×
Artur Nyk Blog
  • Fotografie
  • O mnie
  • Jak zostać fotografem
  • Jak to zrobiłem
  • do kawy
  • Fotografie
  • O mnie
  • Jak zostać fotografem
  • Jak to zrobiłem
  • do kawy

sesja

29 września 2010

| przez Artur Nyk

Jak sterować pszczołą i rybą

Psa można nauczyć wiele rzeczy i wytresować tak, by robił to, co chcemy na zdjęciach. Kota od biedy też można namówić, by pojawił się w kadrze tam, gdzie chcemy. Ale jak namówić do współpracy pszczołę albo rybę? Wbrew pozorom jest to całkiem łatwe. Czasem najlepiej jest nie zdawać sobie sprawy z wielkości problemu. Kiedyś udało mi się rozpocząć pracę z bardzo dużą agencją, bo potrafiłem zrobić zdjęcie ryby.

Dostałem telefon z pytaniem, czy mam zdjęcie złotej rybki? No, nie mam, ale mogę zrobić przecież. Nie,nie, to jest bardzo trudne, dwóch fotografów już próbowało, ale nie udało im się, bo ryby pływają zbyt szybko. No to trudno.

Ale co może być trudnego w zrobieniu zdjęcia złotej rybki? Nie trzeba jej czesać, ani malować, stylistka też się nie przyda i na dodatek ryba nie będzie marudzić, bo nie powie ani słowa. Nie dawało mi to spokoju, więc zadzwoniłem do agencji i zadeklarowałem, że zrobię na drugi dzień to zdjęcie. Powiedzieli, że bardzo się cieszą, ale w głosie było wyraźnie słychać ich wiarę w moje możliwości: jasne, zrobisz zdjęcie, a złota rybka potem spełni jeszcze trzy twoje życzenia…

Zacząłem od wizyty w sklepie zoologicznym. A jaka rybka pana interesuje? Taka do zdjęć, musi być fotogeniczna. Spojrzenie sprzedawcy, wyraziło głębie zainteresowanie moim zdrowiem psychicznym. W koncu, po małym castingu wybraliśmy kandydatkę, która została zapakowana w woreczek i pojechałem do studia. Kumpel wygrzebał mi w piwnicy małe akwarium i byłem już w pełni gotowy do sesji.

Nawet złota rybka musiała jednak zaczekać, aż zrobię to, co miałem zaplanowane na tamten dzień. Nim skończyłem, zrobiła się północ.
Nadal w swojej nieświadomości nie wiedziałem, co może być trudnego w takim zdjęciu. Postawiłem jeden softboks z niebieskim filtrem za akwarium, z góry poświeciłem drugim softem i oświetlenie miałem gotowe. Ryba w tym czasie nie zwracała na mnie uwagi, nawet błyski lamp, gdy ustawiałem moc, nie robiły na niej żadnego wrażenia. Gdzie więc te problemy, o których mówili mi w agencji?

Postawiłem aparat, ustawiłem kadr, co było łatwe, bo ryba ruszała się coraz mniej. Zrobiłem pierwsze zdjęcie, drugie, trzecie i nic się nie działo. A nawet przestawało się dziać cokolwiek, bo ryba najwyraźniej zasypiała. Musiałem co chwile ją budzić, pukając w akwarium. Nie była zadowolona, ale co zrobić. Pewnie zastanawiała się, za jakie grzechy musi pracować po nocy. Zrobiłem trzy szerokie filmy, w sumie 45 klatek. Wszystkie były dobre, agencja była zachwycona, a ryba trafiła w dobre ręce i przez długi czas pozdrawiała mnie przez swojego właściciela.

Nie znam się na rybach, ale przypadkowo wybrana nocna pora zdjęć, spowodowała, że modelka nie miała ochoty na szaleństwa i grzecznie siedziała w jednym miejscu. Znowu miałem szczęście.

Z pszczołami jest jeszcze łatwiej. Zwłaszcza, gdy pomaga nam pszczelarz. Zdjęcie robiliśmy do kalendarza Saint Gobain. Pomysł był ciekawy – znaleźć w naturze motyw, który jest na szkle. Poradziliśmy sobie z rybką (tym razem pożyczoną ze sklepu), potem z gekonem lamparcim). W końcu musieliśmy zabrać się za pszczółki.

Pojechaliśmy do pasieki trochę przerażeni, jak mamy sobie poradzić z tym tematem. A okazało się, że były to najłatwiejsze zdjęcia z całej serii. Dostaliśmy ładny plaster miodu (taki prawdziwy, nie do lampy), wszystko ustawiliśmy i brakowało tylko pszczół.
A ile potrzebujecie? Trzy? Ok, zaraz będą, obiecał pszczelarz. Po czym z łatwością, z jaką ja biorę do ręki kubek z kawą, złapał po kolei pszczoły, zaniósł do domu i …włożył je do zamrażalnika. W pierwszej chwili patrzyliśmy na niego z przerażeniem, ale szybko wyjaśnił nam, że pszczołom nic się nie stanie, jeśli będą w zamrażalniku tylko przez chwilę. W naturalny sposób ulegną hibernacji.

Po paru minutach wyjął i poukładał dokładnie w miejsca, które wskazałem. Po chwili pszczoły zaczęły się budzić z hibernacji i powoli ruszać. To był mój czas na zdjęcia. Po kolejnych paru minutach poleciały sobie, ale zdjęcia już były gotowe.

