost, nigdy nie było mi potrzebne. I dalej bym tak twierdził, gdybym nie trafił na genialną książkę Joe McNally, „Z pamiętnika lampy błyskowej”. Zwykle nie oglądam takich książek, bo najczęściej są nudne, ta jednak zainteresowała mnie fajnym zdjęciem na okładce. Przeglądałem stronę za stroną i nie mogłem uwierzyć, że te zdjęcia są oświetlone małymi lampami. Zobaczyłem tam światło, jakiego ostatnio szukałem, nie do zrobienia na lampach studyjnych. Natychmiast więc kupiłem najmocniejszego Canona 580 (jakoś tak się chyba nazywa) i byłem zachwycony nią do wczoraj. Bo wczoraj przestałem jej ufać.
Ceremonia przebiegała spokojnie, zrobiłem trochę zdjęć jeszcze w domu, udało mi się dojechać do kościoła przed młodą parą, nawet udało mi się sfotografować ich jeszcze w samochodzie, wkładając aparat przez szyberdach. W kościele zaczęły się już typowe fotograficzne problemy, których nie cierpię. Jak zwykle jest tam ciemno, a używając lampy, mamy najgorszy efekt ze wszystkich. Pani młoda w białej sukni na pierwszym planie jest prześwietlona, a ludzie siedzący z tyłu giną w mroku. Staram się więc nie używać lampy, czasem na 1600 ISO da się coś już zrobić. Czasem trzeba jeszcze pomóc sobie lampą błyskową. Ale od razu mamy problem z balansem bieli, bo zawsze, gdy kościół jest ciemny, to na dodatek jest pomalowany na żółto i dostajemy na zdjęciu kolor niewiadomojaki. Bardzo się cieszę, że nie jestem fotografem ślubnym i nie mam na co dzień takich problemów.
Zrobiłem trochę zdjęć na świetle zastanym, trochę dodałem błysku. Młoda para siedziała spokojnie i mogłem użyć dosyć długiego czasu, na granicy poruszenia. Wszystko szło dobrze do momentu najważniejszego, czyli do przysięgi. Jest to chwila niezwykła również dlatego, że tylko ksiądz i fotograf jest dostatecznie blisko młodej pary, by widzieć każdy szczegół. Cała reszta gości ogląda to potem dopiero na zdjęciach. Presja na fotografa jest w tym momencie największa, tu nie ma szans, by coś powtórzyć. Na dodatek ksiądz ma swoją robotę  i nie przejmuje się, czy fotograf ma szanse na dobre zdjęcie. Nie można też pozwolić sobie na poruszone zdjęcia. Gdy jest zbyt ciemno, nie ma wtedy rady, trzeba błyskać.
Zaczyna się przysięga, robię pierwsze zdjęcie i zamiast robić dalej, najpierw oglądam, co mi wyszło. Niech żyje moja nieufność! Gdybym robił zdjęcia wtedy dalej, dzisiaj bym nie był w dobrym nastroju. Fotografia była kompletnie prześwietlona, z trudem mogłem rozpoznać kontury postaci. Zaczęło robić mi się gorąco. Zrobiłem drugie zdjęcie, mając nadzieję, że to tylko jakiś przypadkowy błąd. Ale nie, kolejne zdjęcie jest znowu śnieżnobiałe. Szybko sprawdzam połączenie lampy, wszystkie ustawienia. Niby jest OK ale trzecie zdjęcie znowu białe. Nie mam więcej czasu, bo przysięga już w trakcie, wyłączam lampę, czułość na maksa, przesłona w dół i robię zdjęcia. Mam kilka klatek, to jeszcze raz podejmuję próbę użycia lampy, automatyka nie działa, to robimy na manualu. Muszę zejść z mocą, pytanie tylko ile? No dobrze, niech będzie 1/64. Naciskam spust, jest dobrze, tylko lekkie prześwietlenie, da się poprawić na RAWie, robię dalej.
Nie pamiętam wiele z tamtych paru minut potem. Ważne, że zrobiłem materiał. Dopiero, gdy usiadłem po chwili, dotarł do mnie stres. Nie zazdroszczę fotografom ślubnych takich sytuacji.

