×
Artur Nyk Blog
  • Fotografie
  • O mnie
  • Jak zostać fotografem
  • Jak to zrobiłem
  • do kawy
  • Fotografie
  • O mnie
  • Jak zostać fotografem
  • Jak to zrobiłem
  • do kawy

10 czerwca 2011

| przez Artur Nyk

Jak ja to zrobiłem???

Zdarzyło się Wam zapomnieć, jak zrobiliście jakieś zdjęcie? Ja mam czasem ten problem. Patrzę na zdjęcie i za żadne skarby nie mogę sobie przypomnieć, jak ustawiłem wtedy światło…
Staram się zawsze robić zdjęcia całego planu, aby móc w przyszłości powrócić do takiego samego światła. Ale też nie zawsze da się to zrobić na jednym zdjęciu, bo lampy się np. na wzajem zasłaniają albo nie mogę się dostatecznie cofnąć, by objąć cały plan.

Od pewnego czasu używam fajnego programu na ajfona Strobox. Aplikacja jest bezpłatna i dostępna w App Store. Strobox to rodzaj szkicownika – pamiętnika dla fotografa. Mamy do dyspozycji dużą gamę sprzętu, lamp, blend, które możemy sobie dowolnie rozstawiać po planie zdjęciowym.
Ja korzystam z tego nie tylko, aby zanotować, jak zrobiłem zdjęcie, ale głównie służy mi do projektowania światła przed sesją.
Do tego celu program nadaje się znakomicie. Zwłaszcza przy większych sesjach, gdzie kilka razy trzeba zmienić plan, zamiast tłumaczyć asystentom, gdzie i co mają rozstawić, wystarczy dać im schemat.

Program ma też parę wad. Raz zapisanego ustawienia lamp nie da się edytować. Nie można też rozróżnić wielkości softów, te różnią się tylko kształtami, więc gdy mamy dwie okty o różnej wielkości, sami musimy wymyślić, jak to oznaczyć.
Pomimo tego i tak program jest wart polecenia.

 Tak wygląda ekran w trakcie ustawiania lamp

Po zapisie możemy już tylko obejrzeć schemat. Lampa na boomie w dziwnej perspektywie to sposób zaznaczenie lampy świecącej z góry.

 No i opcja: Wyślij do asystenta :)
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
backstage, Jak to zrobiłem, sesja, sprzęt
komentarz

8 czerwca 2011

| przez Artur Nyk

Drobne oszustwo

Spójrzcie na to zdjęcie, czy widzicie, co jest nie tak? Robiąc to zdjęcie do kalendarza Rzecz Śląska, nie przewidziałem jednej rzeczy. Dopiero na sesji zorientowałem się, że nie ma szans, by zrealizować je tak, jak sobie wymyśliłem. 
Dostałem wstępny pomysł, by sfotografować Kamila Durczoka na Nikiszowcu, miejscu wybitnie śląskim, a  jednocześnie naszpikowanym antenami satelitarnymi. Ja rozwinąłem ten pomysł i wymyśliłem, by Kamil siedział na parapecie okna z nogami na zewnątrz. Sam nie wiem, jak to zrobiłem, że się zgodził na to, ale wiem, że raczej już mnie nie lubi :)
Znalazłem odpowiednie miejsce, zapukałem do drzwi, gdzie otworzyła mi starsza pani. Czy mogę skorzystać z pani okna, by sfotografować Kamila Durczoka? Oczywiście, nie ma problemu. Pani nawet się nie zdziwiła. Ludzie w mieszkaniu po drugiej stronie ulicy też niczemu się nie dziwili, tylko pozwolili mi wejść do swojego mieszkania, bym mógł robić zdjęcia. Fajni ludzie tam mieszkają :)
Znaleźliście już, co jest nie tak?