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Jak to zrobiłem, porady, realizacje, sesja
komentarz

28 września 2010

| przez Artur Nyk

Po co fotografowi McDonald’s

Nie przeczę, kiedyś wierzyłem, że jedzenie w McDonaldzie jest zdrowe i dobre. Dzisiaj uważam, że niektóre rzeczy są tylko dobre. Bez względu na wszystko ta prozdrowotna restauracja będzie dla Ciebie bardzo ważna, jeżeli jesteś zawodowym fotografem. Są co najmniej dwa powody:

Pierwszy.  Jeżeli zajmujesz się zawodowo fotografią to oznacza, że Twój dzień pracy jest długi i nieprzewidywalny. Na dodatek często jeździsz w teren i trafiasz w najdziwniejsze miejsca, ciągle się spiesząc. Zakładam również, że musisz też czasem coś zjeść, bo to, że musisz się napić, nie ulega wątpliwości. W końcu kawa jest niezbędna w tym zawodzie. (wszyscy moi asystenci, pracę w studio zaczynają od nauki obsługi ekspresu do kawy). Nie ma więc takiej możliwości, by kiedyś w końcu w akcie desperacji nie zajechać po zdjęciach lub w trakcie nich do Mc. Ja robię tak, bo chociaż lubię poznawać nowe smaki, to zwykle boję się zaryzykować hamburgera w przydrożnym barze i z utęsknieniem wypatruję dużego M na drodze.

Drugi. Jeżeli zajmujesz się zawodowo fotografią to oznacza, że czasem dostajesz zlecenia, przy których trzeba się trochę wysilić i rozwiązać jakiś problem.
Kiedy dostałem zadanie sfotografowania butelki piwa zanurzonej w lodzie, problemów było kilka. Potrzebowałem dużo idealnie przezroczystego lodu. Lód nie lubi wysokich temperatur,  co było pechowe, bo akurat było lato. Ja nie lubię niskich temperatur, co przetestowałem wielokrotnie. Nie miałem ochoty pracować w chłodni. Musiałem zastosować metodę stratną. Czyli stracić dużo lodu, nim zrobię zdjęcie. Potrzebowałem całej masy idealnie przezroczystych kostek lodu. Dokładnie takich, jakie dostaję w drinkach i zimnych napojach w knajpach. Jak się już domyślacie, pojechałem do Mc. Wystarczyły mi  dwie minuty tłumaczenia menadżerowi, o co mi chodzi by usłyszeć: Wystarczą dwa worki po 100 litrów? Wystarczyły. Zdjęcie zrobiłem i jeszcze połowa lodu została. Aha, dostałem go gratis! I jak tu nie lubić Mc?

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
porady, realizacje, sesja
komentarz

