×
Artur Nyk Blog
  • Fotografie
  • O mnie
  • Jak zostać fotografem
  • Jak to zrobiłem
  • do kawy
  • Fotografie
  • O mnie
  • Jak zostać fotografem
  • Jak to zrobiłem
  • do kawy

Canon

9 listopada 2010

| przez Artur Nyk

Po co się starać?

Robiłem ostatnio zdjęcia wyborcze dla mojej dobrej znajomej. Nie są to fascynujące sesje, gdzie mogę wypróbować nowe pomysły, czy poszaleć ze światłem. Tu liczy się solidny warsztat i dbałość o szczegóły. Zrobiłem więc wszystko, jak mogłem najlepiej, wysłałem zdjęcia i na tym moja rola się zakończyła. W momencie, gdy oddałem zdjęcia, straciłem też możliwość kontroli nad ich dalszym losem. Niestety.

Jadę rano (tak koło 11:30) do pracy, codziennie tą samą drogą, którą znam na pamięć. Nagle kątem oka widzę coś strasznego. Tak, to moje zdjęcie na billboardzie. Ale wygląda okropnie. Twarz jest za ciemna, na policzku jakieś plamy, po prostu tragedia.

Cóż, nie pierwszy to raz i pewnie nie ostatni, gdy mimo włożonej ciężkiej pracy, efekt jest mizerny. Mam całe tony moich zdjęć, wydrukowanych w najróżniejszych wydawnictwach, gazetach, folderach. Niestety 98,7 % z nich nie nadaje się do pokazania. Albo są źle wydrukowane, albo źle przygotowane do druku, albo jedno i drugie naraz. No dobrze, może przesadziłem, może nie jest tak źle. Ostatnio jest nawet coraz lepiej. Nerwy mnie poniosły, ale nie dziwcie się temu. Siedzę nad obróbką zdjęć, pracuję godzinami nad subtelnymi detalami, a potem jakiś bencwał swoją niewiedzą lub lenistwem wszystko niweczy. I jak tu nie być wściekłym?

Pamiętam, jak kilkanaście lat temu robiłem zdjęcia na plakat przedstawienia teatralno – tanecznego. Byłem bardzo przejęty, miała to być moja pierwsza publikacja. Starałem się ze wszystkich sił, siedziałem godzinami w ciemni, by zrobić dobrą odbitkę, z której miał być zrobiony plakat. A gdy zobaczyłem na ulicy gotowy plakat, o mało nie usiadłem z wrażenia. A raczej przerażenia. Po co wypracowywałem szczegóły w światłach i cieniach, skoro na plakacie zdjęcie miało jakość kiepskiego ksero. Podobną zresztą jakość miało przedstawienie.

Mam oczywiście też świetnie wydrukowane realizacje. Nie jest ich zbyt dużo, ale potrafią cieszyć. Dzisiaj  mój kumpel, specjalizujący się w architekturze, pochwalił się nowym obiektywem, który kupił. Shift Canona 17mm, kosmiczna konstrukcja i jakość. Stwierdził, że od dzisiaj będzie miał dwie oferty cenowe dla klientów. Dla tych poważnych będzie robił foty Canonem. Dla pozostałych, którzy zwracają tylko uwagę na cenę, będzie robił zdjęcia super tanio i szybko. iPhone’em :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Canon, foto mądrości
komentarz

12 października 2010

| przez Artur Nyk

Gadżety za śmieci czy niezbędny sprzęt dla fotografa

Dzisiaj nadal pozostanę w sferze sprzętowej, ale ani razu nie padnie nazwa Canon, Nikon lub coś podobnego. Parafrazując reklamę, którą teraz ciągle słyszę w radiu, po co ciągle miałbym mówić o Canonie i Nikonie skoro Canon i Nikon dzisiaj nie wystąpi w moim tekście :)

No dobrze, zajmijmy się poważnymi sprawami. Skoro więc nie będzie o Canonie i Nikonie, to opowiem o rzeczach, bez których wiele sesji nie byłoby możliwych.

Miejsce pierwsze zajmuje bezsprzecznie klamerka. Bez klamerki nie ma sesji modowej. Nic tak pięknie nie dopasowuje ciuchów do figury modelki i nic innego nie jest w stanie zmniejszyć sukienki o dwa rozmiary.
Klamerki dzielimy na te malutkie i metalowe, kupowane w sklepach biurowych oraz duże plastikowe ze sklepów budowlanych. Kupienie kompletu klamerek za 19,90 jest przepustką do posiadania profesjonalnego sprzętu, jaki występuje w renomowanych studiach fotograficznych.

Następną niezwykle ważną rzeczą jest taśma klejąca. Jej zastosowanie jest równie szerokie, jak klamerek. Wśród profesjonalistów pojawiają się ostatnio nawet głosy, że taśma klejąca detronizuje klamerki, ponieważ używa się jej i w fashion (np. do podnoszenia piersi ale i czyszczenia ubrań z paprochów) i w fotografii produktowej (np. do tworzenia zaawansowanych konstrukcji utrzymujących produkty tam, gdzie się nam zamarzy).
Taśmy dzielimy na jedno- i dwustronne oraz na łatwo odklejające się i te, po których potem miesiącami nie można zmyć kleju ze statywów.

Produktem podobnym jest bobik. Bobik (nazwa własna autorstwa Seby) jest to coś w rodzaju plasteliny, ale niebrudzącej i o dobrych właściwościach klejących. Na bobik można przykleić wszystko do wszystkiego, a potem użyć go ponownie. Znakomicie nadaje się na mikrokonstrukcje do podtrzymywania małych przedmiotów np. przy układaniu kompozycji z żywności. Należy pamiętać jednak, gdzie się go wkłada, gdyż nie jest smaczny.
Bobik dzielimy na niebieski klasyczny (Blue Tag) i biały nowoczesny (UHU).