Gdy oglądałem sobie plener z wysokości chodnika, widziałem go dokładnie tak, jak jest teraz na zdjęciu. Gdy znalazłem się już w trakcie sesji w mieszkaniu naprzeciw, to okazało się, że w obiektywie aparatu  nie wygląda to tak, jak chciałem, Aby sfotografować okno z Kamilem, musiałem użyć obiektywu standardowego, czyli 80mm ( Mamiya ). Tylko, że wtedy familoki po lewej stronie zajmowały w kadrze tylko mały fragment obrazu. Aby sfotografować je tak, jak chciałem, musiałem użyć obiektywu 150 mm, co powodowało, że w kadrze na pierwszym planie mieściły się tylko buty Kamila…
Fizyki nie oszukam, to od razu zrozumiałem i zrobiłem najpierw familoki po lewej stronie na 150 mm, a potem spokojnie robiłem zdjęcia Durczokowi.

Dziękujemy ci Photoshopie :)

Ponieważ pojawiają się głosy, że Durczok jest wklejony, to proszę jeszcze kilka zdjęć z planu.

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
architektura, Jak to zrobiłem, Mamiya, sesja
komentarz

8 czerwca 2011

| przez Artur Nyk

Wszystko było nie tak

Przeszukując dzisiaj zdjęcia, wpadła mi w oko jedna fotografia z bardzo dziwnej sesji.
Było to kilka lat temu, gdy pracowałem dla Gerlacha. Robiłem dla nich dużą serię zdjęć katalogowych i aranżowanych porcelany i sztućców. W pewnym momencie pojawił się temat sesji zdjęciowej z modelkami do jakiegoś magazynu life style’owego. Nazwy nie podaję nie dlatego, że nie chcę, ale dlatego, że nie pamiętam. Pierwszy raz wtedy dowiedziałem się, że taki tytuł istnieje.
W agencji, która obsługiwała Gerlach, powiedziano mi, że tym razem klient zdecydował, że zdjęcia będzie robił jakiś bardzo dobry fotograf z Warszawy.

No trudno, nie mogę przecież robić wszystkiego. Na drugi dzień zadzwonił do mnie Wojtek z Akademii Fotografii z propozycją, bym to ja zrobił tę sesję. Przez godzinę nie mogłem opanować śmiechu na myśl o minie klienta, gdy zobaczy mnie na sesji :)
Okazało się, że magazyn zlecił sesję Akademii Fotografii, a oni zadzwonili do mnie.

Gdy jednak przyjechałem na miejsce z moimi asystentami to mnie nie było do śmiechu. Dowiedziałem się, że między magazynem, a Akademią była jeszcze jedna agencja dziwnego pokroju, której zadaniem była organizacja strony.
Założenia były takie: sesja odbywa się w restauracji Belvedere w Łazienkach, gdzie jest mnóstwo światła i bieli, są dwie modelki z agencji Gudejko, a stroje są lekkie i przewiewne, w klimacie restauracji.
Natomiast realia lekko się różniły… Na miejscu dowiedzieliśmy się, że zdjęcia będą w restauracji, w Łazienkach, niedaleko Belvedere. Taka subtelna różnica. No i zamiast jasnego, rozświetlonego wnętrza, znaleźliśmy się w restauracji całkiem fajnej, ale o wystroju bardzo ciemnym i zupełnie innym klimacie.
Również modelki nie miały nic wspólnego z agencją Gudejko.

Rzeczy, które przygotował stylista, zupełnie nie pasowały do klimatu miejsca. Modelkami też nie byliśmy zachwyceni. Na dodatek dowiedzieliśmy się, że zamiast 8 godzin na sesję, mamy tylko 4.

Gdy już się uspokoiliśmy, zaczęliśmy się  zastanawiać, co robimy w tej sytuacji. Ja byłem za powrotem do domu, bo tego typu potraktowanie nas wszystkich było dla mnie niedopuszczalne.
Sławek na wszelki wypadek zaczął przygotowywać modelki, a my wisieliśmy na telefonach, rozmawiając ze wszystkimi, którzy maczali palce w tej sesji. Po dwóch godzinach Sławek zdążył przygotować dziewczyny, a my postanowiliśmy jednak zrobić zdjęcia, choć dzisiaj już nie pamiętam, co przeważyło o tej decyzji.