Jesteśmy już w domu weselnym. Dlaczego znowu ściany są żółte? I na nowo pojawiają się te same problemy, co w kościele. Ciemno – no to błysk – fatalnie –  to długi czas – też źle. Trzeba mieszać, nie ma wyjścia. Lampa błyskowa zamrozi sylwetki, światło zastane naświetli tło i wprowadzi element ruchu. Ja lubię ten efekt, bo wnosi dynamikę ale część ludzi skomentuje takie zdjęcia jako „jakieś takie poruszone” I tu też nie zazdroszczę fotografom, którzy muszą sobie poradzić z takim problemem. Jutro z radością wrócę do mojego studia o białych ścianach i z normalnymi lampami :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Canon, foto mądrości, porady, sesja
komentarz

17 września 2010

| przez Artur Nyk

O ruszaniu czyli wreszcie konkretne porady

Jako, że idzie weekend, a to nie nastraja mnie ochoczo do pracy, postanowiłem trochę poleniuchować i zamiast wymyślać, co bym mógł tu mądrego napisać, postanowiłem wrzucić tu mały poradnik, który leży od dawna na moim biurku. Napisałem to tak prosto, że sam też wreszcie zrozumiałem, jak to jest z ruchem w fotografii.

Fotografia to utrwalanie ruchu. (nie zawsze, ale chciałem mieć mądry początek). Nie jest to jednak takie proste, jak się wydaje. Wyobraźmy sobie kobietę stojącą w kwitnącym sadzie. Słońce świeci jej w twarz, silny wiatr rozwiewa włosy i porusza gałęziami drzew, targa jej sukienkę. Pstryk i mamy zdjęcie. Ale tego wszystkiego nie widać. Gałęzie są nieruchome, parę kosmyków włosów sterczy w różne strony, a sukienka też przybrała jakiś dziwny kształt. Zamiast utrwalenia chwili, mamy na zdjęciu tylko bardzo krótki moment zupełnie nie oddający nastroju.

Z ruchem możemy sobie poradzić na dwa sposoby: albo go „zamrozić”, używając bardzo krótkiego czasu naświetlenia albo wręcz przeciwnie, używając długiego czasu, rozmyć go. Wszystko zależy od tego jaki ruch fotografujemy.
Jak już się pewnie domyślacie, robiąc zdjęcie w sadzie użyliśmy krótkiego czasu i zamroziliśmy wszelki ruch. Jednak efekt nie był interesujący. Dlaczego? Ruch który chcieliśmy utrwalić, był bowiem niewielki. Gałęzie poruszane wiatrem nie są tak widowiskowe, jak przejeżdzający bolid formuły 1.
W naszym przypadku będzie lepiej, jeśli użyjemy dłuższego czasu. Osiągniemy wówczas efekt następujący: kobieta na zdjęciu jest nieruchoma, tak samo pnie drzew, odległy horyzont i trawa. Gałęzie, włosy i sukienka, czyli to wszystko, co się ruszało, będzie rozmyte i jako takie jednoznacznie odbierzemy je jako ” ruszające się”.

A jak długi powinien być ten czas naświetlania?
Mamy tu dwa ograniczenia. Po pierwsze, nawet dorosły człowiek ma problem, by stać całkowicie nieruchomo. No, może strażnikom przed pałacem Buckingham się to udaje :) . Po drugie, my, trzymając aparat, mamy dokładnie taki sam problem, ciągle się ruszamy. Są na to dwa sposoby. Ci, którzy mają aparaty nowej generacji, mogą włączyć stabilizację ruchu. W skrócie działa to tak: jakieś małe żyroskopy poruszają soczewkami obiektywu lub całą matrycą przeciwnie do tego, jak my ruszamy aparatem i w sumie obraz jest nieporuszony. Drugi sposób to umocowanie aparatu na statywie. Ale, że najlepsze są te duże i bardzo ciężkie, jest to sposób dla wytrwałych.

Jeżeli więc zadbamy, by samemu się nie ruszać i poprosimy tą panią, by stała nieruchomo, możemy spróbować fotografować z czasem naświetlania 1/4 do 1 sekundy. Proponuję zrobić kilka zdjęć jedno po drugim, bo na małym ekranie aparatu trudno jest ocenić, czy efekt jest dobry, czyli ostre jest to, co ma być, a poruszone tylko to, co chcemy. Jak będziecie mieli szczęście to któraś klatka będzie dobra.
Znacznie łatwiej będzie nam osiągnąć efekt ruchu fotografując coś, co porusza się szybko, np. samochód. Tutaj wystarczy już znacznie krótszy czas, 1/8 do 1/60 sekundy. I na dodatek, możemy to zrobić na dwa sposoby.

