×
Artur Nyk Blog
  • Fotografie
  • O mnie
  • Jak zostać fotografem
  • Jak to zrobiłem
  • do kawy
  • Fotografie
  • O mnie
  • Jak zostać fotografem
  • Jak to zrobiłem
  • do kawy

foto mądrości

20 czerwca 2011

| przez Artur Nyk

Percepcja czyli jak oszukać wzrok

Mając wielkie możliwości obróbki zdjęć, można czasem zaszaleć, ale nie zawsze to prowadzi do dobrych efektów. Pomarańczowe włosy? Proszę bardzo, tylko po co? W tym przypadku, dla zabawy.

Ale przy tej okazji, możecie łatwo stwierdzić, jaki jeszcze efekt daje zmiana kolorów. Spójrzcie na te dwa zdjęcia i powiedzcie, na którym skóra modelki jest ciemniejsza?

Na pierwszym? Nie. Na drugim? Też nie! Skóra ma identyczną jasność na obu zdjęciach, choć wydaje się być ciemniejsza na pierwszym. Jednak jest to tylko złudzenie optyczne spowodowane innym rozkładem kolorów oraz ciemnych i jasnych partii obrazu na zdjęciach. Ciemne włosy potęgują wrażenie jasnej skóry, a cień na tle dodatkowo wzmacnia to wrażenie.
Na pierwszym zdjęciu natomiast skóra wydaje się ciemniejsza, gdyż twarz jest na idealnie białym tle, nie ma też bardzo ciemnych partii obrazu i nasz wzrok inaczej interpretuje to zdjęcie.

Odpowiedni rozkład jasnych i ciemnych elementów obrazu pozwala na sterowanie efektem końcowym. Ta zasada jest prosta w teorii. W praktyce już nie jest tak łatwo, ale warto próbować :)
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
foto mądrości, porady
komentarz

16 czerwca 2011

| przez Artur Nyk

Jak to modelem byłem

Nieocenione to doświadczenie, gdy nagle stanie się po drugiej stronie obiektywu. Ja raz przeżyłem coś takiego, ale doświadczenie to wykorzystuję do dzisiaj.
Dawno już temu, gdy robiłem taśmowo zdjęcia dla Alpinusa, wysłano mnie na sesję do Kazimierza nad Wisłą. Jechaliśmy tam w połowie marca i w samochodzie mieliśmy głównie wiosenne ubrania, bo właśnie takie mieliśmy sfotografować. Wyjeżdżając z Katowic, cieszyłem się wiosennym słońcem i myślałem, jak fajnie będzie w takich warunkach robić zdjęcia.
Jednak  kilkadziesiąt kilometrów przed Kazimierzem, na drodze zobaczyliśmy idealnie równą linię, za którą rozpościerała się piękna zima. Takiego zjawiska nigdy wcześniej nie widziałem. Nie zatrzymaliśmy się też, by to sfotografować, bo zaskoczony nagłą zmianą warunków na drodze, skupiłem się na prowadzeniu i omijaniu samochodów, które wylądowały w przydrożnych rowach.
Na szczęście mieliśmy też trochę kurtek i polarów, gdyż inaczej nie mielibyśmy co tam robić, a tak sesja wiosenna zmieniła się w zimową.
Pojechaliśmy tam w cztery osoby, czyli dwóch fotografów i czterech modeli. Rozwiązanie tej matematycznej zagadki jest proste. Jurek Pawleta i ja mieliśmy podwójne role fotografa i modela. Jurek, podróżnik, fotograf i filmowiec, przynajmniej wyglądał, jak dobry model, a ja… zdecydowanie wolę być po tej stronie aparatu, gdzie jest wizjer.
Pierwszego dnia ja byłem fotografem. Musiałem o wszystkim decydować, znaleźć plener, koncepcję, dobrać ubrania, zarządzać czasem itd., czyli normalna praca fotografa wzbogacona o rolę stylisty i producenta.
Drugiego dnia wszystko wyglądało inaczej. To Jurek miał na głowie wszystkie problemy. Ja zadawałem tylko pytania, co mam robić? Co mam włożyć?  Zimno mi! Pić mi się chce! W sumie to fajna jest rola modela, pełny luz :)
W tych samych warunkach występowanie w innej roli było kompletnie innym doświadczeniem. Dzięki niemu poczułem, jak się czuje model w sytuacji, gdy fotograf szuka koncepcji, nie wie co zrobić, wymaga pozowania w niewygodnej sytuacji albo, co gorsza, wymaga od modela, by sam coś od siebie dodał. Polecam każdemu fotografowi takie doświadczenie.
Fotografie i filmy z całego świata możecie zobaczyć na stronie Jurka Pawlety.
Jak to można by powiedzieć o mnie, skoro widać mi pół głowy… :)

Tu jestem już cały i to na pierwszym planie

Czyżbym zamawiał 4 piwa?

Stara, dobra Mamiya z obiektywem shift…

Po dobrej stronie aparatu

 Moja mina świadczy, że nie mam biletu

Już po zdjęciach, jedzenie z tego lokalu wspominamy do dzisiaj

 Kot nigdy nie ucieknie mi ;)
 Nie mogę sobie przypomnieć, po co był na tej sesji statyw?

Wszystkie zdjęcia Jurek Pawleta

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
backstage, foto mądrości, Mamiya, porady, sesja
komentarz

6 czerwca 2011

| przez Artur Nyk

Po co nam prawa autorskie czyli jak na nich zarabiać ?