Zostały nam dwie godziny, na cztery zdjęcia. Gdy robiliśmy ostatnie zdjęcia, kelnerzy już bardzo nerwowo chodzili na około nas i prosili, byśmy kończyli, bo zaraz przyjdą klienci.
To zdjęcie, które tu pokazuję, było chyba najlepsze ze wszystkich. Po obróbce nawet dobrze wygląda, nie widać, że ściany są zielone, a sukienki różowe…

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Jak to zrobiłem, realizacje, sesja
komentarz

7 czerwca 2011

| przez Artur Nyk

Aperture ważniejszy niż aparat

Chyba już zorientowaliście się, że lubię Aperture. Ten program był powodem mojego przejścia na maki, a teraz już nie wyobrażam sobie pracy ze zdjęciami bez Aperture. Początki nie były łatwe, pierwsza wersja, chociaż już miała dużo fajnych bajerów, nie była mistrzem wydajności. Ta poprawiła się mocno w wersji 2,  a Aperture 3 to już rewelacja.

Ale mnie na początku największą trudność sprawiła kompletnie inna filozofia pracy w tego typu programie. Wcześniej miałem na pececie prostą przeglądarkę IrfanView (całkiem fajną zresztą), a wszystkie operacje na RAWach robiłem albo w programach Canona, albo w Photoshopie.
Wszystkie zdjęcia trzymałem w katalogach systemowych, osobno RAWy, osobno tiffy i jpgi. W jednych katalogach miałem duże obrobione zdjęcia, w drugich pomniejszone do wysyłania mailem. Każde zdjęcie było fizycznie obecne na dysku i miałem do niego dostęp z poziomu systemu. Uważałem to za całkiem normalny sposób trzymania zdjęć na kompie. Oczywiście miało to wiele wad, nie było łatwo znaleźć konkretnego zdjęcia, a wiele z nich miałem w kilku miejscach jednocześnie, co zajmowało niepotrzebnie miejsce na dysku. Teraz nie śmiejcie się. To wszystko było w czasach, gdy mój komputer miał dysk 20 GB… Jakoś dawałem sobie radę :)

Gdy przeszedłem na Aperture, wydawało mi się dziwnym pomysłem, by wrzucać wszystkie zdjęcia do biblioteki programu, gdzie nie miałem do nich normalnego dostępu inaczej, jak przez Aperture. Ponieważ jest możliwość, by zamiast importu zdjęć do biblioteki, korzystać z normalnej struktury plików, wybrałem taką opcję. Wytrwałem w ten sposób może z miesiąc. Bałagan, jaki zrobiłem w ten sposób, był ogromny. A wszystko z powodu braku konsekwencji. Bo zamiast korzystać tylko z programu, to raz robiłem coś w Aperture, a raz bezpośrednio z poziomu systemu. Generalnie powstał tak wielki chaos, że nie miałem już innego wyjścia, musiałem zawierzyć idei jednej biblioteki.

Przez pewien czas było to dziwne, ale już po tygodniu zrozumiałem, jak to wszystko działa i z każdym dniem przekonywałem się już coraz bardziej. Nie musiałem już mieć dwóch tych samych zdjęć w dwóch katalogach, jeśli nie mogłem się zdecydować, do jakiej kategorii je zakwalifikować. Nie musiałem też trzymać miniaturek, bo te robiły się dopiero w trakcie eksportu.
To była druga dziwna na początku dla mnie zasada. Zdjęcia zawsze mają w Aperture oryginalne rozmiary i dopiero w momencie, gdy chcemy je wysłać na zewnątrz, decydujemy, jaki mają mieć format i rozmiar. Ta genialna zasada pozwala dowolnie modyfikować wygląd zdjęcia aż do momentu gdy będziemy zadowoleni, a jednocześnie mamy ciągle jeden oryginalny plik. Wszystkie operacje bowiem są robione w sposób nieingerujący w oryginał, czyli w każdym momencie mogę zmienić dowolne ustawienie koloru, ekspozycji, kontrastu, krzywych itd. Mogę też tworzyć dziesiątki wersji tego samego zdjęcia, fizycznie mając na dysku ciągle tylko jeden plik.
Tego typu funkcji usprawniających pracę, są tam dziesiątki. Szkoda, że Apple nie płaci mi za reklamę, bo mógłbym być świetnym ambasadorem Aperture :) Przy okazji to chyba najtańszy program tego typu, w App Store kosztuje 63 euro.