Gdy zależy nam tylko na samym efekcie ruchu ulicznego, wycelowujemy obiektyw w miejsce , które nas interesuje i czekamy na jadący samochód. Gdy pojawia się w kadrze, robimy zdjęcie nie ruszając aparatem. No i mamy krajobraz miejski z dynamiczną plamą samochodu niewiadomej marki. Możemy też zrobić to zupełnie inaczej. Gdy samochód znajdzie się w kadrze, naciskamy spust migawki i jednocześnie ruszamy aparatem nadążając za samochodem, tak by cały czas był on w tym samym miejscu w kadrze. Nie jest to proste i trzeba mieć sporo szczęścia by udało się to za pierwszym razem. Ale jak już się uda, to widzimy na zdjęciu , że przejeżdżał Fiat 500, a w tle mamy tylko kolorowe smugi.

A teraz zastanówmy się, kiedy warto będzie zamrozić ruch. Na przykład wtedy, gdy chcemy zobaczyć, co dzieje się w momencie ruchu. Gdybyśmy chcieli zrobić zdjęcie chłopaka skaczącego do basenu i użyli długiego czasu, podobnie, jak przy zdjęciach samochodów, efekt nie będzie już taki fajny. Dlaczego? Samochód porusza się w jednym kierunku, po linii prostej. Chłopak skacząc, porusza się po łuku. Nie stworzy więc dynamicznych smug. I tu na ratunek idzie nam krótki czas naświetlania. Czas w granicach 1/500 do 1/2000 sekundy potrafi zamrozić skaczącą sylwetkę i na dodatek rozbryzgującą się wodę. Zwłaszcza woda wygląda w takich sytuacjach bardzo atrakcyjnie.

Ponieważ nie znalazłem w tej chwili zdjęcia faceta skaczącego do wody, musicie sobie w głowie zmontować ten skok i wodę na zdjęciu poniżej :) 

Wiemy już, jakich czasów migawki używać i kiedy. Ale co w sytuacji gdy aparat nie ma możliwości ustawiania ręcznego czasów? Musimy wtedy skorzystać z programów tematycznych. Aby aparat używał bardzo krótkich czasów, ustawiamy program najczęściej określony jako SPORT. Gorzej z długimi czasami, bo producenci aparatów, zwykle uznają, że nikt nie chce poruszonych zdjęć. Możemy spróbować programów do zdjęć nocnych, pilnując jednak, by była ustawiona jak najniższa czułość ISO, co powoduje wydłużenie czasu. Jeżeli nie uda nam się przechytrzyć aparatu, można jeszcze spróbować fotografować o zmierzchu. Wtedy aparat musi wydłużyć czas bo jest dosyć ciemno. Pamiętajmy tylko o wyłączeniu lampy błyskowej.

Teraz ogłaszam mini ankietę z nagrodami. Pytanie brzmi, czy ktoś coś z tego zrozumiał :) I czy mam kiedyś jeszcze coś takiego napisać. Jeżeli uważacie, że takie banały każdy już wie od dawna, nagrodą będzie moja deklaracja: już nigdy nie będę się starał pisać mądrze :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
foto mądrości, Jak to zrobiłem, porady, sprzęt, warsztaty
komentarz