Wiedza na temat praw autorskich wśród klientów jest bardzo niewielka. Najczęstszym pytaniem, z jakim się spotykam, jest: Jak to? Płacę za zrobienie zdjęć i nie mogę ich potem wykorzystać?
Klient najczęściej traktuje pracę fotografa, jak usługi hydraulika. Facet przychodzi, dokręca parę rurek, mówi kilka fachowych zdań, a na końcu woda leci bez problemu. Wystarczy więc zapłacić za usługę i po sprawie.
No tak, ale za tę wodę też trzeba potem zapłacić i to tak dużo, jak dużo się jej zużyje. I tak właśnie w uproszczeniu powinny funkcjonować opłaty za prawa autorskie.

To jeszcze raz od początku, czym są prawa autorskie? Najłatwiej  zdefiniować je jako prawo do pobierania opłat za nasz wkład w dzieło w tym przypadku fotografię), który sprawia, że jest ono unikalne. Nie mówię tu celowo, że fotografia ma być genialna, może być wyjątkowo kiepska, ważne, że powstała według naszej wizji.
Ta cecha unikalności sprawia, że klient chce używać zdjęcia w celu przynoszącym mu korzyść. Tą korzyścią może być własna reklama (internet, billboard, gazeta itp.), ale też sprzedaż produktów z tą fotografią (kalendarz, kubek, tapeta itp.).

Aby zrobić zdjęcie, potrzebne jest często wiele składowych: trzeba gdzieś pojechać, poczekać na odpowiednią pogodę, wypożyczyć dodatkowy sprzęt fotograficzny albo innego rodzaju, potrzebny jest wkład innych osób, modelek, fryzjerów, wizażystek, stylistów, scenografów, producentów, asystentów itd.
Cała ta praca składa się na wycenę dnia zdjęciowego czyli każdy musi otrzymać wynagrodzenie za swój czas pracy. Ale nie ma tu jeszcze wynagrodzenia za prawa autorskie.
Oczywiście, możecie zapytać dlaczego klient, który płaca za tą całą ekipę i jej pracę, w wyniku której powstaje zdjęcie, nie może tego zdjęcia wykorzystać?
No dlatego, że tak konstruujemy wycenę zdjęcia. Osobno wyceniamy dzień zdjęciowy, a osobno prawa autorskie. Jasne, że moglibyśmy wszystko wsadzić do jednego worka i podać klientowi cenę za wszystko. Ale to nie jest korzystne dla nikogo, bo nie wiadomo, co tak na prawdę i za ile kupujemy.

Teraz trochę spojrzenia księgowego na sprawę. O ile potocznie mówimy o prawach autorskich, to w rzeczywistości  powinniśmy mówić o licencji na wykorzystanie zdjęcia. Dla klienta kupno praw autorskich z punktu widzenia księgowego to same kłopoty, ponieważ prawo autorskie do danej fotografii jest środkiem trwałym, który należy uwzględniać w bilansach itd. Generalnie księgowi zawsze odradzą szefowi kupno praw autorskich. Inaczej wygląda sprawa kupna licencji. Tę bez problemu wrzuca się w koszty i po kłopocie.
Dla fotografów też ma to duże znaczenie. O ile sprzedacie prawa autorskie to już nigdy nie będziecie mogli liczyć nawet na złotówkę zarobku z tego zdjęcia. Jeśli sprzedacie licencję to po jej wygaśnięciu znowu możecie dysponować fotografią.

Ostatnio pisałem, by ograniczać prawa do zdjęć i pytaliście, co to oznacza. Przy sprzedaży licencji określamy kilka jej parametrów: pole eksploatacji, czas i terytorium. Polem eksploatacji są wszystkie możliwe nośniki i miejsca, gdzie zdjęcie może się ukazać, czyli internet, plakat, folder, kubek, spot telewizyjny i wszystkie inne miejsca, w których można pokazać, wyświetlić, wydrukować fotografię (publiczny pokaz slajdów również ). Czas określa, jak długo klient może korzystać ze zdjęcia (miesiąc, rok, 10 lat ). Terytorium to oczywiście kraje, gdzie zdjęcie może być wykorzystywane.
Czasem jeszcze określa się branżę. Dotyczy to np. zdjęć kupowanych w bankach zdjęć, gdzie możemy spotkać się z fotografiami, których można użyć tylko w określonych branżach, ponieważ licencje na te zdjęcia zostały już kupione na konkretną branżę.

Im precyzyjniej określimy te parametry, tym większą mamy szansę na późniejsze czerpanie korzyści ze sprzedaży zdjęć. Wyobraźcie sobie sytuację, gdy sprzedajecie licencję na zdjęcie na kalendarz na rok, na terytorium Polski. Klient ma wtedy swój indywidualny kalendarz i wie, że nikt nie będzie miał takiego samego. To oczywiście korzyść dla klienta. Wy natomiast nie możecie sprzedać tego zdjęcia drugi raz w Polsce, ale możecie sprzedać w Czechach.

Zaraz, czy na pewno nie możecie?

Oczywiście, że możecie. Sprzedaliście licencję na kalendarz, czyli nadal możecie sprzedać to zdjęcie innemu klientowi do internetu. Może też sprzedać licencję na to samo zdjęcie na kalendarz innemu klientowi. Czy jest w tym coś złego? Ten pierwszy klient raczej nie będzie zadowolony, że jeszcze ktoś ma kalendarz z tym samym zdjęciem.
Dochodzimy tu do kolejnego aspektu praw autorskich. Otóż licencję możemy wystawić na wyłączność lub nie. Jeżeli więc klient chce mieć niepowtarzalny kalendarz, kupuje licencję na wyłączność. Jeśli nie zależy mu na tym, kupuje licencję niewyłączną, a my możemy sprzedać zdjęcie po raz drugi.

