Jak to zrobiłem czyli Gorączka Sobotniej Sesji
A zaraz po sesji poszedłem spać.
3 lutego 2011
| przez Artur NykA zaraz po sesji poszedłem spać.
31 stycznia 2011
| przez Artur NykPisałem już kiedyś na ten temat. Ale chcę wrócić do tego, aby popatrzeć na wycenę z drugiej strony.
Wyceniając zdjęcia, podaję zwykle cenę dnia zdjęciowego albo konkretnej fotografii. W kalkulacji jest podany również koszt wizażystki, stylistki, fryzjera, scenografii, cateringu, asystenta, obróbki, no i oczywiście praw autorskich.
Tylko, że to ciągle nie jest prawdziwa suma kosztów. Załóżmy na potrzebę naszych rozważań, że robię sesję, z której na czysto zostaje mi 1000 zł. Patrząc na to z jednej strony wygląda to bardzo fajnie. Przychodzę do studia, pracuję kilka godzin i jestem bogatszy o 1000 zł.
A teraz zobaczmy jak to wygląda z drugiej strony.
1. Papiery czyli nuda i koszmar
Najpierw zaczyna się od rozmów z klientem, czasem jest to kilka rozmów telefonicznych, czasem trzeba jechać na rozmowę, zobaczyć miejsce czy produkt. Trzeba również przed sesją spisać umowę, zorganizować całą ekipę, potem jeszcze raz potwierdzić terminy. Po sesji trzeba wystawić fakturę, spisać umowy zlecenie z ekipą, zająć się opłaceniem tych umów.
Czas, jaki to wszystko zajmuje, to od jednego do dwóch dni.
2. Edycja czyli zmora
Po sesji musimy wybrać zdjęcia dla klienta. 500 do 1000 zdjęć z jednej sesji to norma. Trzeba to wszystko przejrzeć, porównać, wysłać klientowi do ostatecznego wyboru te wstępnie uznane za najlepsze albo samemu zdecydować, co powinno iść do obróbki. A gdy już mamy te najlepsze, trzeba ustalić, jak będą obrobione, czasem zrobić kilka prób i wersji.
Zaraz po sesji koniecznie jeszcze trzeba zadbać o archiwizację całego materiału, a po jakimś czasie znowu trzeba zweryfikować, co wyrzucamy z archiwum, a co zostaje na zawsze.
Czas, minimum jeden dzień.
3. Sprzątanie czyli konieczność
Przed sesją i po niej trzeba posprzątać, rzecz oczywista, ale czy ktoś z Was brał to pod uwagę, kalkulując sesję?
Czas, parę godzin.
4. Sprzęt czyli TOCOZAROBIĘITAKWYDAMNASPRZĘT
To też wydaje się oczywiste, ale kto z drugiej strony uwzględnia to w kalkulacji? Na Zachodzie jest to często spotykana opcja wyceny. Tam po prostu fotograf wpisuje koszt wypożyczenia sprzętu i studia, bo jest to normalne, że fotograf nie musi mieć wszystkiego.
Sprzęt profesjonalny jest trwały, ale nie wieczny, co jakiś czas trzeba coś wymienić czy dokupić. Gdy przeliczymy to w skali roku, okaże się, że kilka (albo kilkanaście) sesji trzeba zrobić tylko po to, by kupić nowe zabawki.
Statyw wytrzyma dwadzieścia lat bez problemu, obiektyw może nawet podobnie, ale aparat czy komputer?
Doliczcie do tego koszt samochodu, paliwa, wynajęcia studia itd.
Jak wszystko podliczycie to może się okazać, że na tej sesji nic nie zarobiłem, a tylko zmniejszyłem nieco deficyt :)
I wtedy okazuje się, dlaczego dzień pracy musi kosztować czasem kilka razy więcej niż te 1000 zł …
25 stycznia 2011
| przez Artur NykPo Czarnym Łabędziu przyszła nam ochota na czarno-białe zdjęcia. Postanowiliśmy razem z Tomkiem Szabelką zorganizować szybką sesję. Tomek miał ochotę stworzyć kilka fryzur, które chodziły mu po głowie, a ja miałem zamiar przetestować nowy softbox Elinchromu.
Zapowiadałem już, że szykuję obszerny test oświetlenia Elinchromu, ale to jeszcze trochę potrwa, gdyż podchodzę do tematu bardzo poważnie. Dzisiaj mogę na razie pokazać efekty świecenia softem Rotalux Deep Octa 100. Najważniejsze w tym jest słowo Deep. To właśnie specjalna głęboka konstrukcja powoduje bardziej kierunkowe światło w porównaniu ze zwykłym softboxem. Całą dzisiejszą sesję zrobiłem z użyciem tylko tej jednej lampy.