I wreszcie jest cała grupa przedmiotów z serii Przydamisię. Przydamisię w odróżnieniu od powyżej opisanych akcesoriów, są indywidualnie kolekcjonowane przez fotografów i zależą od specyfiki ich pracy. Ja w swoich zbiorach mam: drewnie kostki pomalowane na czarno (do podpierania małych przedmiotów), lusterka (jako małe ekrany doświetlające), strzykawki (do wstrzykiwania), kulki (jeszcze nie wiem do czego się przydadzą), słomki (dla modelek by mogły się napić po zrobieniu makijażu), sznurki i druciki (do wiązania), kostki marmuru (do obciążania), ścinki polaru (do wypychania) itd.
Zbieranie Przydamisię należy rozpocząć możliwie wcześnie i nie przejmować się zdaniem innych. Tylko my sami wiemy, do czego mogą się przydać.
Przydamisię dzielimy na mające realne zastosowanie i na bezużyteczne, ale Tojestfajneinapewnojeszczesię przyda.

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Canon, foto mądrości
komentarz

11 października 2010

| przez Artur Nyk

Test Nieobiektywny czyli Canon kontra Nikon

Dzisiaj będę porównywał dwa konkurencyjne aparaty z najwyższej półki. Chcę opisać tylko to, co je różni. Jeżeli jeszcze macie wątpliwości to powiem jasno, wygra Canon.

Mnóstwo  ludzi pyta się mnie, jaki aparat powinni kupić. A to jest błąd, bo nie potrafię być obiektywny. Od dwudziestu lat pracuję na Canonie i nie wyobrażam sobie, bym mógł zamienić go na nic innego, a zwłaszcza Nikona. I wcale nie uważam, by Nikony były złymi aparatami. Uważam, że są okropne dla każdego, kto przyzwyczai się do Canona.

Ale po kolei. Na co dzień pracuję na Canonie 1Ds MkIII. Znam ten aparat od podszewki. Wiem już, kiedy działa znakomicie, a kiedy zawodzi. Niedawno postanowiliśmy się z Sebą zamienić aparatami i w ten sposób zrobiłem dwie sesje jego Nikonem D3x.
Moje pierwsze wrażenie było dobre, D3x jest solidny i ciężki. Drugie wrażenie nie było już takie dobre, bo postanowiłem włączyć aparat. Włączyć jeszcze umiałem, ale zmiana każdego innego ustawienia rozpoczęła moją nieustającą irytację. W Canonie jest mniej przycisków i są w jasny sposób uporządkowane. W Nikonie przyciski są w różnych miejscach i kształtach i znalezienie czegokolwiek trwa lata. Nigdy też nie lubiłem sposobu, w jaki wyświetlane są informacje na displeju. Dla mnie są po prostu nieczytelne. Całkiem kretyński jest też licznik, a raczej dwa liczniki. Jeden pokazuje liczbę zdjęć zrobionych, a drugi, ile jeszcze można zrobić na karcie. Niby fajnie, ale idąc dalej tym tropem, równie dobrze można by jeszcze pokazać, ile zdjęć aparat zrobił od początku roku. Może ktoś byłby tym zainteresowany, ale na pewno nie ja. Ten licznik naraził mi się bardzo, bo nagle w połowie sesji zamiast około dwustu zrobionych zdjęć, pokazał mi ZERO zrobionych zdjęć. Taka informacja w momencie gdy byliśmy już w kolejnej lokalizacji i ciężko by było powtórzyć zdjęcia, spowodowało zatrzymanie mojego serca na parę sekund. Na szczęście był to tylko wybryk licznika, bo zdjęcia na karcie były. Nie wiem co się stało, Seba też nie wiedział.

Ergonomia.
Wcześniej miałem Canona 5D i każda dłuższa sesja powodowała ból ręki. Teraz wiem, że powodem był brak gripu.  Jedynka, chociaż dwa razy cięższa, leży w ręce genialnie. Zamiast paska na szyję, mam założony krótki pasek na nadgarstek. Mogę cały dzień trzymać tak aparat i ręka jakoś wytrzymuje. Nikon pod tym względem jest w miarę OK, ale moja ręka wyraźnie nie jest do niego stworzona. Nie jest tak wygodnie.

Wizjer
Długo kombinowałem, jak by tu przyczepić się do Nikona, ale niestety nie mogę. W obu aparatach wizjery są świetne.

Wyświetlacz
Nikon ma znakomity, można bez trudu sprawdzić ostrość na zdjęciu. Canona wyświetlacz pomińmy, bo wstyd, by we flagowym modelu był wyświetlacz, na którym trzeba się domyślać, czy zdjęcie jest ostre. Mogę jedynie napisać na obronę Canona, że jest to znacznie starsza konstrukcja niż D3x i gdy pokazał się na rynku to wyprzedzał Nikona o lata świetlne. Przyznam niestety, że chciałbym mieć w Canonie taki wyświetlacz.

Autofokus
Mam wrażenie, że projektanci Canona i Nikona nigdy nie wyszli z laboratorium, a do sprawdzania sprzętu służyły im tylko tablice testowe. Czy nigdy nikt z nich nie próbował zrobić pionowego portretu? Chyba nie, bo wtedy zobaczyliby, że te pięćdziesiąt punktów ustawiania ostrości jest w złym miejscu. Mnie zawsze wychodzi, że najbardziej skrajny punkt mam na wysokości szyi, a chcę go mieć na oczach! Dlaczego te punkty nie mogą być na całości kadru, a są tylko w centrum kadru? Miałem nadzieję, że może w Nikonie będzie lepiej ale nie jest.

Bateria.
W Canonie 5D bateria była dosyć słaba, zwłaszcza, gdy aparat podłączony był do komputera. Musiałem mieć ich kilka by w miarę normalnie funkcjonować. Gdy zobaczyłem ile kosztuje bateria do 1Ds, to załamałem się. Niepotrzebnie. Nigdy jeszcze nie zbliżyłem się na sesji nawet do połowy rozładowania baterii. Normalne jest dla mnie zrobienie 1000 zdjęć i aparat dalej może zrobić następną sesję. W Nikonie było gorzej. Powiedzmy, drastycznie gorzej. Dostałem dwie baterie i pierwsza skończyła się po 50 zdjęciach!!! Druga po dwustu, pokazywała już tylko 50% naładowania. Najchętniej powiedziałbym, że to kolejna zła strona Nikona, ale raczej muszę przyznać, że coś było nie tak z bateriami, bo nie wierzę, by tak to normalnie wyglądało.