Operując tymi wszystkimi parametrami, możemy w łatwy sposób tak ustawić sobie sprzedaż zdjęcia, aby nawet przy niskiej cenie była ona dla nas korzystna. Wystarczy z klientem, który ma mały budżet, dogadać się, że zapłaci za wykonanie zdjęcia i za licencję niewyłączną na np. kalendarz, ale my będziemy mogli to zdjęcie sprzedawać dalej. Dla niektórych klientów nie będzie to miało znaczenia, że ktoś jeszcze użyje tego samego zdjęcia.

Z drugiej strony świetnym argumentem na podniesienie ceny jest przekonanie klienta, by wykupił wyłączną licencję, co zagwarantuje mu niepowtarzalność fotografii.
Mam nadzieję, że teraz już rozumiecie, dlaczego można w banku zdjęć kupić fotografię za parę złotych :)

Dla nas, fotografów, najważniejsze jest, by raz zrobione zdjęcia co jakiś czas przynosiły zarobek. To sprzedaż licencji powinna być głównym źródłem przychodu. Życzmy sobie wszyscy, by w naszym kraju z czasem do tego doszło :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
foto mądrości, porady
komentarz

3 czerwca 2011

| przez Artur Nyk

Jak robić kalkulacje

Kalkulacja niby prosta sprawa. Ktoś pyta, ile kosztuje zdjęcie, a Wy musicie podać konkretną cenę. Cały problem polega na tym, by wiedzieć lepiej, niż klient, co tak naprawdę jest mu potrzebne. Często spotykam się z takim rodzajem pytania: to zajmie panu jakieś 3-4 godziny, to ile będzie kosztowała sesja?
Gdy słyszę coś takiego, to już wiem, że nic z tego nie będzie. Skoro klient wie już, ile zajmie mi czasu sesja, to znaczy, że spodziewa się stawki godzinowej porównywalnej np. z murarzem albo co najwyżej mechanikiem samochodowym.
Gdy tłumaczę, że 3-4 godziny to mogą równie dobrze potrwać przygotowania modelek do sesji, to zostaję uznany za naciągacza albo też klient przekonuje mnie, że wizaż nie jest potrzebny taki dokładny, a stylistka to już zupełnie nie wiadomo po co, przecież modelki mogą przynieść jakieś ciuchy.
Tak czy inaczej wiem, że dla takiego typu klientów każda moja kalkulacja będzie za droga, bo spodziewają się, że godzina sesji to koszt 50 zł. No i trzecia godzina gratis :)

Ale na szczęście są też inni, poważniejsi klienci. Oni też nie zawsze wszystko wiedzą na temat przebiegu sesji, ale w przeciwieństwie do tych pierwszych, rozumieją, że za pewne rzeczy trzeba zapłacić. Trzeba jednak przekonać ich do tego i pokazać dokładnie, za co płacą.
Wyobraźcie sobie, że jako klient dostajecie wycenę sesji na zasadzie: to będzie 5000 zł. Nawet, jak będziecie na to przygotowani, to i tak będziecie chcieli wiedzieć, skąd ta kwota albo też zdziwi Was, dlaczego za parę godzin pracy fotograf ma dostać tyle kasy.
Znacznie lepiej będzie wyglądała taka wycena :

1. Dzień zdjęciowy fotografa 1000 zł
2. Asystent 200 zł
3. Wizaż 300 zł
4. Fryzjer 400 zł
5. Modelka dzień zdjęciowy 400 zł
6. Catering 150 zł
7. Scenografia 300 zł
8. Obróbka graficzna 350 zł
9. Prawa autorskie fotograf 1500 zł/1 rok
10. Prawa autorskie modelka 400 zł/1 rok
razem 5000 netto.

Mamy tą samą kwotę, ale tym razem klient widzi, jak dużo składników wchodzi w wycenę. O ile za pierwszym razem łatwo mu negocjować całą kwotę, to teraz musi negocjować każdy składnik. Nam natomiast daje to możliwość żonglowania poszczególnymi kwotami. Jeżeli uznamy, że któraś składowa cena może być za wysoka, to łatwo ją zmniejszyć i przerzucić na kilka innych składowych.

Dla fotografa korzystniejsze jest też zwykle, by większą część wynagrodzenia stanowiły prawa autorskie, a nie dzień zdjęciowy. Zwłaszcza, jeśli nie sprzedajemy praw na zawsze, bo jeśli za rok czy dwa, klient zdecyduje się dokupić prawa, to możemy otrzymać tym więcej, im większa kwota była ustalona za pierwszym razem.

Prawa autorskie to największe dobro fotografa i to na nich powinien zarabiać najwięcej. Im bardziej ograniczycie prawa w kalkulacji, tym więcej możecie zyskać.

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
foto mądrości, porady, sesja
komentarz

31 maja 2011

| przez Artur Nyk

Test nieobiektywny czyli Canon 5D mk2 kontra 1Ds mk3 czyli grip w cenie samochodu

No i stało się. Właśnie czytacie 300 wpis na moim blogu. Ale ponieważ wszystko, co najważniejsze, podsumowałem już wcześniej, tym razem test jednego zdjęcia, który rozwiąże wiele wątpliwości.

Już dawno planowałem porównać te dwa aparaty, ale muszę przyznać, że trochę się tego testu obawiałem. Bo co, jeśli okaże się, że nie ma żadnej różnicy pomiędzy aparatem za 8.000 zł i 25.000 zł?
W końcu jednak trawiony ciekawością, zdecydowałem się na ten pojedynek.

Okazją była sesja zegarka, którą ostatnio robiłem. Nie było to zlecenie komercyjne, więc mogłem sobie na taki test pozwolić. Najpierw trochę o samym sposobie fotografowania zegarków. Zegarek, jak każdy widzi, jest mały, błyszczący i ma szybkę. To cechy ewidentnie utrudniające sprawę. Kiedyś sporo fotografowałem zegarków dla marki Timemaster i już wtedy musiałem rozwiązywać całą masę problemów z oświetleniem.