Nieskromnie dodam, że niedługo będę prowadził szkolenie z Aperture w Warszawie :) Uwielbiam opowiadać o nim, gdybym miał przestać fotografować to tylko po to, by szkolić z Aperture :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, Apple, porady, warsztaty
komentarz

6 czerwca 2011

| przez Artur Nyk

Po co nam prawa autorskie czyli jak na nich zarabiać ?

Wiedza na temat praw autorskich wśród klientów jest bardzo niewielka. Najczęstszym pytaniem, z jakim się spotykam, jest: Jak to? Płacę za zrobienie zdjęć i nie mogę ich potem wykorzystać?
Klient najczęściej traktuje pracę fotografa, jak usługi hydraulika. Facet przychodzi, dokręca parę rurek, mówi kilka fachowych zdań, a na końcu woda leci bez problemu. Wystarczy więc zapłacić za usługę i po sprawie.
No tak, ale za tę wodę też trzeba potem zapłacić i to tak dużo, jak dużo się jej zużyje. I tak właśnie w uproszczeniu powinny funkcjonować opłaty za prawa autorskie.

To jeszcze raz od początku, czym są prawa autorskie? Najłatwiej  zdefiniować je jako prawo do pobierania opłat za nasz wkład w dzieło w tym przypadku fotografię), który sprawia, że jest ono unikalne. Nie mówię tu celowo, że fotografia ma być genialna, może być wyjątkowo kiepska, ważne, że powstała według naszej wizji.
Ta cecha unikalności sprawia, że klient chce używać zdjęcia w celu przynoszącym mu korzyść. Tą korzyścią może być własna reklama (internet, billboard, gazeta itp.), ale też sprzedaż produktów z tą fotografią (kalendarz, kubek, tapeta itp.).

Aby zrobić zdjęcie, potrzebne jest często wiele składowych: trzeba gdzieś pojechać, poczekać na odpowiednią pogodę, wypożyczyć dodatkowy sprzęt fotograficzny albo innego rodzaju, potrzebny jest wkład innych osób, modelek, fryzjerów, wizażystek, stylistów, scenografów, producentów, asystentów itd.
Cała ta praca składa się na wycenę dnia zdjęciowego czyli każdy musi otrzymać wynagrodzenie za swój czas pracy. Ale nie ma tu jeszcze wynagrodzenia za prawa autorskie.
Oczywiście, możecie zapytać dlaczego klient, który płaca za tą całą ekipę i jej pracę, w wyniku której powstaje zdjęcie, nie może tego zdjęcia wykorzystać?
No dlatego, że tak konstruujemy wycenę zdjęcia. Osobno wyceniamy dzień zdjęciowy, a osobno prawa autorskie. Jasne, że moglibyśmy wszystko wsadzić do jednego worka i podać klientowi cenę za wszystko. Ale to nie jest korzystne dla nikogo, bo nie wiadomo, co tak na prawdę i za ile kupujemy.

Teraz trochę spojrzenia księgowego na sprawę. O ile potocznie mówimy o prawach autorskich, to w rzeczywistości  powinniśmy mówić o licencji na wykorzystanie zdjęcia. Dla klienta kupno praw autorskich z punktu widzenia księgowego to same kłopoty, ponieważ prawo autorskie do danej fotografii jest środkiem trwałym, który należy uwzględniać w bilansach itd. Generalnie księgowi zawsze odradzą szefowi kupno praw autorskich. Inaczej wygląda sprawa kupna licencji. Tę bez problemu wrzuca się w koszty i po kłopocie.
Dla fotografów też ma to duże znaczenie. O ile sprzedacie prawa autorskie to już nigdy nie będziecie mogli liczyć nawet na złotówkę zarobku z tego zdjęcia. Jeśli sprzedacie licencję to po jej wygaśnięciu znowu możecie dysponować fotografią.