Efekt możecie zobaczyć poniżej. A nawiązując do wczorajszych rozważań nad obróbką zdjęć, dzisiejsze fotografie publikuję bez obróbki. Jedynie zdjąłem kolor i minimalnie poprawiłem kontrast w Aperture.
Wygląda na to, że zaprzyjaźnię się z tą Octą :)
18 stycznia 2011
| przez Artur NykAktualna pogoda mi się już bardzo znudziła i z przyjemnością oglądałem sobie stare zdjęcia z wakacji. Znalazłem m.in. moje pierwsze podwodne zdjęcia z Egiptu. Zrobiłem je dosyć dawno temu, gdy królowały jeszcze aparaty analogowe.
Przed wyjazdem moja znajoma, Ola, podarowała mi jednorazowy, plastikowy aparacik Agfy. Miał założony film 400 ISO, 27 klatek (tylko chyba Agfa sprzedawała filmy 24+3 klatki) i był przeterminowany zaledwie dwa lata… Nie miałem zielonego pojęcia, czy mi się przyda, ale skoro dają…
Oczywiście przydał się bardzo szybko, bo znajomi namówili mnie na wycieczkę z nurkowaniem. Popłynęliśmy na piękną rafę Akwarium. Nurkowanie to może za dużo powiedziane, pod wodą miałem tylko głowę w masce ale wrażenia były niesamowite. Robiłem więc zdjęcie za zdjęciem. Miałem przecież całe 27 klatek. Okazało się, że wcale nie jest to tak mało, bo nie za często udawało mi się zapanować nad aparatem. Płynąc na powierzchni, zachowywałem się jak korek na wodzie. Gdy już prawie ustawiłem sobie kadr, to kolejna fala niweczyła moje starania.
Z tych 27 klatek dobre wyszły mi ….dwie. Reszta albo była źle naświetlona, albo poruszona, albo na zdjęciu była sama woda i pół ryby. Nie ma się zresztą co dziwić, że zdjęcia były prześwietlone albo niedoświetlone. Aparacik to była tania konstrukcja z plastikowym obiektywem, a film stary. I tak uważam za cud, że coś wyszło.
12 stycznia 2011
| przez Artur NykZauważyłem, że gdy spotkam się z jakimś znajomym, który akurat też jest fotografem to rozmowa zawsze schodzi w którymś momencie na sprzęt. W końcu chyba to normalne, mechanicy rozmawiają o samochodach, a lekarze o ciekawych chorobach, jakie udało im się znaleźć.
Potrafimy przez długie godziny rozważać zalety i wady jakiegoś obiektywu albo wyśmiewać system, z którego nie korzystamy i jednocześnie wychwalać nasz własny. Co najciekawsze, te rozmowy nigdy się nie nudzą. Zawsze jest coś do dodania albo jakieś nowe doświadczenie z używania sprzętu w innych warunkach. Nie wiem jak innym, ale mnie takie rozmowy sprawiają przyjemność. Wiem też, że są fotograficy, dla których to nie jest normalne. Traktują sprzęt jako interfejs między ich wizją i gotowym obrazem, może i niezbędny, ale którego najchętniej by się pozbyli.
Ja, nim kupię jakikolwiek sprzęt, oglądam go najpierw długo z każdej strony, rozważam za i przeciw, rozmawiam z ludźmi, którzy już go mają. I chociaż jestem trochę sprzętowym gadżeciarzem to moje powody takiego szczegółowego przyglądania się są trochę inne.
Mam w domu odkurzacz, w którym bardzo niewygodnie otwiera się pokrywę, ale ogólnie jest fajny. Nie przeszkadza mi to bardzo, bo nie muszę otwierać go parę razy dziennie.
Natomiast softboks, który kiepsko się rozkłada, statyw z niewygodnymi blokadami, lampa, która ma fatalny uchwyt do przenoszenia to już nie jest dla mnie błahy problem.
Wszystko to można ścierpieć i nie przejmować się, gdy rozkładasz i składasz sprzęt raz na miesiąc. Gdy jednak robisz to dwa razy dziennie, a czasem w nocy po piętnastogodzinnej sesji to nawet najmniejszy brak ergonomii doprowadza do rozpaczy albo szału.
A ile radości może dać aparat, który ma wygodniejszy uchwyt. Zwłaszcza po długiej sesji. Wtedy zwłaszcza doceniamy każdy kawałek sprzętu niesprawiający problemów.