Szybka to pierwsze zmartwienie, odbija się w niej wszystko co świeci. Można oczywiście zastosować filtr polaryzacyjny, ale po pierwsze, nie zawsze wszystkie bliki w ten sposób można zdjąć, po drugie, w ten sposób automatycznie likwidujemy bliki na tarczy, a to nie zawsze jest naszym celem.
Zegarek się błyszczy i najczęściej ma chromowane powierzchnie, które musimy takimi pokazać. I tu pojawia się dodatkowy konflikt, bo ma błyszczeć chrom, a nie może błyszczeć szkło. Część producentów decydowała się kiedyś na przygotowanie specjalnie do zdjęć zegarków bez szybki, co nie zawsze dawało dobry efekt.
No i na koniec, zegarek jest mały, czyli musimy stosować obiektyw makro. A to oznacza małą głębię ostrości. Rozwiązaniem są obiektywy typu shift lub praca na wielkim formacie. Możemy wtedy tak złamać płaszczyznę ostrości, by uzyskać idealną ostrość na całym obszarze. Jest też drugie wyjście, z którego ja skorzystałem tym razem. Po prostu odsunąłem się z aparatem do tyłu. Automatycznie zwiększyło mi to głębię ostrości, choć sam zegarek zmniejszył się w kadrze. Pisałem ostatnio o celowości posiadania aparatów o dużej rozdzielczości. To właśnie jeden z tych przypadków, kiedy duża matryca bardzo się przydaje.

To jeszcze półprodukt, ale już dosyć bliski skończenia

Przy tego typu fotografii bardzo ważne jest odpowiednie przygotowanie przedmiotu do zdjęć. Zegarek bardzo dokładnie wyczyściłem i zamocowałem solidnie na stole. To ważne, by i aparat i zegarek nie miał szansy na nawet najdrobniejsze poruszenie, gdyż może to sporo zmienić w ostrości i oświetleniu.
Zacząłem od ustawienia głównego światła, którym był tu soft 35×90 umieszczony naprzeciw aparatu. (moc około 250 Ws). Jako drugie światło postawiłem lampę z dużą czaszą po lewej stronie (moc około 30 Ws). Odpowiedzialna jest za oświetlenie paska na dole. Teraz nastąpiły długie próby znalezienie optymalnych blików na kopercie. Mając dwie lampy, uznałem, że to w zupełności wystarczy, a do zrobienia blików wykorzystałem małe ekrany z własnych wizytówek.

Gdy uznałem, że w zasadzie wszystko jest już OK, zrobiłem dłuższą przerwę i zastanowiłem się, co mógłbym jeszcze poprawić. Dołożyłem trzecią lampę z dużą, dosyć miękką białą czaszą i obserwowałem, co się dzieje (moc około 30 Ws). Okazało się, że dodatkowa lampa lekko wypełnia cienie na tarczy, co daje dobry efekt.
Na koniec dołożyłem jeszcze jedną lampę, której jedynym zadaniem było zrobienie bliku na krawędzi szybki na dole zegarka (nie ma go na zdjęciu, będzie dołożony w postprodukcji).
Aby nie poruszyć nawet minimalnie aparatu w trakcie wyzwalania migawki, zdjęcia wyzwalałem bezpośrednio z Aperture, do którego podpięty był Canon.

Gdy wreszcie skończyłem definitywnie to zdjęcie, nadszedł czas na zrobienie go Canonem 5D mk2.  Ponieważ jest mniejszy i nie miał gripa, nie uzyskałem dokładnie tego samego kadru, mocując go na statywie.

Zrobiłem zdjęcie, wyświetliłem na ekranie razem ze zdjęciem z 1Ds mk3 i…. Nie zauważyłem różnicy….
To znaczy w pierwszej chwili nawet je widziałem  ale były to tylko moje pobożne życzenia. Oglądałem oczywiście w pełnym powiększeniu, sprawdzałem, jak plik reaguje na kontrast, ekspozycję, odzyskiwanie szczegółów w bielach. I nic. Nie znalazłem nic, co byłoby jakąś zdecydowaną różnicą. Jedyną rzeczą, którą się różniły, był balans bieli. Zdjęcie z „piątki” było zbyt chłodne. Ale przy RAWie to żadna różnica.

Zdjęcia wyświetlone w Aperture, po lewej 5D mk2, po prawej 1Ds mk3

Ten test jeszcze niczego nie dowodzi tak naprawdę, mamy tu specyficzną scenę, prawie monochromatyczną. Postaram się niedługo znowu zrobić porównanie obu aparatów, tym razem przy świetle dziennym i z nastawieniem na kolor.

Czy więc rzeczywiście nie warto dopłacić do „jedynki” kwoty 17.000 zł za wbudowany grip? I tak i nie. 1Ds mk3 nie miał żadnej konkurencji, gdy pojawił się na rynku i nadal jej nie miał, gdy go kupiłem. Wtedy nie miałem innego wyboru. Czy dzisiaj zdecydowałbym się na 5D mk2 w zamian? Co dostajemy za te 17.000 zł? Na pewno zdecydowanie lepszy autofokus, zdecydowanie lepszą ergonomię, możliwość pracy na dwóch kartach, sporo osprzętu w standarcie, większe możliwości personalizacji, lepszy wizjer, brak możliwości kręcenia filmów i gorszy wyświetlacz, a gratis zdecydowanie lepszą minę klienta, gdy pyta o cenę naszego aparatu :)