Jakość zdjęć
Pierwsza sesja była w plenerze i wnętrzach, zawsze z studyjnymi lampami. Nie zauważyłem, by  było gorzej albo lepiej niż na Canonie. Druga sesja była w studio. Tym razem mogłem już zrobić w tych samych warunkach i porównać. Nie znalazłem różnic. Dosyć powszechne są opinie o zupełnie odmiennym sposobie odwzorowania kolorów w obu markach. Zapewne jest to możliwe, gdyż każda firma ma swoje własne algorytmy. Ma to znaczenie zwłaszcza, gdy pracujemy na plikach jpg albo gdy wywołujemy zdjęcia w firmowym oprogramowaniu. Ja używam Aperture, robię wyłącznie RAWy i nie znalazłem różnic.

Ogólne
Nie rozumiem, dlaczego w Nikonie musi być wszystko na odwrót. Nawet zoomem kręcimy w drugą stronę. W Canonie pewnym problemem jest kółko na tylnej ściance. Można sobie przez przypadek przestawić parametry. Zdarzyło mi się to kilka razy. Ale Canon przynajmniej ma to kółko i dzięki niemu szybko można przestawiać parametry albo przeglądać zdjęcia. W Nikonie są w tym miejscu tylko przyciski i nie ma to nic wspólnego z wygodą. Choćby z tego powodu nie wybrałbym Nikona.

Podsumowanie.
I Canon i Nikon są genialnymi maszynami do zdjęć. Ale Nikon i ja pasujemy do siebie jak kibol z bejsbolem do tancerki operowej.
Jeżeli jesteście sympatykami Canona to oczywistym dla Was jest uznanie jego wyższości. Zwolennicy Nikona też będą stać na straży swoich przekonań. I bardzo dobrze. Ja zawsze się cieszę, kiedy Nikon wypuszcza nowy fajny aparat, bo wiem, że to zmusi Canona do zrobienia jeszcze lepszego.
Ale zawsze mówię, by zamiast zmieniać aparat na lepszy, lepiej po prostu nauczyć się robić dobre zdjęcia.

Bibliografia albo Aparatografia:

Aby mieć poziom odniesienia mojej krytyki, oto aparaty, na których do tej pory pracowałem lub je nawet posiadałem:

Canon  EOS 650
Canon EOS 100
Canon EOS 5
Canon EOS D30
Canon EOS 10D
Canon EOS 20D
Canon EOS 40D
Canon EOS 5D
Canon EOS 1Ds Mk III

Nikon D80
Nikon D200
Nikon D300
Nikon D3x

oczywiście Nikona nigdy nie miałem :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, Canon, Nikon, sprzęt, test
komentarz

26 września 2010

| przez Artur Nyk

O czułości czyli za co kocham cyfre i inne rozmyślania bez sensu

Uwielbiam dyskusję na temat szumów lustrzanek i innych aparatów cyfrowych. Nigdy nie rozumiałem, jak można spędzać całe godziny fotografując tablice testowe, a następnie analizując zdjęcia pod kątem kształtu ziarna. Jasne, że jest to ważna sprawa, jak sobie dany aparat radzi w kiepskich warunkach oświetleniowych. Sam dzisiaj przez godzinę sprawdzałem obiektyw, nad którym się zastanawiam. Czytałem i czytałem, przeglądałem tabelki, porównywałem parametry. I co? I nic mi to nie dało. Nie byłem mądrzejszy, niż przed lekturą. Dowiedziałem się, że mój obiektyw ma rozdzielczość na środku kadru 40 lpmm, a ten, który mnie interesuje, ma 42 lpmm.  Jeden ma winietowanie na poziomie 10%, a drugi 12%. Co mogę się na podstawie tych danych dowiedzieć? Oczywiście, że patrząc na cyferki można mniej więcej ustalić, czy obiektyw jest dobrej klasy, czy też koszmarnie kiepski. Ale, czy teraz wiem, jak obiektyw rysuje, jak rozkłada się głębia ostrości i czy rozmycie będzie mi się podobało? Oczywiście, że nie. Do czasu, gdy nie zrobię nim serii zdjęć w różnych warunkach, nie będę mógł powiedzieć, czy to jest to, o co mi chodziło.

Tak samo jest z szumami. Na tablicy testowej szumy mogą wyglądać okropnie. Ale na zdjęciu może się okazać, że zupełnie nas to już nie razi. Co gorsze, może też być odwrotnie. Rzeczywiste warunki są o wiele bardziej skomplikowane od laboratoryjnych. Inaczej będzie się zachowywał ten sam aparat w zależności od charakteru światła, jego ilości i samego motywu, który fotografujemy. Wielkie znaczenie ma też to, co potem chcemy zrobić ze zdjęciem. Jakoś nie widzę wśród znajomych, by robili odbitki 50×70 cm. Zdecydowana większość zdjęć nigdy nie pojawi się na żadnym wydruku, ani na odbitce i będzie oglądana tylko na monitorze. A to oznacza, że nigdy nie zobaczymy żadnego szumu, ani ziarna, o ile nie będziemy go specjalnie szukać.

Wszystko to jest jednak mało ważne w porównaniu do wielkiej zalety, jaką daje nam możliwość zmiany czułości. Uważam, że jest to jedna z najważniejszych zalet cyfry.  Każdy, kto kiedyś pracował na analogowym aparacie i zna dylematy, jakiej czułości film założyć, doceni możliwość ustawiania ISO, jak tylko mu się podoba. Jeżeli więc muszę ustawić wysoką czułość, by móc zrobić zdjęcie, którego inaczej by mi się nie udało zrobić to się nie zastanawiam.

W ten sposób udało mi się przejść od jednego tematu do drugiego, niekoniecznie zachowując ogólny sens wypowiedzi i zapominając, co tak naprawdę miałem napisać…
A chcę przypomnieć, że szumy dzisiejszych aparatów są nieporównywalne do ziarna starych filmów. Mam skany jednego z pierwszych moich zdjęć robionych lustrzanką. Była to Praktica MTL 5B i wydawała mi się wtedy super zaawansowanym  i precyzyjnym aparatem. Film to prawdopodobnie rosyjski negatyw o czułości 65 ASA. Jeżeli więc ktoś uważa, że jego aparat ma za duże szumy, niech przyjrzy się temu zdjęciu, które kiedyś uznawałem za całkiem przyzwoite jakościowo.