15 września 2010

| przez Artur Nyk

Zakaz fotografowania czyli jak poradzić sobie z ochroną

Kiedyś miałem świetną zabawę z fotografowaniem obiektów ze znakiem Zakaz Fotografowania. Pamiętam jeszcze do dzisiaj dreszczyk emocji, gdy robiłem zdjęcie tak ważnym i strategicznym obiektom, jak dworzec kolejowy z jednym peronem, czy elektrowni wodnej zasilającej jedną wieś. 
Dzisiaj zupełnie inne obiekty są „chronione” zakazami. 
Dostałem kiedyś bardzo fascynujące zadanie sfotografowania hipermarketu w Warszawie dla firmy, która go zbudowała. Nauczony już wcześniejszymi doświadczeniami, dokładnie wypytałem się, czy załatwili wszystkie potrzebne pozwolenia.  Gdy dostałem pozytywną odpowiedź, pojechałem na zdjęcia.
Front budynku był dobrze oświetlony tylko wczesnym porankiem, jeszcze przed otwarciem sklepu. Miało to dodatkowy plus, bo parking był pusty i nic nie zasłaniało elewacji. Ustawiliśmy mój ciężki statyw, aparat, kadr, światło zrobiło się optymalne, właściwie już mogę robić zdjęcia, a tu idą do nas dwaj panowie  ubrani na czarno z bardzo groźnymi minami. Czy mamy pozwolenie? Oczywiście, że mamy  ale nie przy sobie, bo zostało wysłane do biura hipermarketu. A ponieważ biuro będzie otwarte za godzinę, gdy słońce dawno już będzie nie tam gdzie je potrzebuję, zaczęło mi się to nie podobać.
Argumenty o świetle nie docierały do panów.  Musiałem jakoś ratować sytuację, bo nie miałem ochoty zostawać w Warszawie jeszcze jeden dzień z tego tylko powodu, a co gorsza, znowu zrywać się o świcie. Kadr miałem już ustawiony, ostrość na szczęście też. Oparłem się ręką o aparat, zupełnie przypadkowo trafiłem palcem na spust. Trzeba było tylko sprawić, by panowie wyszli z kadru. Magda pod pozorem, że razi ją słońce, przeszła na bok, cały czas rozmawiając z panami i ustalając szczegóły odebrania zezwoleń w biurze. To sprawiło, że oni też zrobili te dwa potrzebne mi kroki. Nacisnąłem migawkę, przewinąłem film (miałem na szczęście wtedy założoną do mamiya’ii korbkę zamiast silnika), zmieniłem przesłonę i znowu nacisnąłem migawkę. Zrobiłem w ten sposób kilka klatek, wciąż jakby od niechcenia opierając się o aparat. Panowie zupełnie nie zorientowali się. W końcu stwierdziłem , że skoro nie możemy zrobić teraz zdjęć, to trudno, pójdziemy już…
Przypomniała mi się jeszcze jedna historia, opowiedziana przez znajomego reportera. Gdy został zatrzymany przez ochronę w jakiejś sytuacji, kazano mu oddać film. Zaczyna więc tłumaczyć, że nie może oddać filmu, bo aparat jest cyfrowy. Odpowiedz ochroniarza sprawiła, że zabrakło mu dalszych argumentów: „Nic mnie to nie obchodzi, wyciągaj film z aparatu”.
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
foto mądrości, Jak to zrobiłem, porady, sesja
komentarz

12 września 2010

| przez Artur Nyk

Przechowalnia kotów czyli o ulubionym obiektywie

Wszyscy wiedzą, że lubię bardzo koty i w związku z tym od czasu do czasu ktoś prosi mnie o zaopiekowanie się jakimś kotkiem przez parę dni. W ubiegłym roku była u mnie przez dwa tygodnie czarna kotka. I tyle o zwierzątkach, bo miało być o obiektywie.

Kiedy jeszcze pracowałem na Mamiya’i, moim ulubionym obiektywem do wszelkich zastosowań był 150/3,5.  Szkło portretowe o małej głębi ostrości i świetnym rysunku. Robiłem nim wszystko, od ludzi po zdjęcia makro (oczywiście z pierścieniami pośrednimi). Szukałem długo czegoś podobnego z Canona i po przeczytaniu wielu testów i obejrzeniu całej góry zdjęć, zaryzykowałem 85/1,8. I nie żałuję. Znowu mam obiektyw, którego najchętniej nie zdejmowałbym z aparatu. Oczywiście przed kupnem miałem wątpliwości, czy nie powinienem kupić wersji ze światłem 1,2. Obiektyw jest większy, czyli mógłby robić większe wrażenie na klientach :). Był sporo jaśniejszy, czyli mógłbym fotografować w gorszych warunkach oświetleniowych lub użyć krótszych czasów. Miałaby też mniejszą głębię ostrości. I był 5 RAZY droższy!!!
Rozumiem, że wszystko, co ma napis „professional”, musi więcej kosztować, ale ta różnica w cenie powaliła mnie na kolana.

Teraz już, mając doświadczenie z tym obiektywem, mogę ocenić, czy dobrze zrobiłem.
Klienci ostatnio chyba przestali zwracać uwagę na mój sprzęt, czyli punkt dla mnie.
Od czasu, jak kupiłem ten obiektyw, czyli od ponad roku nie robiłem portretów w ciemnych piwnicach, natomiast używałem go głównie w studio. Czyli drugi punkt dla mnie.
Na przesłonie 1,8 zrobiłem chyba jedno zdjęcie i jednocześnie było to pierwsze zdjęcie zrobione tym obiektywem, gdy sprawdzałem, czy działa. Przesłona przy portretach jest tak mała, że nawet, gdy chcę mieć rozmyte tło, zwykle zamykam ją do 2,5-2,8 albo 4. Gdybym więc miał jaśniejszy obiektyw i tak bym raczej z tego nie skorzystał. Czyli trzeci punkt dla mnie.