Raczej nie zamieniłbym się na „piątkę” bo 1Ds mk3 to najlepszy aparat, jaki miałem w życiu. Gdy robi się 100 klatek tygodniowo, nie zwraca się uwagi na wiele drobiazgów. Gdy robi się ich tysiące, to mały drobiazg może wyprowadzić z równowagi :)

Wycinek zdjęcia z Canona 1Ds mk3 (kliknij, by zobaczyć w pełnym rozmiarze)

Wycinek zdjęcia z Canona 5D mk2 (kliknij, by zobaczyć w pełnym rozmiarze)
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, backstage, Canon, foto mądrości, Jak to zrobiłem, porady, sesja, sprzęt, test
komentarz

27 maja 2011

| przez Artur Nyk

Hasselblad sześciostrzałowy

Pewnie część z Was już czytała o nowym Hasselu. Najnowsza przystawka to już nie jakieś marne 60 czy 80 Mpx ale okrągłe 200 Mpx rozdzielczości. Moje oczy też zrobiły się okrągłe, gdy to zobaczyłem. Od razu rozmarzyłem się, co mógłbym zrobić z takim aparatem… Ale już po chwili ochłonąłem i  doszło do mnie, ile musi ważyć taki plik.

fot. Hasselblad

Po co więc robić aparaty o tak astronomicznie wielkich matrycach? Gdy miałem Canona 5D, to plik 12,8 Mpx wydawał mi się znakomity pod kątem ostrości obrazu, koloru i szczegółu. Gdy przesiadłem się na 1Ds mk3, to 21 Mpx zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. W tamtym momencie był to na pewno najlepszy mały obrazek, który na dodatek mógł nawiązać walkę ze średnim formatem. Teraz po kilku latach od jego premiery Jedynka nie robi już takiego wrażenia swoimi parametrami. Największą konkurencję robi mu 5D mk2, który ma matrycę o tej samej rozdzielczości. (Sam byłem zawsze ciekawy jakie są różnice w tym aparatach i już bardzo niedługo zrobię mały test porównawczy obu aparatów).

Wracając do średniego formatu, gdy zacząłem oglądać zdjęcia z przystawek 40 czy 65 Mpx to niestety różnica jest widoczna. Mój Canon tu nie ma szans.  Rożnica jest spora, a nawet bardzo duża. Pewnie większość z Was zapyta, ale po co taka duża rozdzielczość, jeśli zdjęcie potem w druku ma format A4? Otóż wszystko zależy od tego, co fotografujemy, dla kogo i za ile. I pytanie pomocnicze: i jak bardzo jesteśmy leniwi?

Już odpowiadam. Jeżeli fotografujemy szafkę lakierowaną na wysoki połysk, to przy wydruku A4 różnica w zdjęciu o rozdzielczości 20 Mpx i 40 Mpx pewnie będzie trudna do wychwycenia. Lakierowana powierzchnia nie ma praktycznie faktury, więc więcej pikseli nie przekaże więcej informacji. Ale jeśli fotografujemy zamszowe rękawiczki to dwukrotnie większa rozdzielczość pozwoli na zapisanie większej ilości informacji o fakturze zamszu. I dobry druk jest w stanie tę fakturę pokazać.

Ma też znaczenie, dla kogo fotografujemy. Miałem kiedyś długą rozmowę z potencjalnym klientem, który ostatecznie był zawiedziony, bo przyznałem się, że pracuję na Canonie i nie mam średniego formatu (przy okazji pytał się też o lampy i znowu go zawiodłem, że nie mam Profoto). A tak na serio, to agencje reklamowe czasem muszą zmagać się z problemem zmiany koncepcji obrazu już po sesji. Gdy nagle się okazuje, że do reklamy idzie nie całe zdjęcie, a tylko jego fragment, muszą mieć zapas rozdzielczości. Gdy w grę wchodzi poważna sesja, dobrze jest mieć rezerwę jakości.

No i zależy, za ile pracujemy. Jeśli nasze zdjęcie kosztuje 100 zł, to raczej będzie kiepsko zarobić na taką przystawkę, chyba, że szybko sprzedamy 1280 takich zdjęć (tak, zgadza się, przystawka 200MS kosztuje 128.000 zł i to netto). Ale wystarczy robić zdjęcia po 5000 euro i wtedy mamy zdecydowanie inne podejście do kwestii sprzętowych :)

A dlaczego pytałem o poziom lenistwa? Bo duża matryca to najlepsze wytłumaczenie dla robienia zdjęć w sposób „upraszczający” sprawę. Czyli zamiast precyzyjnie ustawiać kadr, robimy tak na oko, z dużym zapasem, bo „potem się wykroi kadr”. Znam to z autopsji, gdy mam jakiś drobiazg do zrobienia w studio, to robię szerszy kadr gwarantujący pełną ostrość i po sprawie :)

No dobrze, ale po co nam 200 Mpx? To już chyba mała przesada, nawet dla mnie. Na dodatek nie jest to jednak takie prawdziwe 200 Mpx. Przystawka, 200MS, tak na prawdę ma rozdzielczość 50 Mpx i „tylko” tyle będą miały pliki, gdy będziemy fotografować ludzi i wszystko inne, co się rusza. Gdy chcemy większej rozdzielczości, musimy sobie znaleźć coś bardzo nieruchomego, gdyż aparat będzie musiał zrobić 6 strzałów. Za każdym razem ultra-hiper precyzyjne siłowniki będą przesuwały matrycę o 1 albo i 0,5 piksela i w jakiś super skomplikowany sposób procesor poskłada to wszystko do kupy. Nawet nie chcę wiedzieć, jak to się dzieje. Ważne, że nie można nawet oddychać w trakcie fotografowania, by nic się nie poruszyło. Hassel ma też tryb czterostrzałowy, który pewnie będzie najczęściej wykorzystywany. Wtedy powstanie tylko plik 50 Mpx, ale za to o znakomitej ostrości i rozpiętości tonalnej.