Problem kurzu na matrycy, jak widać, wtedy też istniał, tylko trochę inny miał rodowód.
A to jest zdjęcie zrobione Canonem 5D, przy czułości 1600 ISO.  Bardzo się cieszę, że wymyślono cyfry i zmnienne czułości.
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Canon, foto mądrości, porady, sprzęt
komentarz

20 września 2010

| przez Artur Nyk

Historyczne odkrycie w lodówce

To odkrycie zaczęło się bardzo trywialnie. Po kilku latach podjąłem decyzję: trzeba rozmrozić wreszcie lodówkę. W szufladzie na dole od dawna leżał jakiś mały pakunek w czarnym worku. Jakoś nigdy nie zastanawiałem się, co w nim jest. Czasem rodzice przechowują coś w mojej lodówce, gdy brakuje im już miejsca we własnej. Sądziłem, że to właśnie jedna z tych rzeczy. Dzisiaj dotarło do mnie, że nigdy nie zastanowiłem się, dlaczego ten pakunek leży tam od tak dawna…

Zajrzałem do środka. Tak rozpocząłem sentymentalną podróż w głąb czasu. W środku był cały przekrój filmów, jakich kiedyś używałem. Parę wąskich, szerokie negatywy i diapozytywy, a nawet klisze 4×5 cala. Nie mam pojęcia, ile lat tam leżały, myślę, że około pięciu. Oczywiście wszystkie są już od dawna przeterminowane. Dawno już nie widziałem filmów, a kiedyś był to chleb codzienny. Przypomniało mi się, które z nich najbardziej lubiłem. Znalazłem tu negatyw Kodaka, Portra 160VC czyli vivid color i 160NC, natural color, dwa filmy do portretów o zwiększonym i naturalnym kolorze. Zwłaszcza 160 VC był bardzo fajny, używałem go do wszystkiego, nie tylko do portertów. Jest tu też Ektachrom 160T czyli tungsten, negatyw zbalansowany do światła sztucznego. Kiedyś właśnie w ten sposób rozwiązywano problem balansu bieli.

Było też pudełko z naświetlonymi filmami. Od razu przypomniała mi się ich historia. Są to ostatnie zrobione przeze mnie slajdy. Robiłem wtedy sesję dla Barlinka, ale wyjątkowo było to w studio telewizyjnym, gdzie korzystaliśmy z oświetlenia halogenowego. Właśnie wtedy kupiłem Canona 5D i nie do końca w agencji byli przekonani, jaka będzie jakość tych zdjęć. Poproszono mnie dodatkowo o zrobienie kilku klatek na filmie. No i zrobiłem, ale byłem już tak przestawiony na pracę na cyfrze, że zapomniałem o innej temperaturze światła. Nie założyłem filtra konwersyjnego i zdjęcia byłyby przeżółcone. Nie było nawet sensu wywoływać filmów. Na wszelki wypadek jednak ich nie wyrzuciłem. Ciekawe, co teraz by z nich wyszło po kilku latach leżakowania w lodówce?

No i pudełka z największym formatem, z jakiego korzystałem, czyli 4×5 cala. Taki diapozytyw robił wrażenie na klientach. Koszty natomiast robiły wrażenie na mnie. To i skomplikowana procedura robienia zdjęcia, sprawiały, że rzadko korzystałem z mojego Cambo. Dzisiaj jedna nawet prosta sesja to często kilkaset klatek. Kiedyś trochę inaczej się pracowało. Na pudełku jest cena: 145 zł, czyli jedna klisza kosztowała 14,50 zł. Do tego trzeba jeszcze doliczyć wywołanie, chyba 10 zł. Jedna klatka kosztowała prawie 25 zł !!! Robiąc najprostszy bracketing, trzeba pomnożyć to razy trzy. A wcześniej jeszcze robiłem polaroida, który też był drogi. Fajne to były czasy :) Velvia to był znakomity film, najdroższy, ale warty każdej złotówki. Piękne nasycenie koloru, świetna ostrość i ekstremalnie małe ziarno. I czułość 50 ISO. Potem zrobili jeszcze wersję 100 ISO, ale nie była już aż taka rewelacyjna.

A na koniec prawdziwa perełka, diazpozytyw czarno-biały, Agfa Scala 200x. Chyba niewiele osób miało okazję pracować na nim. Bo ja nie. Kupiłem kiedyś jeden w Q-labie w Warszawie (Q-laby to były laboratoria, którym Kodak nadawał znak najwyższej jakości procesów wywoływania filmów), był tak drogi, że ciągle żałowałem go i czekałem na jakąś ciekawszą sesję. Film był drogi, ale w cenie była już wliczona usługa wywołania w oryginalnym procesie Agfy. Oczywiście, trzeba go było wysłać do jakiegoś konkretnego laboratorium, które robiło proces raz na jakiś czas. Oznaczało to, że od momentu zrobienia zdjęć do momentu zobaczenia ich mogło upłynąć nawet dwa tygodnie. Zabawne dzisiaj, prawda? Podobno film był rewelacyjny.