19 września 2010

| przez Artur Nyk

Dlaczego nie nadaję się na fotografa ślubnego

Doszedłem już do siebie po wczorajszej imprezie, co nie było aż takie proste…
Nie pamiętam, na ilu już ślubach robiłem zdjęcia, tak na około 30-40. A jednak ciągle czuję się w roli fotografa ślubnego jak amator. Po pierwsze, zawsze robię to dla moich znajomych, po drugie, mam sprzęt trochę inny, niż zawodowi fotograficy ślubni (zdarzyło mi się już robić zdjęcia w kościele na 24 shift tylko dlatego, że nie miałem normalnego szerokiego kąta). Moją pierwszą od lat lampę Canona kupiłem dopiero w tym roku, nigdy wcześniej nie była mi potrzebna. I właśnie tę lampę miałem wczoraj ochotę wrzucić pod nadjeżdżający pociąg, gdyby jakiś akurat przejeżdżał w okolicy ołtarza.
Ale zacznijmy od początku. Jestem przyzwyczajony do lamp studyjnych,  mogę sobie na nie założyć dużego softa albo czaszę, która zaświeci dokładnie, jak zechcę. Pracują tylko w trybie manualnym i bardzo dobrze, bo wiem, czego mogę się po nich  spodziewać. Takie małe coś, co daje płaskie światło na wprost, nigdy nie było mi potrzebne. I dalej bym tak twierdził, gdybym nie trafił na genialną książkę Joe McNally, „Z pamiętnika lampy błyskowej”. Zwykle nie oglądam takich książek, bo najczęściej są nudne, ta jednak zainteresowała mnie fajnym zdjęciem na okładce. Przeglądałem stronę za stroną i nie mogłem uwierzyć, że te zdjęcia są oświetlone małymi lampami. Zobaczyłem tam światło, jakiego ostatnio szukałem, nie do zrobienia na lampach studyjnych. Natychmiast więc kupiłem najmocniejszego Canona 580 (jakoś tak się chyba nazywa) i byłem zachwycony nią do wczoraj. Bo wczoraj przestałem jej ufać.
Ceremonia przebiegała spokojnie, zrobiłem trochę zdjęć jeszcze w domu, udało mi się dojechać do kościoła przed młodą parą, nawet udało mi się sfotografować ich jeszcze w samochodzie, wkładając aparat przez szyberdach. W kościele zaczęły się już typowe fotograficzne problemy, których nie cierpię. Jak zwykle jest tam ciemno, a używając lampy, mamy najgorszy efekt ze wszystkich. Pani młoda w białej sukni na pierwszym planie jest prześwietlona, a ludzie siedzący z tyłu giną w mroku. Staram się więc nie używać lampy, czasem na 1600 ISO da się coś już zrobić. Czasem trzeba jeszcze pomóc sobie lampą błyskową. Ale od razu mamy problem z balansem bieli, bo zawsze, gdy kościół jest ciemny, to na dodatek jest pomalowany na żółto i dostajemy na zdjęciu kolor niewiadomojaki. Bardzo się cieszę, że nie jestem fotografem ślubnym i nie mam na co dzień takich problemów.
Zrobiłem trochę zdjęć na świetle zastanym, trochę dodałem błysku. Młoda para siedziała spokojnie i mogłem użyć dosyć długiego czasu, na granicy poruszenia. Wszystko szło dobrze do momentu najważniejszego, czyli do przysięgi. Jest to chwila niezwykła również dlatego, że tylko ksiądz i fotograf jest dostatecznie blisko młodej pary, by widzieć każdy szczegół. Cała reszta gości ogląda to potem dopiero na zdjęciach. Presja na fotografa jest w tym momencie największa, tu nie ma szans, by coś powtórzyć. Na dodatek ksiądz ma swoją robotę  i nie przejmuje się, czy fotograf ma szanse na dobre zdjęcie. Nie można też pozwolić sobie na poruszone zdjęcia. Gdy jest zbyt ciemno, nie ma wtedy rady, trzeba błyskać.
Zaczyna się przysięga, robię pierwsze zdjęcie i zamiast robić dalej, najpierw oglądam, co mi wyszło. Niech żyje moja nieufność! Gdybym robił zdjęcia wtedy dalej, dzisiaj bym nie był w dobrym nastroju. Fotografia była kompletnie prześwietlona, z trudem mogłem rozpoznać kontury postaci. Zaczęło robić mi się gorąco. Zrobiłem drugie zdjęcie, mając nadzieję, że to tylko jakiś przypadkowy błąd. Ale nie, kolejne zdjęcie jest znowu śnieżnobiałe. Szybko sprawdzam połączenie lampy, wszystkie ustawienia. Niby jest OK ale trzecie zdjęcie znowu białe. Nie mam więcej czasu, bo przysięga już w trakcie, wyłączam lampę, czułość na maksa, przesłona w dół i robię zdjęcia. Mam kilka klatek, to jeszcze raz podejmuję próbę użycia lampy, automatyka nie działa, to robimy na manualu. Muszę zejść z mocą, pytanie tylko ile? No dobrze, niech będzie 1/64. Naciskam spust, jest dobrze, tylko lekkie prześwietlenie, da się poprawić na RAWie, robię dalej.
Nie pamiętam wiele z tamtych paru minut potem. Ważne, że zrobiłem materiał. Dopiero, gdy usiadłem po chwili, dotarł do mnie stres. Nie zazdroszczę fotografom ślubnych takich sytuacji.

Jesteśmy już w domu weselnym. Dlaczego znowu ściany są żółte? I na nowo pojawiają się te same problemy, co w kościele. Ciemno – no to błysk – fatalnie –  to długi czas – też źle. Trzeba mieszać, nie ma wyjścia. Lampa błyskowa zamrozi sylwetki, światło zastane naświetli tło i wprowadzi element ruchu. Ja lubię ten efekt, bo wnosi dynamikę ale część ludzi skomentuje takie zdjęcia jako „jakieś takie poruszone” I tu też nie zazdroszczę fotografom, którzy muszą sobie poradzić z takim problemem. Jutro z radością wrócę do mojego studia o białych ścianach i z normalnymi lampami :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Canon, foto mądrości, porady, sesja
komentarz