Oczywiście, jest jeszcze cała masa innych problemów z takim aparatem, nie tylko praca na bezdechu. Aby zrobić zdjęcie za pomocą czterech strzałów, musimy też mieć absolutnie powtarzalne lampy. Za każdym razem błysk musi mieć dokładnie ten sam kolor i moc. A to oznacza, że nie zadowolimy się byle czym. Polecam np. generator Broncolor z głowicą za jedyne ok 47.000 zł :)
Do kompletu przyda się jeszcze stacja graficzna, ale to już jest tanie. 12-rdzeniowy MacPro kupicie za 25.000 zł. No ale warto by dołożyć mu trochę pamięci. Tak z 8 kości 8GB, to już tak mała kwota, że szkoda o tym nawet wspominać. Ale na pewno pamięć się przyda, bo RAW potrafi mieć nawet 1,2 GB (słownie jeden przecinek dwa giga bajta ).

A wszystko po to, by robiąc zdjęcie, można było policzyć każdą cząsteczkę kurzu, która osiądzie na naszym fotografowanym przedmiocie.

Polecam, byście sami sobie zobaczyli, jak wyglądają zdjęcia z tego aparatu i poczytali o nim więcej.

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Canon, foto mądrości, sesja
komentarz

25 maja 2011

| przez Artur Nyk

Nikon lepszy od Canona

To brzmi jak prowokacja, zwłaszcza na moim blogu, gdzie wiele razy dowiodłem, że Canon jest lepszy… Bo TAK! :)
Nie mniej dzisiaj muszę przyznać, że Nikon zrobił coś bardzo fajnego i bardzo potrzebnego. Firma stworzyła stronę poświęconą prawu autorskiemu w fotografii fotoprawo.pl Przyznają się, nie przeczytałem wszystkiego, co już tam jest, a jedynie trochę przejrzałem materiały i artykuły. Już to, co jest, wygląda dobrze i mam nadzieję, że poziom będzie utrzymany.

Tego typu inicjatywa jest bardzo potrzebna, bo wiedza wśród fotografujących na temat swoich praw jest ciągle dosyć słaba. I nie jest istotne, że robi to Nikon, który w ten sposób znalazł świetny sposób na własną reklamę. Istotne jest, że ktoś to robi.
A Canon? No niestety, cytując klasyka: Brak akcji jest.
Przydałyby się jeszcze działania uświadamiające klientów w tej dziedzinie. To już jest bardzo nudne, gdy słyszę: No jak to? Przecież zapłaciłem za zrobienie zdjęcia, no to jest moje. A teraz mam płacić za jakieś prawa?….

Polecam bardzo, by wczytać się we wszystko, co można tam znaleźć i poznać własne prawa. Gwarantuję Wam, że nic tak nie cieszy, jak wystawienie kolejnej faktury na prawa autorskie do tego samego zdjęcia.

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Canon, foto mądrości, Nikon, porady
komentarz

5 maja 2011

| przez Artur Nyk

Co to jest sztuka?

Już od dawna ten temat chodzi za mną, ale dopiero dzisiaj znalazłem natchnienie, by poszukać odpowiedzi na to pytanie.
Na początku przypomnę, jestem fotografem reklamowym, czyli robiącym wszystko pod dyktando moich klientów. Wszystko, co robię, robię dla pieniędzy i kropka. Oczywiście nie oznacza to, że nie sprawia mi to przyjemności albo, że robię to byle jak. Wręcz odwrotnie, zawsze staram się ze wszystkich sił, by moja fotografia była jak najlepsza, analizuję, zastanawiam się, podchodzę do każdego tematu bardzo poważnie.
Ale czy to, co robię, ma jakikolwiek związek ze sztuką? Wrócę do tego pytanie na końcu.


A z czym się kojarzy sztuka? Z galeriami, muzeami, wystawami. Upraszczając, jeśli coś jest wystawione w galerii i podpisane, to jest to sztuka. A mnie takie podejście się nie podoba. Albo inaczej, nie podoba mi się czasem to, co jest wystawiane w galerii, jako sztuka. W ubiegłym roku w trakcie krótkiego pobytu w Londynie, wpadłem do Tate Modern, miejsca, które bardzo lubię. Były tam dzieła fajne i mniej fajne, były też rzeczy kuriozalne. Moim ulubieńcem stała się rzeźba/instalacja/cholerawieco, która była niczym innym, jak kijkiem częściowo okręconym kolorowym sznurkiem i postawionym pod ścianą. Zobaczyłem to i aż mnie wbiło w podłogę. To musi być Sztuka przekonać ludzi, że patyk ze sznurkiem jest dziełem artystycznym!
Jasne, może ktoś zapytać, dlaczego obraz Van Gogha ma być lepszy od patyka? Przecież za życia Vincenta, też nikt nawet nie chciał spojrzeć na jego bohomazy! Czy ma być lepszy, bo autor spędził więcej czasu na jego stworzenie? Albo dlatego, że teraz jego obrazy kosztują miliony?
A może za rok patyk też będzie wystawiony na aukcji za milion? Bo kilku krytyków sztuki opowie nam o głębokich przemyśleniach artysty nad sensem cierpienia, które oplata naszą egzystencję (lub dowolną inną wersję „co autor chciał przez to powiedzieć”). Wiecie, że nie przepadam za krytykami sztuki...