To tylko sprzęt. Ale jaki daje fajny pretekst do spotkania przy piwie :)
10 stycznia 2011
| przez Artur NykNigdy nie byłem zwolennikiem zdjęć, które aby docenić i zrozumieć, trzeba poznać całą historię ich powstania. Zdjęcie ma się bronić samo. Jeżeli potrzebuje całej strony tekstu, abym uznał, że jest interesujące, to przestaje być już obrazem, a staje się artykułem.
Czasem natomiast warto opowiedzieć historię zdjęcia, bo zdarza się coś ciekawego. Wczoraj wpadłem na pomysł, by w ramach mojego blogu stworzyć serię pt. Historia jednego zdjęcia.
Dzisiaj na pierwszy ogień mała historyjka o fotografii samochodu.
Podróżowałem kiedyś ze znajomymi po Toskanii. Zatrzymaliśmy się w jakimś ładnym miejscu, aby trochę odpocząć. Bez większego celu rozeszliśmy się po okolicy, oczywiście wszyscy z aparatami. Nawet ja miałem wyjątkowo swojego Canona. W pewnym momencie usłyszeliśmy głośny dźwięk sportowego samochodu. Powiedziałbym nawet, że nie dźwięk, a raczej huk godny lawiny kamieni spadających na fabrykę blachy. Nigdy czegoś takiego nie słyszałem. Po paru sekundach, zza zakrętu wyłonił się czerwony samochód, już się zdążyłem rozczarować jego wyglądem i zdziwić, jak jest w stanie zrobić taki hałas, gdy zrozumiałem swoją pomyłkę. Zaraz za nim pokazał się prawdziwy potwór.
Wielki, czerwony, głośny. Rzuciłem się do fotografowania, by mieć jakiekolwiek zdjęcie. Nie mam pojęcia, jaki to był samochód. W pierwszej chwili myślałem, że to Ferrari, ale chyba jednak nie. Może ktoś z Was rozpozna, co to jest.
Gdy przejechały, miałem już wracać, ale spojrzałem pod własne nogi i zamarłem. Zobaczyłem, że siedzi tam przepiękna, mieniąca się kolorami jaszczurka. Nie wiem jaka, bo na takich stworzeniach znam się jeszcze mniej, niż na samochodach.
Starając się już prawie nie ruszać, bardzo powoli przyłożyłem aparat do oka i zrobiłem zdjęcia. Potem jaszczurka uciekła.
Wtedy emocjonowałem się tym niesamowitym samochodem i tym, że udało mi się go sfotografować. A dzisiaj widzę, że to zdjęcie jaszczura jest znacznie ciekawsze.
Kolejny raz przekonałem się, że przypadek i szczęście są potrzebne.
8 stycznia 2011
| przez Artur NykTo, że jestem fanem Apple, wie każdy. Do makowego sprzętu i rozwiązań podchodzę zwykle entuzjastycznie. Lubię ich pomysły, bo są przyjazne dla użytkownika. Przekonałem też do tego sprzętu już kilku znajomych, aż żałuję, że nie dostaję od Apple prowizji.
Dwa dni temu Apple otworzył App Store, gdzie można kupić programy na maka, podobnie, jak do tej pory można było kupować aplikacje na iphone’a i ipad’a. Niby znowu nie jest to rewolucyjne rozwiązanie. Niby wprowadzenie poprzedniego App Store’a i iTunes’a też nim nie było. A jednak okazało się to wielkim sukcesem. Wszystko opiera się bowiem na ogromnej łatwości korzystania ze sklepu. Ja przez dwa lata pobrałem około 200 bezpłatnych programów na mojego ajfona, wszystko bezpośrednio z poziomu telefonu przez wi-fi. Nie kupiłem nic, bo bezpłatne programy całkowicie mi wystarczyły.
Mogę więc spokojnie założyć, że ten sklep z programami będzie się cieszył bardzo dużym zainteresowaniem. A sprzyjać temu będą bardzo niskie ceny programów. Do tej pory Aperture kupowany w polskim sklepie kosztował 850 zł. W App Store można go kupić za 240 zł! A i tak jest to jeden z droższych tam programów. Oczywiście, jest też sporo bezpłatnych.
Już niedługo podobne sklepy będą pewnie oferować inne firmy. Ale nim to zrobią, Apple znowu wymyśli coś nowego :)
Zresztą i tak użytkownicy maków będą zadowoleni z nowego rozwiązania, a przeciwników i tak to nie przekona. I wszyscy nadal będą pewni swoich racji.