15 września 2010

| przez Artur Nyk

Zakaz fotografowania czyli jak poradzić sobie z ochroną

Kiedyś miałem świetną zabawę z fotografowaniem obiektów ze znakiem Zakaz Fotografowania. Pamiętam jeszcze do dzisiaj dreszczyk emocji, gdy robiłem zdjęcie tak ważnym i strategicznym obiektom, jak dworzec kolejowy z jednym peronem, czy elektrowni wodnej zasilającej jedną wieś. 
Dzisiaj zupełnie inne obiekty są „chronione” zakazami. 
Dostałem kiedyś bardzo fascynujące zadanie sfotografowania hipermarketu w Warszawie dla firmy, która go zbudowała. Nauczony już wcześniejszymi doświadczeniami, dokładnie wypytałem się, czy załatwili wszystkie potrzebne pozwolenia.  Gdy dostałem pozytywną odpowiedź, pojechałem na zdjęcia.
Front budynku był dobrze oświetlony tylko wczesnym porankiem, jeszcze przed otwarciem sklepu. Miało to dodatkowy plus, bo parking był pusty i nic nie zasłaniało elewacji. Ustawiliśmy mój ciężki statyw, aparat, kadr, światło zrobiło się optymalne, właściwie już mogę robić zdjęcia, a tu idą do nas dwaj panowie  ubrani na czarno z bardzo groźnymi minami. Czy mamy pozwolenie? Oczywiście, że mamy  ale nie przy sobie, bo zostało wysłane do biura hipermarketu. A ponieważ biuro będzie otwarte za godzinę, gdy słońce dawno już będzie nie tam gdzie je potrzebuję, zaczęło mi się to nie podobać.
Argumenty o świetle nie docierały do panów.  Musiałem jakoś ratować sytuację, bo nie miałem ochoty zostawać w Warszawie jeszcze jeden dzień z tego tylko powodu, a co gorsza, znowu zrywać się o świcie. Kadr miałem już ustawiony, ostrość na szczęście też. Oparłem się ręką o aparat, zupełnie przypadkowo trafiłem palcem na spust. Trzeba było tylko sprawić, by panowie wyszli z kadru. Magda pod pozorem, że razi ją słońce, przeszła na bok, cały czas rozmawiając z panami i ustalając szczegóły odebrania zezwoleń w biurze. To sprawiło, że oni też zrobili te dwa potrzebne mi kroki. Nacisnąłem migawkę, przewinąłem film (miałem na szczęście wtedy założoną do mamiya’ii korbkę zamiast silnika), zmieniłem przesłonę i znowu nacisnąłem migawkę. Zrobiłem w ten sposób kilka klatek, wciąż jakby od niechcenia opierając się o aparat. Panowie zupełnie nie zorientowali się. W końcu stwierdziłem , że skoro nie możemy zrobić teraz zdjęć, to trudno, pójdziemy już…
Przypomniała mi się jeszcze jedna historia, opowiedziana przez znajomego reportera. Gdy został zatrzymany przez ochronę w jakiejś sytuacji, kazano mu oddać film. Zaczyna więc tłumaczyć, że nie może oddać filmu, bo aparat jest cyfrowy. Odpowiedz ochroniarza sprawiła, że zabrakło mu dalszych argumentów: „Nic mnie to nie obchodzi, wyciągaj film z aparatu”.
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
foto mądrości, Jak to zrobiłem, porady, sesja
komentarz