Niestety, mam wątpliwości, czy wygrałbym też w kolejnym starciu, gdy porównywałbym rysunek obu szkieł. Z mojego obiektywu jestem bardzo zadowolony, zrobiłem nim m.in. kalendarz z aktami, wydrukowany w formacie 50×70 i efekt jest świetny. Ale może gdybym miał ten drugi obiektyw… Dopóki nie porównam ich w tej samej sytuacji, nie przekonam się. Obawiam się jednak, że te ewentualne różnice będę widział tylko ja, a nie moi klienci (tak sobie wmawiam, by uspokoić sumienie).

Ogólnie wygrywam więc co najmniej 3:1. I pozostaje mi w kieszeni 6500zł różnicy w cenie. A to pozwala, by np. pojechać na dwa tygodnie na Kubę i zrobić całą masę fajnych portretów :)

Szybko poruszający się kot, czyli moje pierwsze zdjęcie nowym obiektywem. 
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Canon, foto mądrości, Mamiya, porady, sprzęt
komentarz

8 września 2010

| przez Artur Nyk

O archiwizowaniu zdjęć czyli ucz się na moich błędach. Część II

Pierwsza cyfra i pierwsze pliki RAW spowodowały pierwsze pytania, jak właściwie przechowywać zdjęcia. Kombinowałem strasznie, wymyślając kolejne cudowne sposoby na takie zorganizowanie mojego archiwum, by po tygodniu nadal móc się w tym połapać. Osobno trzymałem RAWy, osobno Tiffy i jeszcze gdzieś jpegi, by w kolejnej wersji zmienić pomysł i wszystkie pliki trzymać w jednym katalogu.
Spowodowało to oczywiście mnóstwo chaosu i bałaganu, z którego potem wygrzebywałem się przez miesiące. A w czasie, gdy ja wymyślałem kolejny genialny sposób na archiwizację, produkowałem coraz więcej i więcej nowych plików. Potem zmieniłem aparat i na dodatek RAWy zrobiły się cięższe i sytuacja stawała się jeszcze gorsza.

Mam też jedną okropną wadę… skasowanie każdego zdjęcia sprawia mi wielki ból. No bo dlaczego mam wyrzucić fotografię, nad którą ciężko pracowałem? Co z tego , że dopiero 153 była dobra? W tych poprzednich też jest coś dobrego, w jednej lepsze światło w górnym, prawym rogu, a innej modelka lepiej ułożyła środkowy palec… Zamiast więc od razu skasować większość niepotrzebnych zdjęć, zostawiałem je sobie na „potem” by popracować nad nimi w wolnej chwili. Zdajecie sobie sprawę, że większość z nich dalej czeka… Na swoją obronę powiem, że raz na jakiś czas, znajduję zdjęcie, które po jakimś czasie zaczyna mi się bardzo podobać. Widocznie, niektóre fotografie muszą dojrzeć, by być docenione, nawet przez swego twórcę.

Gdy sytuacja zrobiła się krytyczna, kupiłem nowy komputer z ogromnym, jak mi się wydawało, dyskiem 250 GB. Był to okres, gdy na rynku pojawiły się dwa rewolucyjne programy: Aperture i Lightroom. Ja wybrałem ten pierwszy z kilku powodów. Po pierwsze Aperture wyszedł pierwszy i wcześniej się nim zainteresowałem. Po drugie, był na Maca, a ja miałem dosyć XP, który przede wszystkim denerwował mnie swoim wyglądem. Po trzecie Lightroom mi nie pasował z tego samego powodu, dlaczego nie pasuje mi Nikon. BO NIE! W ten sposób, po głęboko przemyślanym wyborze, rozpocząłem wrzucanie całej swojej bazy zdjęć do Aperture’a.  Jedną z najważniejszych dla mnie cech tego programu była właśnie możliwość automatycznego robienia kopii. Drugą były inteligentne katalogi. Dzięki nim mogłem wreszcie trzymać fizycznie jedną kopię zdjęcia, ale wrzucać ją do różnych albumów. Genialne proste. Zwłaszcza, gdy już zrozumiałem po miesiącu, jak to działa. Jako normalny facet, nie zamierzałem przecież czytać instrukcji i to do tego w jakimś obcym języku. Aperture stało się w końcu moim ukochanym programem, choć miłość ta bywa nadal momentami trudna, gdy ja i mój Mac mamy rozbieżne stanowiska co do szybkości działania programu…. Czyli ja chcę, by program działał, a Mac ma co innego do roboty, np kręcenie takiego małego kółeczka na ekranie. No dobrze, czasem ma prawo, bo w między czasie moja baza zdjęć urosła do około 800 GB.