2 stycznia 2011
| przez Artur NykMiesiąc temu opisałem w ciepłych słowach, co myślę o zdjęciach Karla Lagerfelda do nowego kalendarza Pirelli. Dzisiaj znowu mogę wrocić do tematu mojego ulubionego Fotografującego Projektanta. Otóż przeczytałem o nowej wersji Volkswagena Golfa i Polo, nazwanej Style, a sygnowanych nazwiskiem sławnego projektanta.
Nie mam nic do VW, choć raczej nic nie wskazuje, bym miał kiedyś jakiś samochód z tym znaczkiem. Wielu producentów samochodów wykorzystuje sławy do promocji swoich aut, nie ma w tym nic niezwykłego. Choćby Renault, które ma Megane GT Kubica Edition. Wszyscy robią wersje specjalne, które zwykle są lepiej wyposażone. A czasem mają tylko ładny emblemat i inną cenę.
Ale to wszystko jest bez znaczenia. Bo dla mnie jest to reklama Hasselblada. Zobaczcie całą reklamę:
Zauważyliście, że to Hasselblad jest cały czas na pierwszym planie? Ma też odpowiednio duży obiektyw, by był jeszcze bardziej widoczny. Podoba mi się, jak Karl go momentami trzyma. Gdybym nie wiedział, że robi czasem zdjęcia to pomyslałbym, że nie wie, co ma w ręku.
30 grudnia 2010
| przez Artur NykOba te święta kojarzą mi się z prezentami. Dostawanie prezentów to świetna sprawa, nawet, gdy samemu się je finansuje. Dzisiaj miałem właśnie taki dzień. Dostałem całą masę nowych zabawek.
Ledwo przyjechałem do studia, wszedł kurier z wielkim wysiłkiem targając dwie wielkie paczki. W środku był mój nowy sprzęt Elinchroma! Właściwie to miałem dzisiaj zaplanowane zdjęcia, ale gdy pojawiają się nowe zabawki to nic nie jest mnie w stanie od nich odciągnąć. Nie było szans, musiałem wszystkiego dotknąć, pomacać i powąchać. Niedługo na pewno poświęcę jeden wpis na dokładną recenzję sprzętu, jak tylko sprawdzę go w akcji. Na gorąco powiem, że jest fajnie, ale mam pewne ale… :)
Gdy już się nacieszyłem Elinchromem, pojechałem do mojego ulubionego sklepu meblowego z kraju moich przodków, którzy do dzisiaj uwielbiają sami skręcać szafki. Ponieważ na podobny pomysł wpadło jakieś parę tysięcy ludzi, to proste zakupy przerodziły się w epopeję długą jak reklamy na Polsacie.
Cóż to jednak znaczy w porównaniu do całkiem nowych mebli kuchennych w studio. Teraz kawa robiona w czasie sesji nabierze całkiem nowego wymiaru smaku. Jak tylko poskręcamy wszystko do kupy.
Żeby nie było za dobrze, dla równowagi zepsuł mi się studyjny ruter i zamek tylnej klapy w samochodzie.
Proces odpalenia wygląda teraz tak: wsiadam, przekręcam kluczyk, w tym momencie otwiera się bagażnik, wysiadam, zamykam bagażnik i mogę już ruszyć.
Od kumpla wiem, że w następnym etapie będę zatrzymywał się na każdym przystanku autobusowym, by zatrzasnąć bagażnik, który będzie otwierał się co chwilę. Ale to dopiero w przyszłym roku, mam nadzieję.
PS. To 150 wpis, nawet nie wiem kiedy minęło te 150 wieczorów spędzonych na pisaniu. I wielkie dzięki za prawie 18.000 odsłon :) Będę starał się dalej, a wszelkie uwagi są mile widziane :)
18 grudnia 2010
| przez Artur NykPlan polega na znalezieniu tego czegoś, co pozwoli mi pracować mało i tylko wtedy, kiedy chcę, za to zarabiać dużo i przez cały czas. Aby to zrealizować, będę potrzebował kilku rzeczy:
Po pierwsze, potrzebuję więc prawdziwego, tajnego planu. Plan musi być tajny, inaczej każdy mógłby zrealizować to, co wymyśliłem. Plan musi być też prosty. W końcu w założeniach jest, abym się nie napracował.
Po drugie, przydałoby się mieć kogoś do pomocy. W każdym filmie i każdej książce bohater ma kogoś do pomocy. Kogoś, kto tak naprawdę odwala większość roboty, a chwała i tak spada na bohatera. Tak to już jest, że bohater ma zawsze lepiej. Nie moja wina, ale tak jest.