14 września 2010

| przez Artur Nyk

Jak to jest mieć szczęście i nie zgubić aparatu

Pisałem ostatnio o tym , że warto robić przemyślane zdjęcia i bardzo się mądrzyłem na ten temat. A czasem trzeba mieć po prostu szczęście. 
Robiłem w Tunezji dużą sesję dla biura podróży, gdzie fotografowałem hotele i atrakcyjne dla turystów miejsce. Ekipa była spora, ilość pracy jeszcze większa, a różnice kulturowe olbrzymie. Musiałem bardzo szybko nauczyć się miejscowych obyczajów, zwłaszcza, jak prowadzić kulturalne rozmowy na temat planowania zdjęć. Okazało się, że na początku nie byłem zbyt uprzejmy, mówiłem cicho i spokojnie, jak zawsze. Gdy jednak przyjrzałem się, w jaki sposób nasz kierowca rozmawia ze swoim szefem, pojąłem, jak powinienem to robić. Czyli zacząłem krzyczeć. I okazało się, że teraz jestem dostatecznie uprzejmy, by moje argumenty zostały wzięte pod uwagę. 
Był jeszcze drugi równie skuteczny sposób rozmowy. Gdy na lotnisku zatrzymano nas do kontroli bagaży, bo nasze torby ze sprzętem wyglądały podejrzanie, rozmowa z celnikiem wyglądała tak: co to jest? Aparat. Aha, a to? Obiektyw. Aha, a kamery macie? Nie. A to? Polaroid. Aha, a kamery macie? Nie. Aha, a to? To nadal jest aparat. Aha, a to? Obiektyw. Aha, a kamery…
Gdy po raz dziesiąty zeznałem, że aparat jest aparatem, w końcu uwierzyli, że nie mamy nawet jednej malutkiej kamery. I wpakowali cały nasz sprzęt do wielkiego worka na śmieci, zaplombowali i obiecali oddać, jak tylko pokażemy pisemną zgodę na robienie zdjęć. Owo zezwolenie miało czekać na nas na lotnisku. I czekało, tylko, że nie było kolesia, który mógł je nam wydać. Ten miły pan pojawił się w swoim biurze o 9:00 rano. My natomiast przylecieliśmy o 4:00 rano… Piękne są wschody słońca w Tunezji na lotnisku. Szkoda tylko, że nie mogłem zrobić zdjęcia, bo mój aparat był w worku na śmieci.
Dowiedzieliśmy się potem, skąd ta miłość do kamer. Mieliśmy piękne dziewczyny i facetów, sprzęt fotograficzny, to co innego mogliśmy robić, jeśli nie damsko-męski film w gorącym klimacie.
Potem już dogadywaliśmy się coraz lepiej i nawet jak się coś nie udawało, to nie mieliśmy kompleksów. Pewnego ranka nasz przewodnik narzekał, że cały poprzedni wieczór pił w knajpie piwo i na końcu dopiero zorientował się, że było bezalkoholowe. My popatrzyliśmy po sobie i też zrozumieliśmy, dlaczego ten specjalny gatunek piwa wczoraj taki dziwnie słaby był…
Nadeszła w końcu ta chwila, gdy pożegnaliśmy się z naszym przewodnikiem i na ostatnie dwa dni już tylko w cztery osoby pojechaliśmy z miejscowymi kierowcami na dwudniowy objazd po Tunezji. Ja słabo mówię po angielsku, oni słabo mówili po angielsku, dogadywaliśmy się więc znakomicie. Na szczęście słowa „Star Wars” są znane przez wszystkich. Pierwszy punkt programu miał być wizytą w domu Lucka Skywalkera, gdzie kręcono film. Jako, że widziałem Gwiezdne Wojny ze sto razy, było to dla mnie jednocześnie najważniejsze wydarzenie tego dnia. Poczułem się tam prawie jak Han Solo:)
Po sfotografowaniu każdego kamyczka, pojechaliśmy do samego serca Sahary. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze w knajpce na mocną, słodką herbatę, gdzie rozmawialiśmy już tylko o wizycie na pustyni. Oczyma wyobraźni widziałem już olbrzymie wydmy z wędrującymi po nich wielbłądami. Uwierzyłem, że miejscowi przewodnicy, wiedząc, że mamy zrobić zdjęcia, które rozsławią ich kraj w Polsce, zawiozą nas w niezwykle piękne miejsca.  Przyjechaliśmy i widok rzeczywiście zaparł nam dech w piersiach. To jest serce Sahary? Tak właśnie wygląda? Po to przyjechaliśmy do Tunezji, by zobaczyć małą górkę z piasku rozjechaną przez samochody? Odbyła się więc rozmowa o znanym już schemacie: To jest to najpiękniejsze miejsce? Tak. Chcemy jechać na prawdziwą pustynię. To tu. I to jest to najpiękniejsze miejsce? Tak. Chcemy jechać na prawdziwą pustynię. To tu….
Rozmowa jak zwykle utknęła w martwym punkcie.  Ponieważ od czasu wizyty u Lucka, trzymałem aparat w ręku, zacząłem fotografować. Najpierw nie było nic ciekawego do robienia, ale mój pomysł, by nasz samochód z modelami przejechał krawędzią wydmy, zaowocował serią fajnych zdjęć. 
Na początek z zakopania się nissana, a potem z całej akcji wyciągania go z piasku. Tu okazało się, że kulturowo jesteśmy bardzo zbliżeni i dywaniki samochodowe jednakowo dobrze działają na śniegu, jak i na piasku. Mimo to, stosunki dyplomatyczne z kierowcami zostały na pewien czas zawieszone. 
Szybko jednak musiałem znowu je nawiązać. Kartę w moim Canonie już zapełniłem, więc sięgnąłem do plecaka. A raczej chciałem sięgnąć, bo plecaka nie było. Przekopaliśmy cały samochód. Dwa razy. W międzyczasie zdążyłem już podsumować straty w myślach : Mamiya, drugi Canon, obiektywy, przenośny dysk, paszport, karty itd…
Zaczęliśmy ustalać, gdzie ostatnio widzieliśmy plecak. W knajpie. Super, kierowca już tam dzwoni, rozmawia dosyć długo. Nie ma, nikt nie znalazł zielonego plecaka. No to pięknie, ciekawe po ile teraz chodzi Mamiya? Rozmawiamy jednak dalej: no to gdzie został plecak? W knajpie. Nie, tam go nie ma. To gdzie został? No w knajpie? Nie tam go nie ma. To gdzie? Aaaaa, w tej knajpie! W tej drugiej! To jedziemy. Przez godzinę podróży zdążyłem kilka razy obliczyć, ile będę musiał wydać na nowy sprzęt. 
Wchodzimy w końcu do baru i na nasz widok barman sięga od razu pod ladę i wyciąga mój plecak….
Jest wszystko! Kocham Tunezję!
Podobno nie miąłem się czego obawiać, bo na północy Tunezji, w przeciwieństwie do wybrzeża, nic nie ma prawa zginąć. Ale mój plecak kupiony dzień przed wyjazdem za 50 zł, nie wyglądał zbyt okazale. Potwierdzenie, że wybór był znakomity, dostałem jakiś czas potem w Warszawie na prestiżowym pokazie mody. Z niedowierzaniem zauważyłem , że fotoreporterzy mają identyczne zielone plecaki.
Piasek i woda, kombinacja idealna
Zderzenie z rzeczywistością – dom Lucka Skywalkera
Serce Sahary w najkorzystniejszym ujęciu
Tu się zakopujemy
Tu się wykopujemy
Ostatnie zdjęcie przed poszukiwaniem plecaka
Jaki koń jest, każdy widzi
Miejscowy Drive In
Miejscowy transport
Moje ulubione zdjęcie z Tunezji
Przenośna stacja benzynowa
Nasi tu byli

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Canon, Mamiya, sesja, sprzęt
komentarz