Ostatnio pisałem, by ograniczać prawa do zdjęć i pytaliście, co to oznacza. Przy sprzedaży licencji określamy kilka jej parametrów: pole eksploatacji, czas i terytorium. Polem eksploatacji są wszystkie możliwe nośniki i miejsca, gdzie zdjęcie może się ukazać, czyli internet, plakat, folder, kubek, spot telewizyjny i wszystkie inne miejsca, w których można pokazać, wyświetlić, wydrukować fotografię (publiczny pokaz slajdów również ). Czas określa, jak długo klient może korzystać ze zdjęcia (miesiąc, rok, 10 lat ). Terytorium to oczywiście kraje, gdzie zdjęcie może być wykorzystywane.
Czasem jeszcze określa się branżę. Dotyczy to np. zdjęć kupowanych w bankach zdjęć, gdzie możemy spotkać się z fotografiami, których można użyć tylko w określonych branżach, ponieważ licencje na te zdjęcia zostały już kupione na konkretną branżę.

Im precyzyjniej określimy te parametry, tym większą mamy szansę na późniejsze czerpanie korzyści ze sprzedaży zdjęć. Wyobraźcie sobie sytuację, gdy sprzedajecie licencję na zdjęcie na kalendarz na rok, na terytorium Polski. Klient ma wtedy swój indywidualny kalendarz i wie, że nikt nie będzie miał takiego samego. To oczywiście korzyść dla klienta. Wy natomiast nie możecie sprzedać tego zdjęcia drugi raz w Polsce, ale możecie sprzedać w Czechach.

Zaraz, czy na pewno nie możecie?

Oczywiście, że możecie. Sprzedaliście licencję na kalendarz, czyli nadal możecie sprzedać to zdjęcie innemu klientowi do internetu. Może też sprzedać licencję na to samo zdjęcie na kalendarz innemu klientowi. Czy jest w tym coś złego? Ten pierwszy klient raczej nie będzie zadowolony, że jeszcze ktoś ma kalendarz z tym samym zdjęciem.
Dochodzimy tu do kolejnego aspektu praw autorskich. Otóż licencję możemy wystawić na wyłączność lub nie. Jeżeli więc klient chce mieć niepowtarzalny kalendarz, kupuje licencję na wyłączność. Jeśli nie zależy mu na tym, kupuje licencję niewyłączną, a my możemy sprzedać zdjęcie po raz drugi.

Operując tymi wszystkimi parametrami, możemy w łatwy sposób tak ustawić sobie sprzedaż zdjęcia, aby nawet przy niskiej cenie była ona dla nas korzystna. Wystarczy z klientem, który ma mały budżet, dogadać się, że zapłaci za wykonanie zdjęcia i za licencję niewyłączną na np. kalendarz, ale my będziemy mogli to zdjęcie sprzedawać dalej. Dla niektórych klientów nie będzie to miało znaczenia, że ktoś jeszcze użyje tego samego zdjęcia.

Z drugiej strony świetnym argumentem na podniesienie ceny jest przekonanie klienta, by wykupił wyłączną licencję, co zagwarantuje mu niepowtarzalność fotografii.
Mam nadzieję, że teraz już rozumiecie, dlaczego można w banku zdjęć kupić fotografię za parę złotych :)

Dla nas, fotografów, najważniejsze jest, by raz zrobione zdjęcia co jakiś czas przynosiły zarobek. To sprzedaż licencji powinna być głównym źródłem przychodu. Życzmy sobie wszyscy, by w naszym kraju z czasem do tego doszło :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
foto mądrości, porady
komentarz

5 czerwca 2011

| przez Artur Nyk

Robię zdjęcia na ślubie

No przyznaję się, zrobiłem parę zdjęć na ślubie i to do tego ajfonem. Ale nie mogłem się opanować, bo światło było piękne, kościół jeszcze piękniejszy, a ślub brali Alicja i Patryk, który kiedyś był moim asystentem i dzięki któremu poznałem wielu fajnych ludzi.