Zawinąłem filmy z powrotem do worka i włożyłem do lodówki. Przecież nie wyrzucę takich dobrych filmów :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Canon, foto mądrości, Mamiya, sprzęt
komentarz

19 września 2010

| przez Artur Nyk

Dlaczego nie nadaję się na fotografa ślubnego

Doszedłem już do siebie po wczorajszej imprezie, co nie było aż takie proste…
Nie pamiętam, na ilu już ślubach robiłem zdjęcia, tak na około 30-40. A jednak ciągle czuję się w roli fotografa ślubnego jak amator. Po pierwsze, zawsze robię to dla moich znajomych, po drugie, mam sprzęt trochę inny, niż zawodowi fotograficy ślubni (zdarzyło mi się już robić zdjęcia w kościele na 24 shift tylko dlatego, że nie miałem normalnego szerokiego kąta). Moją pierwszą od lat lampę Canona kupiłem dopiero w tym roku, nigdy wcześniej nie była mi potrzebna. I właśnie tę lampę miałem wczoraj ochotę wrzucić pod nadjeżdżający pociąg, gdyby jakiś akurat przejeżdżał w okolicy ołtarza.
Ale zacznijmy od początku. Jestem przyzwyczajony do lamp studyjnych,  mogę sobie na nie założyć dużego softa albo czaszę, która zaświeci dokładnie, jak zechcę. Pracują tylko w trybie manualnym i bardzo dobrze, bo wiem, czego mogę się po nich  spodziewać. Takie małe coś, co daje płaskie światło na wprost, nigdy nie było mi potrzebne. I dalej bym tak twierdził, gdybym nie trafił na genialną książkę Joe McNally, „Z pamiętnika lampy błyskowej”. Zwykle nie oglądam takich książek, bo najczęściej są nudne, ta jednak zainteresowała mnie fajnym zdjęciem na okładce. Przeglądałem stronę za stroną i nie mogłem uwierzyć, że te zdjęcia są oświetlone małymi lampami. Zobaczyłem tam światło, jakiego ostatnio szukałem, nie do zrobienia na lampach studyjnych. Natychmiast więc kupiłem najmocniejszego Canona 580 (jakoś tak się chyba nazywa) i byłem zachwycony nią do wczoraj. Bo wczoraj przestałem jej ufać.
Ceremonia przebiegała spokojnie, zrobiłem trochę zdjęć jeszcze w domu, udało mi się dojechać do kościoła przed młodą parą, nawet udało mi się sfotografować ich jeszcze w samochodzie, wkładając aparat przez szyberdach. W kościele zaczęły się już typowe fotograficzne problemy, których nie cierpię. Jak zwykle jest tam ciemno, a używając lampy, mamy najgorszy efekt ze wszystkich. Pani młoda w białej sukni na pierwszym planie jest prześwietlona, a ludzie siedzący z tyłu giną w mroku. Staram się więc nie używać lampy, czasem na 1600 ISO da się coś już zrobić. Czasem trzeba jeszcze pomóc sobie lampą błyskową. Ale od razu mamy problem z balansem bieli, bo zawsze, gdy kościół jest ciemny, to na dodatek jest pomalowany na żółto i dostajemy na zdjęciu kolor niewiadomojaki. Bardzo się cieszę, że nie jestem fotografem ślubnym i nie mam na co dzień takich problemów.
Zrobiłem trochę zdjęć na świetle zastanym, trochę dodałem błysku. Młoda para siedziała spokojnie i mogłem użyć dosyć długiego czasu, na granicy poruszenia. Wszystko szło dobrze do momentu najważniejszego, czyli do przysięgi. Jest to chwila niezwykła również dlatego, że tylko ksiądz i fotograf jest dostatecznie blisko młodej pary, by widzieć każdy szczegół. Cała reszta gości ogląda to potem dopiero na zdjęciach. Presja na fotografa jest w tym momencie największa, tu nie ma szans, by coś powtórzyć. Na dodatek ksiądz ma swoją robotę  i nie przejmuje się, czy fotograf ma szanse na dobre zdjęcie. Nie można też pozwolić sobie na poruszone zdjęcia. Gdy jest zbyt ciemno, nie ma wtedy rady, trzeba błyskać.
Zaczyna się przysięga, robię pierwsze zdjęcie i zamiast robić dalej, najpierw oglądam, co mi wyszło. Niech żyje moja nieufność! Gdybym robił zdjęcia wtedy dalej, dzisiaj bym nie był w dobrym nastroju. Fotografia była kompletnie prześwietlona, z trudem mogłem rozpoznać kontury postaci. Zaczęło robić mi się gorąco. Zrobiłem drugie zdjęcie, mając nadzieję, że to tylko jakiś przypadkowy błąd. Ale nie, kolejne zdjęcie jest znowu śnieżnobiałe. Szybko sprawdzam połączenie lampy, wszystkie ustawienia. Niby jest OK ale trzecie zdjęcie znowu białe. Nie mam więcej czasu, bo przysięga już w trakcie, wyłączam lampę, czułość na maksa, przesłona w dół i robię zdjęcia. Mam kilka klatek, to jeszcze raz podejmuję próbę użycia lampy, automatyka nie działa, to robimy na manualu. Muszę zejść z mocą, pytanie tylko ile? No dobrze, niech będzie 1/64. Naciskam spust, jest dobrze, tylko lekkie prześwietlenie, da się poprawić na RAWie, robię dalej.
Nie pamiętam wiele z tamtych paru minut potem. Ważne, że zrobiłem materiał. Dopiero, gdy usiadłem po chwili, dotarł do mnie stres. Nie zazdroszczę fotografom ślubnych takich sytuacji.

Jesteśmy już w domu weselnym. Dlaczego znowu ściany są żółte? I na nowo pojawiają się te same problemy, co w kościele. Ciemno – no to błysk – fatalnie –  to długi czas – też źle. Trzeba mieszać, nie ma wyjścia. Lampa błyskowa zamrozi sylwetki, światło zastane naświetli tło i wprowadzi element ruchu. Ja lubię ten efekt, bo wnosi dynamikę ale część ludzi skomentuje takie zdjęcia jako „jakieś takie poruszone” I tu też nie zazdroszczę fotografom, którzy muszą sobie poradzić z takim problemem. Jutro z radością wrócę do mojego studia o białych ścianach i z normalnymi lampami :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Canon, foto mądrości, porady, sesja
komentarz