Moment gdy bardzo się z Aperture na siebie pogniewaliśmy… 

Przejdźmy teraz do konkretów, jak mam zorganizowaną archiwizację.

Mam dwa dyski w komputerze z przeznaczeniem tylko na zdjęcia. Na pierwszym jest biblioteka Aperture, na drugim jest jej kopia. Trzeci dysk trzymam w innym miejscu i aktualizuję kopię co jakiś czas. Oprócz tego czasem jeszcze nagrywam konkretne zdjęcia na płyty DVD. To przyzwyczajenia z poprzednich lat. Wprawdzie płyty nie są zbyt trwałym nośnikiem, ale kolejna kopia nigdy nie zaszkodzi. Wybieram tylko DVD renomowanych producentów i nagrywam na najmniejszych możliwych prędkościach i jak do tej pory nawet stare płyty dalej działają. Dyski też wybieram pod kątem długowieczności i bezawaryjności. Ale zawsze lepsza jest kopia na najgorszym dysku, niż żadna.
Aktualizacja kopii działa w Aperture w ten sposób, że program sprawdza, jakie zmiany zaszły w bibliotece i nowe pliki dopisuje do kopii, a te skasowane usuwa z kopii i umieszcza w osobnym katalogu. Jest to bezpieczne, gdyż nawet po przypadkowym skasowaniu czegoś w głównej bibliotece, nie skasujemy tego automatycznie w kopii. Ja ten katalog z usuniętymi zdjęciami trzymam zwykle jeszcze przez jakiś czas. Tak na wszelki wypadek.

No ale te wszystkie automatyczne mechanizmy będą do niczego, jeżeli nie zastosujemy twardych procedur. Ja po jednej wielkiej wtopie, codziennie teraz aktualizuję kopie na koniec dnia. Ta zasada jest najważniejsza. Mam też kilka innych. W studio zwykle pracuję z aparatem podpiętym do kompa. Zdjęcia wtedy zapisywane są bezpośrednio na dysku, ale zawsze też na karcie w aparacie. Mam więc od razu dwie kopie. Dopiero, gdy zrobię kolejną kopię w kompie, mogę skasować karty. Gdy pracuję poza studiem i bez laptopa to pierwszą rzeczą po powrocie jest wrzucenie zdjęć do kompa, a następnie zrobienie kopii i dopiero wtedy ewentualnie skasowanie kart.
Wiem, że to może wydawać się wielką przesadą. Ale tylko tym, którym: nie padł dysk, nie skasowali przez przypadek dysku, nie padła karta lub nie skasowali przez przypadek karty. Mnie zdarzyła się większość z tych sytuacji i uratowało mnie tylko posiadanie kopii. Niech przestrogą będzie to, co zdarzyło mi się kilka miesięcy temu:

Nie stosowałem wtedy jeszcze NAJWAŻNIEJSZEJ zasady codziennego aktualizowania biblioteki. Nieważne jak, ale skasowałem sobie CAŁĄ bibliotekę zdjęć. Zorientowałem się dopiero, gdy pasek postępu dochodził do samego końca… Byłem przerażony i w myślach podliczałem sobie sesje, które nie załapały się na kopie. W sumie okazało się, że miałem więcej szczęścia, niż rozumu. Wprawdzie kopia była sprzed miesiąca, ale część zdjęć zachowała się dzięki mechanizmowi Time Machine. To kolejna fajna rzecz w Macu. TM archiwizuje automatycznie co godzinę wszystko, co zmieniło się w kompie. Nie kasuje jednak rzeczy, które się usunie, tylko trzyma na dysku wszystko, co było. Ponieważ zdjęcia pojawiły się na kompie  w momencie, gdy były robione (podłączony aparat) to TM je automatycznie zarchiwizował.
Przejrzałem więc kopie TM i odzyskałem wszystkie sesje. Ostatnie fotografie miałem z kolei jeszcze na karcie… Nawet nie myślę o tym, co by było, gdybym stracił wszystkie moje zdjęcia..