Nie chcę oczywiście nikomu zakazać obwiązywania patyków, ani ustawiania wypchanych zwierząt jedno na drugim (to też moja ulubiona instalacja). Nie przeszkadzają mi nawet landszafty sprzedawane na ulicach turystycznych miast. Niech każdy ma prawo sam zdecydować, co dla niego jest sztuką.
Dla mnie np. sztuką są samochody Lamborghini, czy wazony Alvaro Alto.

Nie zgadzam się jednak, gdy wmawia mi się, że abym zrozumiał sztukę, muszę najpierw przestudiować życiorys artysty, poznać jego wypowiedzi i na koniec przeczytać długi elaborat na temat konkretnego dzieła. A wtedy doznam olśnienia i zrozumiem sztukę.

Znalazłem ostatnio fotografie pewnego artysty fotografa. Pan nazywa się Saul Robbins i mówi o sobie, że jest Artystą.  Na jego stronie jest sesja foteli. Wygląda to trochę, jak zbiór przypadkowo zrobionych zdjęć, ani nie przykuwających uwagi swoją kompozycją i światłem, ani też tematem. Gdybym chciał sprzedać niepotrzebny fotel na allegro to zrobiłbym podobne zdjęcie. Chociaż nie, zrobiłbym to lepiej.
Mogę spokojnie przyjąć zakład, że gdybym umieścił te zdjęcia na moim blogu i napisał : „Zobaczcie, to moja nowa sesja foteli, fajne, co nie?”, to nikt by nawet tego nie skomentował.

I nagle, jak za dotknięciem zaczarowanej różdżki, fotografie stają się Sztuką. Bo nie są to już zwykłe foty, ale fotografie foteli psychoterapeutów widzianych oczami pacjentów. Przeczytałem opis. Teraz, gdy już wiem, wszystko wygląda inaczej. Teraz mogę przeżywać prawdziwy kontakt ze Sztuką.
Zawsze mnie interesowała sytuacja, czy gdyby pokazać takie dzieło artysty w prestiżowej galerii, jako prace anonimowego fotografa, to czy znalazłyby uznanie? Raczej nie, bo dzisiaj sztuką jest produkt+artysta w komplecie, nie da się ich rozdzielić. Twórca swoją interpretacją i działaniem nadaje rzeczy zwykłej znaczenie niezwykłe.
Tylko, że mnie takie podejście do sprawy nie pasuje. Nie muszę wiedzieć, jak załamuje się światło w atmosferze, by zachwycić się zachodem słońca. Chcę cieszyć się dziełem artysty, nie wiedząc nic o nim.

Dzisiaj wszystko można sprzedać, nawet pusty fotel, wystarczy dobry marketing. A może nie ma racji, mylę się, nie mam odpowiedniej wiedzy…itd. Może tak jest, nie oznacza to jednak, że mam z zachwytem patrzeć na patyki i fotele.
Do mnie taka sztuka nie dociera… ale ja zawsze byłem trochę dziwny. W końcu zająłem się reklamą :)

Saul Robbins, Upper West Side, 2008  (1740836) 

A teraz wracając do pytania, czy reklama może być sztuką? Oczywiście, że tak. Zrobienie 30-sekundowego spotu, który ma wpłynąć na ludzi to jest dopiero sztuka. A czy ja sam robię sztukę? Robię fotografię reklamową, ze swoimi zadaniami, przemyśleniami itd. po prostu reklamę. Całkiem podobnie, jak Michał Anioł w Kaplicy Sykstyńskiej. On też malował tam wielki billboard na zlecenie klienta.

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
foto mądrości, porady, sesja, warsztaty
komentarz

10 kwietnia 2011

| przez Artur Nyk

Baranie lody

Dzisiaj rozpocząłem tegoroczny sezon górskich wycieczek. Weszliśmy na Baranią Górę, a następnie zeszliśmy z niej, czyli normalnie, jak to w górach. Oczywiście, nie wziąłem ze sobą innego aparatu niż ajfon i był to bardzo dobry wybór. Po pierwsze dlatego, że waży tyle, co nic. Po drugie i tak nie miałem zamiaru robić zdjęć. W końcu jak weekend to weekend, nie miałem ochoty pracować.

Mając ajfona, mogłem sobie robić wyłącznie pamiątkowe zdjęcia. Ale dzisiaj po tym, co uzyskałem, chyba zacznę traktować mój telefon jako urządzenie prawie profesjonalne.
Zainteresowały mnie małe zamarznięte kałuże na szlaku. Gdy w końcu znalazłem jedną z wyjątkowo ciekawą strukturą  lodu, poświęciłem jej kilka minut na znalezienie dobrego kadru.

Efekt bardzo mi się podoba, jakość też. Teraz zastanawiam się, czy da się takie zdjęcie sprzedać? Myślę, że do internetu lub jako małe zdjęcie w druku, jak najbardziej.
Czyli teraz robiąc zdjęcie ajfonem, muszę traktować to poważnie. I znowu koniec z odpoczynkiem od pracy w weekend ….

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
foto mądrości
komentarz

2 kwietnia 2011

| przez Artur Nyk

2000 zdjęć i co dalej?

Mój wczorajszy post o urzędowym zleceniu na 2000 zdjęć krajobrazowych wywołał burzę. Jeszcze żaden post tego samego dnia nie wylądował na pierwszym miejscu najczęściej czytanych wpisów.
Wiele osób napisało do mnie w tej sprawie, a ogólny ton wypowiedzi był jeden. Bezsensowne założenia i nierealna wycena.