14 września 2010

| przez Artur Nyk

Jak to jest mieć szczęście i nie zgubić aparatu

Pisałem ostatnio o tym , że warto robić przemyślane zdjęcia i bardzo się mądrzyłem na ten temat. A czasem trzeba mieć po prostu szczęście. 
Robiłem w Tunezji dużą sesję dla biura podróży, gdzie fotografowałem hotele i atrakcyjne dla turystów miejsce. Ekipa była spora, ilość pracy jeszcze większa, a różnice kulturowe olbrzymie. Musiałem bardzo szybko nauczyć się miejscowych obyczajów, zwłaszcza, jak prowadzić kulturalne rozmowy na temat planowania zdjęć. Okazało się, że na początku nie byłem zbyt uprzejmy, mówiłem cicho i spokojnie, jak zawsze. Gdy jednak przyjrzałem się, w jaki sposób nasz kierowca rozmawia ze swoim szefem, pojąłem, jak powinienem to robić. Czyli zacząłem krzyczeć. I okazało się, że teraz jestem dostatecznie uprzejmy, by moje argumenty zostały wzięte pod uwagę. 
Był jeszcze drugi równie skuteczny sposób rozmowy. Gdy na lotnisku zatrzymano nas do kontroli bagaży, bo nasze torby ze sprzętem wyglądały podejrzanie, rozmowa z celnikiem wyglądała tak: co to jest? Aparat. Aha, a to? Obiektyw. Aha, a kamery macie? Nie. A to? Polaroid. Aha, a kamery macie? Nie. Aha, a to? To nadal jest aparat. Aha, a to? Obiektyw. Aha, a kamery…
Gdy po raz dziesiąty zeznałem, że aparat jest aparatem, w końcu uwierzyli, że nie mamy nawet jednej malutkiej kamery. I wpakowali cały nasz sprzęt do wielkiego worka na śmieci, zaplombowali i obiecali oddać, jak tylko pokażemy pisemną zgodę na robienie zdjęć. Owo zezwolenie miało czekać na nas na lotnisku. I czekało, tylko, że nie było kolesia, który mógł je nam wydać. Ten miły pan pojawił się w swoim biurze o 9:00 rano. My natomiast przylecieliśmy o 4:00 rano… Piękne są wschody słońca w Tunezji na lotnisku. Szkoda tylko, że nie mogłem zrobić zdjęcia, bo mój aparat był w worku na śmieci.
Dowiedzieliśmy się potem, skąd ta miłość do kamer. Mieliśmy piękne dziewczyny i facetów, sprzęt fotograficzny, to co innego mogliśmy robić, jeśli nie damsko-męski film w gorącym klimacie.
Potem już dogadywaliśmy się coraz lepiej i nawet jak się coś nie udawało, to nie mieliśmy kompleksów. Pewnego ranka nasz przewodnik narzekał, że cały poprzedni wieczór pił w knajpie piwo i na końcu dopiero zorientował się, że było bezalkoholowe. My popatrzyliśmy po sobie i też zrozumieliśmy, dlaczego ten specjalny gatunek piwa wczoraj taki dziwnie słaby był…
Nadeszła w końcu ta chwila, gdy pożegnaliśmy się z naszym przewodnikiem i na ostatnie dwa dni już tylko w cztery osoby pojechaliśmy z miejscowymi kierowcami na dwudniowy objazd po Tunezji. Ja słabo mówię po angielsku, oni słabo mówili po angielsku, dogadywaliśmy się więc znakomicie. Na szczęście słowa „Star Wars” są znane przez wszystkich. Pierwszy punkt programu miał być wizytą w domu Lucka Skywalkera, gdzie kręcono film. Jako, że widziałem Gwiezdne Wojny ze sto razy, było to dla mnie jednocześnie najważniejsze wydarzenie tego dnia. Poczułem się tam prawie jak Han Solo:)
Po sfotografowaniu każdego kamyczka, pojechaliśmy do samego serca Sahary. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w knajpce na mocną, słodką herbatę, gdzie rozmawialiśmy już tylko o wizycie na pustyni. Oczyma wyobraźni widziałem już olbrzymie wydmy z wędrującymi po nich wielbłądami. Uwierzyłem, że miejscowi przewodnicy, wiedząc, że mamy zrobić zdjęcia, które rozsławią ich kraj w Polsce, zawiozą nas w niezwykle piękne miejsca.  Przyjechaliśmy i widok rzeczywiście zaparł nam dech w piersiach. To jest serce Sahary? Tak właśnie wygląda? Po to przyjechaliśmy do Tunezji, by zobaczyć małą górkę z piasku rozjechaną przez samochody? Odbyła się więc rozmowa o znanym już schemacie: To jest to najpiękniejsze miejsce? Tak. Chcemy jechać na prawdziwą pustynię. To tu. I to jest to najpiękniejsze miejsce? Tak. Chcemy jechać na prawdziwą pustynię. To tu….
Rozmowa jak zwykle utknęła w martwym punkcie.  Ponieważ od czasu wizyty u Lucka, trzymałem aparat w ręku, zacząłem fotografować. Najpierw nie było nic ciekawego do robienia, ale mój pomysł, by nasz samochód z modelami przejechał krawędzią wydmy, zaowocował serią fajnych zdjęć. 
Na początek z zakopania się nissana, a potem z całej akcji wyciągania go z piasku. Tu okazało się, że kulturowo jesteśmy bardzo zbliżeni i dywaniki samochodowe jednakowo dobrze działają na śniegu, jak i na piasku. Mimo to, stosunki dyplomatyczne z kierowcami zostały na pewien czas zawieszone. 
Szybko jednak musiałem znowu je nawiązać. Kartę w moim Canonie już zapełniłem, więc sięgnąłem do plecaka. A raczej chciałem sięgnąć, bo plecaka nie było. Przekopaliśmy cały samochód. Dwa razy. W międzyczasie zdążyłem już podsumować straty w myślach : Mamiya, drugi Canon, obiektywy, przenośny dysk, paszport, karty itd…
Zaczęliśmy ustalać, gdzie ostatnio widzieliśmy plecak. W knajpie. Super, kierowca już tam dzwoni, rozmawia dosyć długo. Nie ma, nikt nie znalazł zielonego plecaka. No to pięknie, ciekawe po ile teraz chodzi Mamiya? Rozmawiamy jednak dalej: no to gdzie został plecak? W knajpie. Nie, tam go nie ma. To gdzie został? No w knajpie? Nie tam go nie ma. To gdzie? Aaaaa, w tej knajpie! W tej drugiej! To jedziemy. Przez godzinę podróży zdążyłem kilka razy obliczyć, ile będę musiał wydać na nowy sprzęt. 
Wchodzimy w końcu do baru i na nasz widok barman sięga od razu pod ladę i wyciąga mój plecak….
Jest wszystko! Kocham Tunezję!
Podobno nie miąłem się czego obawiać, bo na północy Tunezji, w przeciwieństwie do wybrzeża, nic nie ma prawa zginąć. Ale mój plecak kupiony dzień przed wyjazdem za 50 zł, nie wyglądał zbyt okazale. Potwierdzenie, że wybór był znakomity, dostałem jakiś czas potem w Warszawie na prestiżowym pokazie mody. Z niedowierzaniem zauważyłem , że fotoreporterzy mają identyczne zielone plecaki.
Piasek i woda, kombinacja idealna
Zderzenie z rzeczywistością – dom Lucka Skywalkera
Serce Sahary w najkorzystniejszym ujęciu
Tu się zakopujemy
Tu się wykopujemy
Ostatnie zdjęcie przed poszukiwaniem plecaka
Jaki koń jest, każdy widzi
Miejscowy Drive In
Miejscowy transport
Moje ulubione zdjęcie z Tunezji
Przenośna stacja benzynowa
Nasi tu byli