Po trzecie, mając plan i pomocnika warto mieć szczęście. Jedni mają rację, inni mają wiedzę, a i tak wygrywa ten, kto ma szczęście.
Szczęście jest niezbędne do realizacji planu.
Po czwarte i najważniejsze plan musi zawierać PRAWDZIWIE DOBRY POMYSŁ. Inaczej będzie przypominał Plan Pięcioletni (młodzi duchem wiedzą co to jest, młodzi ciałem znajdą sobie w necie).
I tu niestety objawia się słabość mojego genialnego planu ponieważ właśnie POMYSŁU mi brakuje….
Kilka właściwie miałem, ale z błahego powodu braku dostępnych technologi, jakoś nie mogę ich zrealizować. Wymyśliłem np. antygrawitacyjny statyw. Każdy, kto pracuje w studio, wie, że statywy mają nogi, o które wszyscy się potykają. Zaprojektowałem więc urządzenie wykorzystujące pole siłowe, utrzymujące lampę w dowolnym miejscu studia. Bardzo praktyczne, eliminuje zwykłe statywy, systemy sufitowe, boomy itp. Wystarczy podnieść lampę na potrzebną wysokość, by tam została. Technologię antygrawitacji zapożyczyłem z Gwiezdnych Wojen. Niestety, procedury patentowe bardzo się przedłużają i możliwe, że trochę to potrwa, nim wprowadzę urządzenie do sprzedaży.
Miałem też pomysł na ekologiczne pozyskiwanie energii w samochodach. Pomysł jest ograniczony terytorialnie do Polski i zakłada wykorzystanie aktualnego stanu naszych dróg. Znacie na pewno przetworniki piezoelektryczne, są np. w zapalarkach do gazu i pracują na zasadzie przekształcenia energii kinetycznej (czyli ruchu) na elektryczną.
Mój pomysł zakłada zainstalowanie takich przetworników w zawieszeniu samochodu. Wtedy każde wjechanie w dziurę spowoduje wytworzenie dodatkowej energii. Pomyślcie, jak byłoby pięknie. Zamiast omijać dziury, celowo wjeżdżalibyśmy w nie, bo każda dziura to dodatkowa energia!
Niestety i tu nie miałem szczęścia. Mój znakomity pomysł został zablokowany przez producentów asfaltu i musiałem się wycofać.
Pracuję teraz nad Wyświetlaczem Osobistym Holograficznym w skrócie WOH (jednak myślę nad zmianą nazwy na FOH). Pozwoli on dziewczynom wyglądać tak, jak na zdjęciach obrobionych w PS. Wyświetlacz będzie generował obraz holograficzny, który zastąpi rzeczywisty wygląd. Na razie jest wielkości dziesięciopiętrowego wieżowca, ale gdy uda mi się zmniejszyć go do wymiarów zwykłej czapki z daszkiem, to jestem pewny sukcesu.
Będzie to cudowne urządzenie kompatybilne z PS, dzięki któremu dziewczyna będzie mogła być widziana w rzeczywistości tak, jak na obrobionym zdjęciu.
W pamięci FOH będzie można przechowywać wszystkie sfotografowane makijaże i fryzury, dzięki czemu poranny make up ograniczy się do wyboru odpowiedniego programu z pamięci FOH. Również figura będzie mogła być dowolnie skorygowana, a efekt finalny będzie zależny tylko od umiejętności obróbki zdjęć.
Pomyślcie, jak genialne będzie to urządzenie. Każda dziewczyna będzie mogła wyglądać jak tylko chce i to nawet codziennie inaczej!
Aktualnie trochę problemów robią mi chirurdzy plastyczni, którzy boją się, że FOH pozbawi ich pracy, jednak wspierany jestem przez projektantów odzieży, którzy zwietrzyli interes w produkcji wirtualnych ciuchów. Dzięki temu każda dziewczyna będzie mogła znacznie taniej kupić w sieci dowolną sukienkę czy spodnie i zawsze będzie mieć gwarancję najlepszego dopasowania do figury. A wszystko bez transportu, magazynowania itd.
Będę musiał naprawdę dużo zarobić na FOHu i kupić sobie nową tożsamość, bo gdy Chiny dowiedzą się, kto jest odpowiedzialny za upadek branży tekstylnej….
Chyba jeszcze będę musiał przegadać z przywódcami świata, czy wprowadzenie FOHa nie zachwieje światową gospodarką…
Albo nie czytać tyle książek science-fiction :)
Mam najlepsze ciasteczka, idealne do kawy. Życzę miłego oglądania moich fotografii Odwiedź stronę Polityka plików „cookies” aby dowiedzieć się więcej.
Close