13 września 2010

| przez Artur Nyk

Jak wylądowałem w lesie

Wymyśliłem kiedyś serię fotografii mebli dla Swarzędza w plenerach. Pierwszą fotę robiliśmy w lesie. Było to bolesne zderzenie z solidnością tych mebli (czytaj : wagą). Okazało się też, że drzewa były w ogóle nie przystosowane do sesji zdjęciowych, gałęzie były nie w tych miejscach, gdzie powinny być, trawa była cała zaśmiecona liśćmi, a światło też nie zachwycało swoim profesjonalizmem, bo ciągle się zmieniało. Z własnej winy musiałem pracować w tych okropnych warunkach, zamiast spokojnie siedzieć w studio i robić zdjęcia na białym tle. 
Ale las był tylko początkiem całej serii męczących sesji.  Zaraz potem, bogatszy o doświadczenie związane z wagą mebli, zrobiłem jeszcze jedno zdjęcie w lesie, wśród paproci. Tym razem znalazłem firmę transportową, gdzie zamówiłem usługę : proszę zawieźć tą szafkę do lasu, a po 3 godzinach zabrać ją z powrotem. Okazało się, że dla nich to kolejna standardowa usługa, nie widzieli w tym nic dziwnego. Za to ja zacząłem się zastanawiać co w takim razie na co dzień transportują?
Kolejne zdjęcia robiliśmy w Tatrach. O ile na Gubałówkę było łatwo zawieźć szafkę, a ludzie jadący kolejką byli trochę zdziwieni, widząc nas precyzyjnie ustawiających mebel w trawie, to dostać się z kolejną szafką nad Morskie Oko, było już trudniej. Nie zdążyłem wcześniej załatwić pozwolenia na wjazd pod schronisko, więc wzięliśmy mały wózek i pełni nadziei na szybkie dotarcie na miejsce, wyszliśmy o 6:30 rano z Polanicy. Uwielbiam Tatry i drogę do Morskiego przeszedłem wiele razy. Tym razem jednak miałem wrażenie, że idziemy przez Bieszczady, Góry Stołowe i  Mazury. Już więc po czterech godzinach przyjemnego spaceru, pojawiliśmy się nad Morskim. Zdążyłem jeszcze w ciszy i spokoju postawić szafkę nocną na brzegu, zrobić zdjęcia i wtem nastąpił atak szarańczy. Tak wydawało mi się w pierwszej chwili, a to tylko dotarł pierwszy transport turystów, którzy wędrówkę po górach najbardziej lubią oglądać. Jadąc wozem oczywiście.
Potem jeszcze biegaliśmy z łóżkiem po polu pszenicy. Polecam, coś w sam raz dla zwolenników biegów na orientację. Odwiedziłem też Góry Stołowe, gdzie dowiedziałem się, że nie można zamówić pizzy na szczyt. I skończyliśmy zdjęcia w Wiśle Czarnej, robiąc biurko w korycie strumyka. Tam też nie miałem zezwolenia na wjazd, ale doszedłem do wniosku, że łatwiej będzie zapłacić karę, niż czekać dwa tygodnie na decyzję. I zapłaciłem. Oczywiście nie za to, że wsadziłem biurko do wody, tylko za wjazd na drogę „tylko dla mieszkańców”.
Gdy już wszystko było gotowe, a agencja właśnie zaczynała projektować materiały, w Swarzędzu zmienił się zarząd firmy. A nowy zarząd stwierdził, że wszystko, co wymyśliła poprzednia ekipa, jest do dupy. I zaczęli opracowywać koncepcję reklamy od początku z inną agencją.
Wszystko to zdarzyło się cztery lata temu. Swarzędz już dawno zbankrutował, a zdjęcia mebli w plenerze robią teraz prawie wszyscy.
Pierwsza sesja meblowa w plenerze
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
backstage, sesja
komentarz

9 września 2010

| przez Artur Nyk

Złodziej na sesji

Każdy fotograf ma chyba podświadomie działające przyzwyczajenie, by swój cenny sprzęt fotograficzny mieć cały czas na oku. Boimy się, by nie stracić naszych ulubionych zabawek i trzymamy je blisko siebie. A jednak czasami wyluzowujemy i mamy przeświadczenie, że w tym miejscu nic nam nie grozi, więc możemy aparat położyć gdziekolwiek.

Ja miałem taką sytuację bardzo niedawno. Fotografowałem wspinaczkę na skałkach w Rzędkowicach. Ostatnie zdjęcie miało być na szczycie, podeszliśmy więc pod skałę od tyłu, gdzie jest dosyć łagodne podejście i pewni, że jesteśmy sami, zostawiliśmy wszystkie torby i bagaże. W pewnym momencie, będąc już na szczycie, zobaczyliśmy, że do naszych rzeczy dobiera się złodziej. Zdążył złapać mniejszą torbę i uciekł spłoszony naszymi krzykami.

Tym złodziejem był bardzo chudy lis. Zbiegliśmy na dół w poszukiwaniu torby. Leżała niedaleko trochę rozbebeszona ale wszystko było, lis nie znalazł nic do jedzenia, a reszta go nie zainteresowała. Po chwili zauważyliśmy go ponownie, mimo naszej obecności jeszcze parę razy próbował ukraść kolejną torbę. Może jednak był to miłośnik fotografii?

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
backstage, sesja
komentarz

27 sierpnia 2010

| przez Artur Nyk

Katowice London New York

Robiłem dzisiaj zdjęcia mebli dla mojego stałego klienta i muszę przyznać, że hotel, gdzie pracowaliśmy, zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie.  Beznadziejna pogoda, pochmurna i deszczowa, w tej sytuacji była idealna. Jak zwykle wykorzystywałem światło zastane, a dzięki chmurom miałem za oknem jeden wielki softboks. Do tego wystarczy trochę doświetlić cienie błyskiem i mamy proste i niezawodne oświetlenie. Oczywiście pewien problem jest, gdy chmur jest za dużo i światło zastane jest zbyt chłodne, co w zestawienie z białym światłem błysku, ciepłym światłem halogenów i ewentualnie zielonym z świetlówek robi nam ferie kolorów. Ale od czego są warstwy w PS? Tu się ustawi balans na sufit, tu na podłogę i potem się poskłada. I w efekcie sesja trwa 4 dni zamiast jednego, bo kolejne trzy pracujemy w kompie. 
Ciągle z rozrzewnieniem wspominam, jak pracowałem na slajdach. Wprawdzie nigdy do końca nie byłem pewien, jaki materiał zrobiłem, bo na polaroidach też mało było widać, ale oddawałem slajdy do agencji i na tym moja praca się kończyła. Jakie miało to inne konsekwencje to już inna sprawa. 