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Canon, Mamiya, sesja, sprzęt
komentarz

12 września 2010

| przez Artur Nyk

Przechowalnia kotów czyli o ulubionym obiektywie

Wszyscy wiedzą, że lubię bardzo koty i w związku z tym od czasu do czasu ktoś prosi mnie o zaopiekowanie się jakimś kotkiem przez parę dni. W ubiegłym roku była u mnie przez dwa tygodnie czarna kotka. I tyle o zwierzątkach, bo miało być o obiektywie.

Kiedy jeszcze pracowałem na Mamiya’i, moim ulubionym obiektywem do wszelkich zastosowań był 150/3,5.  Szkło portretowe o małej głębi ostrości i świetnym rysunku. Robiłem nim wszystko, od ludzi po zdjęcia makro (oczywiście z pierścieniami pośrednimi). Szukałem długo czegoś podobnego z Canona i po przeczytaniu wielu testów i obejrzeniu całej góry zdjęć, zaryzykowałem 85/1,8. I nie żałuję. Znowu mam obiektyw, którego najchętniej nie zdejmowałbym z aparatu. Oczywiście przed kupnem miałem wątpliwości, czy nie powinienem kupić wersji ze światłem 1,2. Obiektyw jest większy, czyli mógłby robić większe wrażenie na klientach :). Był sporo jaśniejszy, czyli mógłbym fotografować w gorszych warunkach oświetleniowych lub użyć krótszych czasów. Miałaby też mniejszą głębię ostrości. I był 5 RAZY droższy!!!
Rozumiem, że wszystko, co ma napis „professional”, musi więcej kosztować, ale ta różnica w cenie powaliła mnie na kolana.

Teraz już, mając doświadczenie z tym obiektywem, mogę ocenić, czy dobrze zrobiłem.
Klienci ostatnio chyba przestali zwracać uwagę na mój sprzęt, czyli punkt dla mnie.
Od czasu, jak kupiłem ten obiektyw, czyli od ponad roku nie robiłem portretów w ciemnych piwnicach, natomiast używałem go głównie w studio. Czyli drugi punkt dla mnie.
Na przesłonie 1,8 zrobiłem chyba jedno zdjęcie i jednocześnie było to pierwsze zdjęcie zrobione tym obiektywem, gdy sprawdzałem, czy działa. Przesłona przy portretach jest tak mała, że nawet, gdy chcę mieć rozmyte tło, zwykle zamykam ją do 2,5-2,8 albo 4. Gdybym więc miał jaśniejszy obiektyw i tak bym raczej z tego nie skorzystał. Czyli trzeci punkt dla mnie.

Niestety, mam wątpliwości, czy wygrałbym też w kolejnym starciu, gdy porównywałbym rysunek obu szkieł. Z mojego obiektywu jestem bardzo zadowolony, zrobiłem nim m.in. kalendarz z aktami, wydrukowany w formacie 50×70 i efekt jest świetny. Ale może gdybym miał ten drugi obiektyw… Dopóki nie porównam ich w tej samej sytuacji, nie przekonam się. Obawiam się jednak, że te ewentualne różnice będę widział tylko ja, a nie moi klienci (tak sobie wmawiam, by uspokoić sumienie).

Ogólnie wygrywam więc co najmniej 3:1. I pozostaje mi w kieszeni 6500zł różnicy w cenie. A to pozwala, by np. pojechać na dwa tygodnie na Kubę i zrobić całą masę fajnych portretów :)

Szybko poruszający się kot, czyli moje pierwsze zdjęcie nowym obiektywem. 
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Canon, foto mądrości, Mamiya, porady, sprzęt
komentarz

22 sierpnia 2010

| przez Artur Nyk

Jak trzymać aparat czyli po co nam głowa

Zawsze byłem przeciwnikiem aparatów bez wizjera optycznego. Wizjery eletroniczne też są raczej koszmarnie kiepskim rozwiązaniem. Całe życie fotografowałem, patrząc przez wizjer i zawsze byłem bardzo nieszczęśliwy, gdy musiałem czasem zrobić jakieś zdjęcie na wielkim formacie, gdzie widziałem obraz na matówce nie dość, że do góry nogami, to jeszcze odwrócony prawo-lewo. Gdy pojawiły się tanie cyfry i wszyscy zaczęli robić zdjęcia, trzymając aparaty przed sobą, byłem mocno zawiedziony, w jaką stronę zmierza fotografia.
Dlaczego jest to takie kiepskie rozwiązanie? Wbrew pozorom, znacznie trudniej jest w taki sposób precyzyjnie ustalić kadr. Ręce się trzęsą, najczęściej na wyświetlaczu jest cała masa informacji, które tylko przeszkadzają, a do tego, gdy świeci mocno słońce to i tak niewiele widzimy. Oczywiście, są sytuacje, kiedy przydaje się taki podgląd, gdy trzymamy aparat np. nad głową lub na poziomie ziemi. Ale to tylko wyjątki. Dlaczego lepiej jest patrzeć przez wizjer? Ponieważ głowa jest podobno najbardziej stabilną częścią ciała. Opierając o nią aparat, zapewniamy sobie najwyższą możliwą stabilizację obrazu. Tak, wiem, że teraz prawie każdy aparat ma wbudowaną stabilizację obrazu, ale nie zawsze dobrze to działa. A gdy fotografujemy używając długiej ogniskowej to każda stabilizacja, jaką możemy sobie zapewnić, jest mocno pożądana. Druga zaleta używania wizjera to odcięcie się od całego świata. Patrząc przez wizjer, będziecie mogli skupić się wyłącznie na kadrze. A to wyjdzie na zdrowie każdej fotografii:)