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, foto mądrości, porady, sprzęt
komentarz

7 września 2010

| przez Artur Nyk

O archiwizowaniu zdjęć czyli ucz się na moich błędach. Część I

Kiedyś było prosto, wywołany slajd ciąłem na pojedyncze klatki, część szła do klienta, reszta do archiwum,  czyli do jednego w wielu kartonowych pudełek. Jak czegoś szukałem to przeglądałem  ich całe stosy. Gdy kupiłem pierwszy komputer, w pudełkach zamiast slajdów, lądowały skany na dziesiątkach płyt, najpierw CD, potem DVD. Wbrew pozorom, znalezienie czegoś stało się jeszcze trudniejsze. Na płyty nagrywałem najczęściej całe sesje i to nie było jeszcze takie złe, ale miałem też całą masę płyt opisanych: „różne”. Znalezienie więc pojedynczego zdjęcia ze starej sesji wymagało rozgrzania do czerwoności napędu CD. 
Oczywiście, że wszystkie zdjęcia trzymałem też na kompie w miniaturkach. Musiały to być bardzo małe miniaturki, bo dysk miał zaledwie 20GB. Gdy więc potrzebowałem oryginału, przekopywałem się przez stertę płyt. Najpierw jednak musiałem uporać się z innym problemem. Trzymałem wtedy w katalogach kilka tysięcy zdjęć, co wydawało mi się zawrotną ilością. Jeżeli miałem zdjęcia dziewczyny to było prosto. Robiłem katalog „Ania”, który umieszczałem w katalogu „Dziewczyny”, który… Zaraz, a co robić, gdy na zdjęciu obok Ani, istotny był też las i strumyk? Przecież raz dostawałem zapytania o „coś fajnego związanego z lasem”, a innym razem tematem poszukiwań była woda. Nie było wyjścia, to samo zdjęcie było w katalogu „Dziewczyny”, „Las”, „Woda”. Wyjątkowo kiepskie rozwiązanie, zwłaszcza, że ciągle miałem dysk o niewiarygodnej pojemności 20GB :)
Korzystałem wtedy z darmowego programu Irfan View, całkiem fajnego, jak na koniec lat 90tych. Miał oszałamiające możliwości przeglądania zdjęć na pełnym ekranie i potrafił np. przerobić kolor na czarno-białe. Wtedy wydawało mi się to bardzo profesjonalnym rozwiązaniem. Wszystko inne robiłem w Jedyniesłusznymprogramiegraficznym czyli Photoshopie. Ale potem kupiłem pierwszą w życiu cyfrę i moje wcześniejsze problemy stały się nagle bardzo błahe…
Jeden ze sposobów wyświetlania zdjęć w Aperture

CDN…
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, Photoshop, porady, sprzęt
komentarz

22 sierpnia 2010

| przez Artur Nyk

Jak trzymać aparat czyli po co nam głowa

Zawsze byłem przeciwnikiem aparatów bez wizjera optycznego. Wizjery eletroniczne też są raczej koszmarnie kiepskim rozwiązaniem. Całe życie fotografowałem, patrząc przez wizjer i zawsze byłem bardzo nieszczęśliwy, gdy musiałem czasem zrobić jakieś zdjęcie na wielkim formacie, gdzie widziałem obraz na matówce nie dość, że do góry nogami, to jeszcze odwrócony prawo-lewo. Gdy pojawiły się tanie cyfry i wszyscy zaczęli robić zdjęcia, trzymając aparaty przed sobą, byłem mocno zawiedziony, w jaką stronę zmierza fotografia.
Dlaczego jest to takie kiepskie rozwiązanie? Wbrew pozorom, znacznie trudniej jest w taki sposób precyzyjnie ustalić kadr. Ręce się trzęsą, najczęściej na wyświetlaczu jest cała masa informacji, które tylko przeszkadzają, a do tego, gdy świeci mocno słońce to i tak niewiele widzimy. Oczywiście, są sytuacje, kiedy przydaje się taki podgląd, gdy trzymamy aparat np. nad głową lub na poziomie ziemi. Ale to tylko wyjątki. Dlaczego lepiej jest patrzeć przez wizjer? Ponieważ głowa jest podobno najbardziej stabilną częścią ciała. Opierając o nią aparat, zapewniamy sobie najwyższą możliwą stabilizację obrazu. Tak, wiem, że teraz prawie każdy aparat ma wbudowaną stabilizację obrazu, ale nie zawsze dobrze to działa. A gdy fotografujemy używając długiej ogniskowej to każda stabilizacja, jaką możemy sobie zapewnić, jest mocno pożądana. Druga zaleta używania wizjera to odcięcie się od całego świata. Patrząc przez wizjer, będziecie mogli skupić się wyłącznie na kadrze. A to wyjdzie na zdrowie każdej fotografii:)

Dobrze, przyznaję, że sam mimo wszystko korzystam czasem z Live View w moim Canonie. Przydaje się to przy fotografii architektury, oczywiście używając statywu. Mogę wtedy precyzyjnie ustawić kadr i wypoziomować aparat.