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
sesja
komentarz

13 sierpnia 2010

| przez Artur Nyk

O ślepej wierze w nawigację i punktualności

Jechałem dzisiaj do Żor na zdjęcia w nowe miejsce. Wpisałem adres do mojego ajfonu, wrzuciłem sprzęt do samochodu i w drogę. Najpierw jakieś 40 km prosto, a potem gąszcz małych uliczek. Zaczęło się robić źle, gdy przed wjazdem do centrum zobaczyłem znak „zakaz wjazdu”. Remont. No to w lewo i korek, bo kolejny remont. Do tego stłuczka pana z panią. Gdy już  ich ominąłem, ajfon trochę się pogubił i nie skręciłem na czas w prawo. Ok, to zawracamy na rondzie. O żesz…Nie dało się skręcić tam, gdzie chciałem i wylądowałem znowu na drodze do Katowic. Po chwili jeszcze raz byłem w miejscu, gdzie pan z panią nadal oglądali swoje samochody po stłuczce, choć na mój gust straty były podobne do tych spowodowanych zderzeniem z komarem. Za drugim razem skręciłem tam, gdzie miałem, potem znowu parę razy prawo-lewo i oto jestem. Tak przynajmniej pokazuje moja super nawigacja. I rzeczywiście byłem dokładnie tam, gdzie ajfon twierdził, że jestem. Jedynym problemem było to, że to nie tam chciałem być. Jeszcze raz wpisałem ulicę, gdzie chciałem dojechać. I znowu ajfon stwierdził, że lepiej być na Garncarskiej…  Mój prawdziwy cel był parę kilometrów dalej, za miastem. Ale ajfon nadal przekonywał mnie, bym został na starówce. W sumie, jakby się zastanowić to spędzenie dnia w knajpce przy piwie nie było takim złym pomysłem. Chyba następnym razem posłucham takiej subtelnej aluzji.

Na miejsce przyjechałem jedynie o pół godziny spóźniony. Klient był bardzo wyrozumiały. Mimo że nie miał ajfona.

A zdjęcie? Nie ma nic wspólnego z Żorami. Ale Tate Modern dobrze kojarzy mi się ze spędzaniem wolnego czasu.

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
sesja
komentarz

12 sierpnia 2010

| przez Artur Nyk

O szumach, obróbce, muzyce i cateringu

Dopiero niedawno wróciłem do domu, po męczącej, ale fajnej sesji na okładkę płyty zespołu, ciągle jeszcze szukającego nazwy, który to postanowił wspomóc fundację, której nazwy to ja nie pamiętam niestety, jako że zwykle wypadają mi z pamięci nazwy i nazwiska, tak samo jak nie pamiętam twarzy, chociaż mam fotograficzną pamięć do miejsc, w których raz już byłem i nawet po latach pamiętam, gdzie znajduje się np. knajpa, w której spędziłem miłe chwile z kumplami z technikum, z którymi to narzekaliśmy na lekcje polaka, a ja zwłaszcza, bo byłem gnębiony za tworzenie zbyt długich zdań w wypracowaniach.
Wracając do sesji, Prezes fundacji poprosił mnie o parę zdjęć, a Prezesowi się nie odmawia. Zwłaszcza, że prośba została poparta obietnicą zapewnienia przez Anię ( wielką miłośniczkę gotowania) cateringu. Chciałbym Wam zaprezentować zdjęcia tortilli nadziewanej kurczakiem i kukurydzą, czy takich małych ptysi nadziewanych masą jajeczno-jakąśtam albo pasztecików… Niestety. Byłem po całym pracowitym dniu tak głodny, że nawet nie pomyślałem o zrobieniu zdjęcia.
 Catering to zwykle mało doceniany element sesji fotograficznej. A jednak w którymś momencie, światło, kadr i pomysł na zdjęcie robią się coraz mniej ważne. Zaczynam myśleć tylko o tym, kiedy rozlegnie się dzwonek do drzwi, oznajmiający przybycie obiadu. Najedzona ekipa to szczęśliwa ekipa. A szczęśliwa ekipa pracuje dobrze, szybko i sprawnie. I o to chodzi.
Gdy się już najadłem, mogłem spokojnie myśleć o koncepcji sesji. A była ciekawa, gdyż Prezes miał pomysł, by zrobić zdjęcia z przestrzennymi postaciami, jak z książeczek dla dzieci, które pojawią się po otwarciu okładki. ( rozumiecie o czym mówię?)
Musiałem precyzyjnie poustawiać postacie tak, aby nie wchodziły na siebie, były w odpowiednich planach itd. Ale chciałem napisać o czymś innym. Zrobiłem parę zdjęć moim telefonem i wydawało mi się, że wyglądają dobrze. Jednak po wrzuceniu do Aperture, w którym wszystko obrabiam, trochę się załamałem. Szumy po zbóju, mało co ostre, o kolorze już nie wspomnę. No to zacząłem obróbkę, bo przecież nie mogę takich kiepskich zdjęć Wam pokazać. Mieszałem i mieszałem wajchami i trochę to pomogło. Wtedy zorientowałem się, że jestem uzależniony od obróbki. Nie ma zdjęcia, którego bym nie obrabiał. Jeżeli chodzi o komercyjne foty, nie ma w tym chyba nic dziwnego. Ale żeby obrabiać zdjęcia z telefonu!!!
 Gdzie te czasy, kiedy pracowałem na slajdach. Zanosiłem wywołany film do agencji i na tym moja rola się kończyła. Teraz więcej czasu spędza się przy komputerze niż robiąc zdjęcia.
Po tym długim wstępnie, rzućcie okiem na foty. Obrobione foty :)