Ślub był w Chorzowie w kościele św. Wawrzyńca, gdzie kiedyś spędziłem całą noc na fotografowaniu zabytkowych obrazów. Trafiłem tam w trybie awaryjnym, bo poprzedni fotograf nie poradził sobie z tematem. Zamknęli mnie w kościele na całą noc i gdy o 6 rano wyszedłem, zobaczyłem już mały tłum ludzi czekających na pierwszą mszę. Byli mocno zaniepokojeni błyskami, które pojawiały się w oknach kościoła. Na szczęście ksiądz wyjaśnił całą sytuację :)

Ślub był wzruszający, kazanie mądre, czyli było dokładnie tak, jak powinno być. Wszystkiego najlepszego Alicjo i Patryku :)))

Nie dość, że samochód fajny to jeszcze rejestracja spodobała mi się :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
do kawy
komentarz

3 czerwca 2011

| przez Artur Nyk

Jak robić kalkulacje

Kalkulacja niby prosta sprawa. Ktoś pyta, ile kosztuje zdjęcie, a Wy musicie podać konkretną cenę. Cały problem polega na tym, by wiedzieć lepiej, niż klient, co tak naprawdę jest mu potrzebne. Często spotykam się z takim rodzajem pytania: to zajmie panu jakieś 3-4 godziny, to ile będzie kosztowała sesja?
Gdy słyszę coś takiego, to już wiem, że nic z tego nie będzie. Skoro klient wie już, ile zajmie mi czasu sesja, to znaczy, że spodziewa się stawki godzinowej porównywalnej np. z murarzem albo co najwyżej mechanikiem samochodowym.
Gdy tłumaczę, że 3-4 godziny to mogą równie dobrze potrwać przygotowania modelek do sesji, to zostaję uznany za naciągacza albo też klient przekonuje mnie, że wizaż nie jest potrzebny taki dokładny, a stylistka to już zupełnie nie wiadomo po co, przecież modelki mogą przynieść jakieś ciuchy.
Tak czy inaczej wiem, że dla takiego typu klientów każda moja kalkulacja będzie za droga, bo spodziewają się, że godzina sesji to koszt 50 zł. No i trzecia godzina gratis :)

Ale na szczęście są też inni, poważniejsi klienci. Oni też nie zawsze wszystko wiedzą na temat przebiegu sesji, ale w przeciwieństwie do tych pierwszych, rozumieją, że za pewne rzeczy trzeba zapłacić. Trzeba jednak przekonać ich do tego i pokazać dokładnie, za co płacą.
Wyobraźcie sobie, że jako klient dostajecie wycenę sesji na zasadzie: to będzie 5000 zł. Nawet, jak będziecie na to przygotowani, to i tak będziecie chcieli wiedzieć, skąd ta kwota albo też zdziwi Was, dlaczego za parę godzin pracy fotograf ma dostać tyle kasy.
Znacznie lepiej będzie wyglądała taka wycena :

1. Dzień zdjęciowy fotografa 1000 zł
2. Asystent 200 zł
3. Wizaż 300 zł
4. Fryzjer 400 zł
5. Modelka dzień zdjęciowy 400 zł
6. Catering 150 zł
7. Scenografia 300 zł
8. Obróbka graficzna 350 zł
9. Prawa autorskie fotograf 1500 zł/1 rok
10. Prawa autorskie modelka 400 zł/1 rok
razem 5000 netto.

Mamy tą samą kwotę, ale tym razem klient widzi, jak dużo składników wchodzi w wycenę. O ile za pierwszym razem łatwo mu negocjować całą kwotę, to teraz musi negocjować każdy składnik. Nam natomiast daje to możliwość żonglowania poszczególnymi kwotami. Jeżeli uznamy, że któraś składowa cena może być za wysoka, to łatwo ją zmniejszyć i przerzucić na kilka innych składowych.

Dla fotografa korzystniejsze jest też zwykle, by większą część wynagrodzenia stanowiły prawa autorskie, a nie dzień zdjęciowy. Zwłaszcza, jeśli nie sprzedajemy praw na zawsze, bo jeśli za rok czy dwa, klient zdecyduje się dokupić prawa, to możemy otrzymać tym więcej, im większa kwota była ustalona za pierwszym razem.

Prawa autorskie to największe dobro fotografa i to na nich powinien zarabiać najwięcej. Im bardziej ograniczycie prawa w kalkulacji, tym więcej możecie zyskać.