Widzę, że poruszyło to wszystkich i pewnie uda nam się dopisać ciąg dalszy. Grzegorz już obiecał , że zrobi fan page tego zlecenia na FB i w ten sposób będziemy mogli zaprosić Was do dyskusji.
Może uda się dzięki temu choć trochę zintegrować środowisko fotografów. Zaniżanie cen niesie dla nas wszystkich największe niebezpieczeństwo. To po prostu niszczenie rynku. A na tym tracą wszyscy. Przepraszam, tracimy wszyscy.
Jeżeli zrobię coś znacznie poniżej normalnej ceny, to po pierwsze, nie będzie mnie stać za chwilę na sprzęt, który się przecież zużywa, a po drugie, ten klient już nigdy więcej nie zapłaci za takie zdjęcia. Po trzecie, robiąc coś tanio, trzeba robić dużo. Robiąc dużo, nie można robić dobrze. Jest taka stara zasada: Tanio, Szybko, Dobrze – wybierz dwa.

Wracając jeszcze do naszego sławnego zlecenia, nie napisałem wczoraj o jeszcze jednej rzeczy. Na samym końcu specyfikacji jest zapis o przeniesieniu pełnych praw autorskich majątkowych na zleceniodawcę. Gdyby nie ten jeden wymóg, można by jeszcze się zastanawiać nad sensem takiej pracy. Można by liczyć, że zrobimy takie zlecenie po kosztach, udzielimy licencji na wykorzystanie zdjęć do przewodników, a potem będziemy dysponować fotografiami i za jakiś czas przychody ze sprzedaży będą opłacalne. Ale oddając prawa majątkowe, możemy już o tym zapomnieć.

Będę Was informował, jak rozwinie się ta sprawa dalej :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
foto mądrości
komentarz
← 1 … 11 12 13 14 15 … 18 →

Kategorie

5Ds (5) akt (8) Aperture (46) Apple (24) architektura (18) asystent fotografa (3) b&w (5) backstage (76) Bowens (9) Canon (69) Capture One (5) dobre zdjęcia (53) do kawy (116) eduweb (7) Elinchrom (33) foto mądrości (177) fotopiwo (8) Jak to zrobiłem (91) Jak zostać fotografem (10) Lightroom (2) Mamiya (19) Nikon (19) Photoshop (25) plenery (27) podróże (13) porady (123) portret (6) realizacje (68) reklama (20) samochody (59) sesja (191) sprzęt (113) Spytaj Artura (33) sztuka (6) test (25) video (20) warsztaty (43)

Ostatnie wpisy

  • 10. Jak wybrać oświetlenie fotograficzne – Lampy LED
  • Gram z Wielką Orkiestra Świątecznej Pomocy
  • 9. Mit 2 – Jasny obiektyw zawsze jest najlepszy 
  • 8. Obalamy mity – Pełna klatka nie zawsze jest lepsza
  • 7. Kupujemy aparat. Czyli o wyższości Canona nad Nikonem. Albo odwrotnie.
  • 6. Potem będę dużo zlecał, ale…
  • 5. AAAAAA, zdjęcia oferuję tanio

Archiwa

  • marzec 2024 (1)
  • styczeń 2024 (3)
  • grudzień 2023 (7)
  • luty 2023 (1)
  • wrzesień 2020 (2)
  • sierpień 2020 (2)
  • luty 2018 (1)
  • maj 2017 (1)
  • kwiecień 2017 (1)
  • marzec 2017 (3)
  • luty 2017 (2)
  • październik 2016 (1)
  • kwiecień 2016 (3)
  • marzec 2016 (1)
  • luty 2016 (2)
  • styczeń 2016 (3)
  • grudzień 2015 (3)
  • październik 2015 (1)
  • wrzesień 2015 (2)
  • sierpień 2015 (1)
  • lipiec 2015 (1)
  • czerwiec 2015 (4)
  • maj 2015 (2)
  • kwiecień 2015 (3)
  • luty 2015 (2)
  • styczeń 2015 (14)
  • grudzień 2014 (21)
  • listopad 2014 (6)
  • październik 2014 (3)
  • wrzesień 2014 (2)
  • sierpień 2014 (4)
  • lipiec 2014 (1)
  • czerwiec 2014 (2)
  • maj 2014 (5)
  • kwiecień 2014 (5)
  • marzec 2014 (3)
  • luty 2014 (4)
  • styczeń 2014 (7)
  • grudzień 2013 (5)
  • listopad 2013 (6)
  • październik 2013 (4)
  • wrzesień 2013 (8)
  • sierpień 2013 (5)
  • lipiec 2013 (5)
  • czerwiec 2013 (5)
  • maj 2013 (1)
  • kwiecień 2013 (3)
  • marzec 2013 (3)
  • luty 2013 (4)
  • styczeń 2013 (6)
  • grudzień 2012 (8)
  • listopad 2012 (8)
  • październik 2012 (8)
  • wrzesień 2012 (1)
  • sierpień 2012 (11)
  • lipiec 2012 (8)
  • czerwiec 2012 (10)
  • maj 2012 (8)
  • kwiecień 2012 (8)
  • marzec 2012 (9)
  • luty 2012 (13)
  • styczeń 2012 (12)
  • grudzień 2011 (10)
  • listopad 2011 (16)
  • październik 2011 (20)
  • wrzesień 2011 (19)
  • sierpień 2011 (5)
  • lipiec 2011 (15)
  • czerwiec 2011 (26)
  • maj 2011 (19)
  • kwiecień 2011 (17)
  • marzec 2011 (16)
  • luty 2011 (24)
  • styczeń 2011 (20)
  • grudzień 2010 (18)
  • listopad 2010 (20)
  • październik 2010 (28)
  • wrzesień 2010 (22)
  • sierpień 2010 (14)

© Artur Nyk

↑

Polityka plików cookies

Mam najlepsze ciasteczka, idealne do kawy. Życzę miłego oglądania moich fotografii Odwiedź stronę Polityka plików „cookies” aby dowiedzieć się więcej.

Close