chłopaki rozkładają bambetle
wokalista się nudzi, bo ma mało do rozkładania
moja najstarsza lampa

kadr z precyzyjnie uciętymi głowami
maskotka zespołu, lubi się wkręcać

był też robiony film z backstage’u
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, do kawy, sesja
komentarz
← 1 … 17 18 19 20 →

Kategorie

5Ds (5) akt (8) Aperture (46) Apple (24) architektura (18) asystent fotografa (3) b&w (5) backstage (76) Bowens (9) Canon (69) Capture One (5) dobre zdjęcia (53) do kawy (116) eduweb (7) Elinchrom (33) foto mądrości (177) fotopiwo (8) Jak to zrobiłem (91) Jak zostać fotografem (10) Lightroom (2) Mamiya (19) Nikon (19) Photoshop (25) plenery (27) podróże (13) porady (123) portret (6) realizacje (68) reklama (20) samochody (59) sesja (191) sprzęt (113) Spytaj Artura (33) sztuka (6) test (25) video (20) warsztaty (43)

Ostatnie wpisy

  • 10. Jak wybrać oświetlenie fotograficzne – Lampy LED
  • Gram z Wielką Orkiestra Świątecznej Pomocy
  • 9. Mit 2 – Jasny obiektyw zawsze jest najlepszy 
  • 8. Obalamy mity – Pełna klatka nie zawsze jest lepsza
  • 7. Kupujemy aparat. Czyli o wyższości Canona nad Nikonem. Albo odwrotnie.
  • 6. Potem będę dużo zlecał, ale…
  • 5. AAAAAA, zdjęcia oferuję tanio

Archiwa

  • marzec 2024 (1)
  • styczeń 2024 (3)
  • grudzień 2023 (7)
  • luty 2023 (1)
  • wrzesień 2020 (2)
  • sierpień 2020 (2)
  • luty 2018 (1)
  • maj 2017 (1)
  • kwiecień 2017 (1)
  • marzec 2017 (3)
  • luty 2017 (2)
  • październik 2016 (1)
  • kwiecień 2016 (3)
  • marzec 2016 (1)
  • luty 2016 (2)
  • styczeń 2016 (3)
  • grudzień 2015 (3)
  • październik 2015 (1)
  • wrzesień 2015 (2)
  • sierpień 2015 (1)
  • lipiec 2015 (1)
  • czerwiec 2015 (4)
  • maj 2015 (2)
  • kwiecień 2015 (3)
  • luty 2015 (2)
  • styczeń 2015 (14)
  • grudzień 2014 (21)
  • listopad 2014 (6)
  • październik 2014 (3)
  • wrzesień 2014 (2)
  • sierpień 2014 (4)
  • lipiec 2014 (1)
  • czerwiec 2014 (2)
  • maj 2014 (5)
  • kwiecień 2014 (5)
  • marzec 2014 (3)
  • luty 2014 (4)
  • styczeń 2014 (7)
  • grudzień 2013 (5)
  • listopad 2013 (6)
  • październik 2013 (4)
  • wrzesień 2013 (8)
  • sierpień 2013 (5)
  • lipiec 2013 (5)
  • czerwiec 2013 (5)
  • maj 2013 (1)
  • kwiecień 2013 (3)
  • marzec 2013 (3)
  • luty 2013 (4)
  • styczeń 2013 (6)
  • grudzień 2012 (8)
  • listopad 2012 (8)
  • październik 2012 (8)
  • wrzesień 2012 (1)
  • sierpień 2012 (11)
  • lipiec 2012 (8)
  • czerwiec 2012 (10)
  • maj 2012 (8)
  • kwiecień 2012 (8)
  • marzec 2012 (9)
  • luty 2012 (13)
  • styczeń 2012 (12)
  • grudzień 2011 (10)
  • listopad 2011 (16)
  • październik 2011 (20)
  • wrzesień 2011 (19)
  • sierpień 2011 (5)
  • lipiec 2011 (15)
  • czerwiec 2011 (26)
  • maj 2011 (19)
  • kwiecień 2011 (17)
  • marzec 2011 (16)
  • luty 2011 (24)
  • styczeń 2011 (20)
  • grudzień 2010 (18)
  • listopad 2010 (20)
  • październik 2010 (28)
  • wrzesień 2010 (22)
  • sierpień 2010 (14)

© Artur Nyk

↑

Polityka plików cookies

Mam najlepsze ciasteczka, idealne do kawy. Życzę miłego oglądania moich fotografii Odwiedź stronę Polityka plików „cookies” aby dowiedzieć się więcej.

Close