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
foto mądrości, porady, sesja
komentarz

2 czerwca 2011

| przez Artur Nyk

Patrzę na wszystkich z góry

W czwartek balansowałem na rusztowaniu, by zrobić zdjęcie dużej grupie ludzi. Rusztowanie miało stabilność podobną do pięciu jajek ustawionych jedno na drugim. Ale gdy już przestałem się trząść razem z rusztowaniem, udało mi się nawet zrobić zdjęcie. Zapanowanie nad kilkudziesięcioma osobami nie jest łatwe, nawet jeśli te osoby chcą z nami współpracować. A gdy chcemy z tych osób stworzyć konkretną formę, to stopień trudności rośnie.
Ja obserwowałem wszystko z góry, a Przemek ustawiał ludzi, kierując się moimi wskazówkami. Mieliśmy mało czasu, bo w każdej chwili mógł lunąć deszcz. Na szczęście deszcz poczekał, aż skończymy i dopiero wtedy zaczął padać.

Oczywiście jako stuprocentowy profesjonalista, przygotowałem się do tego zdjęcia. Zrobiłem sobie autoportret, występując w roli wszystkich ludzi naraz. Po profesjonalnej obróbce, jaką samodzielnie zrobiłem, uzyskałem kształt strzałki, jaki chciałem uzyskać. Teraz mogłem już realizować poważne zlecenia.

Po tym doświadczeniu stwierdziłem, że otwierają się przede mną nowe możliwości pracy jako model :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
backstage, sesja
komentarz

1 czerwca 2011

| przez Artur Nyk

Falowa teoria fotografii

A miało być dzisiaj tak pięknie i spokojnie. Planowałem wrzucić do iStocka kolejne zdjęcia. Zainstalowałem już plug-in do Aperture i wygląda na to, że będzie to teraz szybsze i łatwiejsze.

Ale ledwo przyszedłem do studia, zadzwonił jeden klient z potwierdzeniem sesji. Musiałem więc puścić w ruch całą machinę i dzwonić do ludzi, by też im potwierdzić. Jednocześnie dostałem potwierdzenie czwartkowej sesji w Krakowie i też musiałem w związku z tym załatwić parę spraw. Jednocześnie okazało się, że nie dojdzie do skutku piątkowa sesja we Wrocławiu i też trzeba było odkręcić kilka rzeczy. I jeszcze jednocześnie w związku z pierwszą sesją, mogłem potwierdzić inną sesję do portfolio, która powiązana jest z czwartkową sesją. W międzyczasie jeszcze rozmawiałem o innej sesji na koniec czerwca, która wymaga przygotowań już teraz.

Rozumiecie jeszcze coś z tego? Bo ja się dzisiaj już zacząłem gubić, do kogo mam dzwonić w związku z którą sesją i co z kim ustalić. Już tak jest, że albo nie dzieje się nic, albo wszyscy nagle decydują się na zdjęcia. Nazywam to teorią falową, bo wszystko odbywa się falami, fala zleceń, fala bezrobocia. I tak cały czas.

Nie zdążyłem ani pół zdjęcia wysłać do iStocka. I jutro pewnie też się nie uda. Ale przynajmniej nie mam poczucia, że przez to tracę dużą kasę :) Dzisiaj policzyłem sobie, że aby zarobić tam 100 zł, moje zdjęcia muszą się sprzedać za prawie 700 zł, a to może oznaczać i 700 transakcji, jak źle pójdzie.
Lubię to :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture
komentarz

1 czerwca 2011

| przez Artur Nyk

Idealne połączenie

To jedno z moich najbardziej ulubionych zdjęć i jednocześnie jedno z pierwszych zrobionych na Canonie 1 Ds mk3. Wczoraj pisałem o nim dużo, dzisiaj dla równowagi pozwolę się Wam nacieszyć samym obrazem. A to, co na nim jest, to klasyczne piękno. Jaguar też jest piękny :)
A dlaczego wspominam o Canonie? Trochę się bałem, jak sobie poradzi w tak trudnych warunkach oświetleniowych. Efekt bardzo mnie zachwycił, piękne przejścia tonalne, kolor i brak problemów w cieniach. 
Ale kto by się tu przyglądał  cieniom :)
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Canon, dobre zdjęcia, sprzęt
komentarz