Dobrze, przyznaję, że sam mimo wszystko korzystam czasem z Live View w moim Canonie. Przydaje się to przy fotografii architektury, oczywiście używając statywu. Mogę wtedy precyzyjnie ustawić kadr i wypoziomować aparat.

Ale wtedy trochę się wstydzę że tak robię :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Canon, foto mądrości, porady
komentarz

11 sierpnia 2010

| przez Artur Nyk

Zdjęcia drogi

Canon to dla mnie mistrz ergonomii, ajfon też pod tym względem jest świetny. Ale spróbujcie zrobić jedną ręką zdjęcie telefonem w czasie jazdy. Projektanci raczej nie przewidzieli, że ludzie będą robić tak głupie rzeczy. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ekran dotykowy. Nie dość, że najpierw trzeba odwrócić wzrok od drogi, by znaleźć ten przycisk, to jeszcze jest tak umiejscowiony, że jedną ręką ciężko jest go nacisnąć, trzymając jednocześnie aparat (telefon). Innymi słowy, nie róbcie tego!
A wszystko po to, by zrobić zdjęcie tira z moim nazwiskiem :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Canon
komentarz
← 1 … 5 6 7

Kategorie

5Ds (5) akt (8) Aperture (46) Apple (24) architektura (18) asystent fotografa (3) b&w (5) backstage (76) Bowens (9) Canon (69) Capture One (5) dobre zdjęcia (53) do kawy (116) eduweb (7) Elinchrom (33) foto mądrości (177) fotopiwo (8) Jak to zrobiłem (91) Jak zostać fotografem (10) Lightroom (2) Mamiya (19) Nikon (19) Photoshop (25) plenery (27) podróże (13) porady (123) portret (6) realizacje (68) reklama (20) samochody (59) sesja (191) sprzęt (113) Spytaj Artura (33) sztuka (6) test (25) video (20) warsztaty (43)

Ostatnie wpisy

  • 10. Jak wybrać oświetlenie fotograficzne – Lampy LED
  • Gram z Wielką Orkiestra Świątecznej Pomocy
  • 9. Mit 2 – Jasny obiektyw zawsze jest najlepszy 
  • 8. Obalamy mity – Pełna klatka nie zawsze jest lepsza
  • 7. Kupujemy aparat. Czyli o wyższości Canona nad Nikonem. Albo odwrotnie.
  • 6. Potem będę dużo zlecał, ale…
  • 5. AAAAAA, zdjęcia oferuję tanio

Archiwa

  • marzec 2024 (1)
  • styczeń 2024 (3)
  • grudzień 2023 (7)
  • luty 2023 (1)
  • wrzesień 2020 (2)
  • sierpień 2020 (2)
  • luty 2018 (1)
  • maj 2017 (1)
  • kwiecień 2017 (1)
  • marzec 2017 (3)
  • luty 2017 (2)
  • październik 2016 (1)
  • kwiecień 2016 (3)
  • marzec 2016 (1)
  • luty 2016 (2)
  • styczeń 2016 (3)
  • grudzień 2015 (3)
  • październik 2015 (1)
  • wrzesień 2015 (2)
  • sierpień 2015 (1)
  • lipiec 2015 (1)
  • czerwiec 2015 (4)
  • maj 2015 (2)
  • kwiecień 2015 (3)
  • luty 2015 (2)
  • styczeń 2015 (14)
  • grudzień 2014 (21)
  • listopad 2014 (6)
  • październik 2014 (3)
  • wrzesień 2014 (2)
  • sierpień 2014 (4)
  • lipiec 2014 (1)
  • czerwiec 2014 (2)
  • maj 2014 (5)
  • kwiecień 2014 (5)
  • marzec 2014 (3)
  • luty 2014 (4)
  • styczeń 2014 (7)
  • grudzień 2013 (5)
  • listopad 2013 (6)
  • październik 2013 (4)
  • wrzesień 2013 (8)
  • sierpień 2013 (5)
  • lipiec 2013 (5)
  • czerwiec 2013 (5)
  • maj 2013 (1)
  • kwiecień 2013 (3)
  • marzec 2013 (3)
  • luty 2013 (4)
  • styczeń 2013 (6)
  • grudzień 2012 (8)
  • listopad 2012 (8)
  • październik 2012 (8)
  • wrzesień 2012 (1)
  • sierpień 2012 (11)
  • lipiec 2012 (8)
  • czerwiec 2012 (10)
  • maj 2012 (8)
  • kwiecień 2012 (8)
  • marzec 2012 (9)
  • luty 2012 (13)
  • styczeń 2012 (12)
  • grudzień 2011 (10)
  • listopad 2011 (16)
  • październik 2011 (20)
  • wrzesień 2011 (19)
  • sierpień 2011 (5)
  • lipiec 2011 (15)
  • czerwiec 2011 (26)
  • maj 2011 (19)
  • kwiecień 2011 (17)
  • marzec 2011 (16)
  • luty 2011 (24)
  • styczeń 2011 (20)
  • grudzień 2010 (18)
  • listopad 2010 (20)
  • październik 2010 (28)
  • wrzesień 2010 (22)
  • sierpień 2010 (14)

© Artur Nyk

↑

Polityka plików cookies

Mam najlepsze ciasteczka, idealne do kawy. Życzę miłego oglądania moich fotografii Odwiedź stronę Polityka plików „cookies” aby dowiedzieć się więcej.

Close