Ale wtedy trochę się wstydzę że tak robię :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Canon, foto mądrości, porady
komentarz
← 1 … 18 19 20

Kategorie

5Ds (5) akt (8) Aperture (46) Apple (24) architektura (18) asystent fotografa (3) b&w (5) backstage (76) Bowens (9) Canon (69) Capture One (5) dobre zdjęcia (53) do kawy (116) eduweb (7) Elinchrom (33) foto mądrości (177) fotopiwo (8) Jak to zrobiłem (91) Jak zostać fotografem (10) Lightroom (2) Mamiya (19) Nikon (19) Photoshop (25) plenery (27) podróże (13) porady (123) portret (6) realizacje (68) reklama (20) samochody (59) sesja (191) sprzęt (113) Spytaj Artura (33) sztuka (6) test (25) video (20) warsztaty (43)

Ostatnie wpisy

  • 10. Jak wybrać oświetlenie fotograficzne – Lampy LED
  • Gram z Wielką Orkiestra Świątecznej Pomocy
  • 9. Mit 2 – Jasny obiektyw zawsze jest najlepszy 
  • 8. Obalamy mity – Pełna klatka nie zawsze jest lepsza
  • 7. Kupujemy aparat. Czyli o wyższości Canona nad Nikonem. Albo odwrotnie.
  • 6. Potem będę dużo zlecał, ale…
  • 5. AAAAAA, zdjęcia oferuję tanio

Archiwa

  • marzec 2024 (1)
  • styczeń 2024 (3)
  • grudzień 2023 (7)
  • luty 2023 (1)
  • wrzesień 2020 (2)
  • sierpień 2020 (2)
  • luty 2018 (1)
  • maj 2017 (1)
  • kwiecień 2017 (1)
  • marzec 2017 (3)
  • luty 2017 (2)
  • październik 2016 (1)
  • kwiecień 2016 (3)
  • marzec 2016 (1)
  • luty 2016 (2)
  • styczeń 2016 (3)
  • grudzień 2015 (3)
  • październik 2015 (1)
  • wrzesień 2015 (2)
  • sierpień 2015 (1)
  • lipiec 2015 (1)
  • czerwiec 2015 (4)
  • maj 2015 (2)
  • kwiecień 2015 (3)
  • luty 2015 (2)
  • styczeń 2015 (14)
  • grudzień 2014 (21)
  • listopad 2014 (6)
  • październik 2014 (3)
  • wrzesień 2014 (2)
  • sierpień 2014 (4)
  • lipiec 2014 (1)
  • czerwiec 2014 (2)
  • maj 2014 (5)
  • kwiecień 2014 (5)
  • marzec 2014 (3)
  • luty 2014 (4)
  • styczeń 2014 (7)
  • grudzień 2013 (5)
  • listopad 2013 (6)
  • październik 2013 (4)
  • wrzesień 2013 (8)
  • sierpień 2013 (5)
  • lipiec 2013 (5)
  • czerwiec 2013 (5)
  • maj 2013 (1)
  • kwiecień 2013 (3)
  • marzec 2013 (3)
  • luty 2013 (4)
  • styczeń 2013 (6)
  • grudzień 2012 (8)
  • listopad 2012 (8)
  • październik 2012 (8)
  • wrzesień 2012 (1)
  • sierpień 2012 (11)
  • lipiec 2012 (8)
  • czerwiec 2012 (10)
  • maj 2012 (8)
  • kwiecień 2012 (8)
  • marzec 2012 (9)
  • luty 2012 (13)
  • styczeń 2012 (12)
  • grudzień 2011 (10)
  • listopad 2011 (16)
  • październik 2011 (20)
  • wrzesień 2011 (19)
  • sierpień 2011 (5)
  • lipiec 2011 (15)
  • czerwiec 2011 (26)
  • maj 2011 (19)
  • kwiecień 2011 (17)
  • marzec 2011 (16)
  • luty 2011 (24)
  • styczeń 2011 (20)
  • grudzień 2010 (18)
  • listopad 2010 (20)
  • październik 2010 (28)
  • wrzesień 2010 (22)
  • sierpień 2010 (14)

© Artur Nyk

↑

Polityka plików cookies

Mam najlepsze ciasteczka, idealne do kawy. Życzę miłego oglądania moich fotografii Odwiedź stronę Polityka plików „cookies” aby dowiedzieć się więcej.

Close