Nawigacja

Starsze
Nowsze

Kategorie

5Ds (5) akt (8) Aperture (46) Apple (24) architektura (18) asystent fotografa (3) b&w (5) backstage (76) Bowens (9) Canon (69) Capture One (5) dobre zdjęcia (53) do kawy (116) eduweb (7) Elinchrom (33) foto mądrości (177) fotopiwo (8) Jak to zrobiłem (91) Jak zostać fotografem (10) Lightroom (2) Mamiya (19) Nikon (19) Photoshop (25) plenery (27) podróże (13) porady (123) portret (6) realizacje (68) reklama (20) samochody (59) sesja (191) sprzęt (113) Spytaj Artura (33) sztuka (6) test (25) video (20) warsztaty (43)

Ostatnie wpisy

  • 10. Jak wybrać oświetlenie fotograficzne – Lampy LED
  • Gram z Wielką Orkiestra Świątecznej Pomocy
  • 9. Mit 2 – Jasny obiektyw zawsze jest najlepszy 
  • 8. Obalamy mity – Pełna klatka nie zawsze jest lepsza
  • 7. Kupujemy aparat. Czyli o wyższości Canona nad Nikonem. Albo odwrotnie.
  • 6. Potem będę dużo zlecał, ale…
  • 5. AAAAAA, zdjęcia oferuję tanio

Archiwa

  • marzec 2024 (1)
  • styczeń 2024 (3)
  • grudzień 2023 (7)
  • luty 2023 (1)
  • wrzesień 2020 (2)
  • sierpień 2020 (2)
  • luty 2018 (1)
  • maj 2017 (1)
  • kwiecień 2017 (1)
  • marzec 2017 (3)
  • luty 2017 (2)
  • październik 2016 (1)
  • kwiecień 2016 (3)
  • marzec 2016 (1)
  • luty 2016 (2)
  • styczeń 2016 (3)
  • grudzień 2015 (3)
  • październik 2015 (1)
  • wrzesień 2015 (2)
  • sierpień 2015 (1)
  • lipiec 2015 (1)
  • czerwiec 2015 (4)
  • maj 2015 (2)
  • kwiecień 2015 (3)
  • luty 2015 (2)
  • styczeń 2015 (14)
  • grudzień 2014 (21)
  • listopad 2014 (6)
  • październik 2014 (3)
  • wrzesień 2014 (2)
  • sierpień 2014 (4)
  • lipiec 2014 (1)
  • czerwiec 2014 (2)
  • maj 2014 (5)
  • kwiecień 2014 (5)
  • marzec 2014 (3)
  • luty 2014 (4)
  • styczeń 2014 (7)
  • grudzień 2013 (5)
  • listopad 2013 (6)
  • październik 2013 (4)
  • wrzesień 2013 (8)
  • sierpień 2013 (5)
  • lipiec 2013 (5)
  • czerwiec 2013 (5)
  • maj 2013 (1)
  • kwiecień 2013 (3)
  • marzec 2013 (3)
  • luty 2013 (4)
  • styczeń 2013 (6)
  • grudzień 2012 (8)
  • listopad 2012 (8)
  • październik 2012 (8)
  • wrzesień 2012 (1)
  • sierpień 2012 (11)
  • lipiec 2012 (8)
  • czerwiec 2012 (10)
  • maj 2012 (8)
  • kwiecień 2012 (8)
  • marzec 2012 (9)
  • luty 2012 (13)
  • styczeń 2012 (12)
  • grudzień 2011 (10)
  • listopad 2011 (16)
  • październik 2011 (20)
  • wrzesień 2011 (19)
  • sierpień 2011 (5)
  • lipiec 2011 (15)
  • czerwiec 2011 (26)
  • maj 2011 (19)
  • kwiecień 2011 (17)
  • marzec 2011 (16)
  • luty 2011 (24)
  • styczeń 2011 (20)
  • grudzień 2010 (18)
  • listopad 2010 (20)
  • październik 2010 (28)
  • wrzesień 2010 (22)
  • sierpień 2010 (14)

© Artur Nyk

↑

Polityka plików cookies

Mam najlepsze ciasteczka, idealne do kawy. Życzę miłego oglądania moich fotografii Odwiedź stronę Polityka plików „cookies” aby dowiedzieć się więcej.

Close