×
Artur Nyk Blog
  • Fotografie
  • O mnie
  • Jak zostać fotografem
  • Jak to zrobiłem
  • do kawy
  • Fotografie
  • O mnie
  • Jak zostać fotografem
  • Jak to zrobiłem
  • do kawy

porady

16 września 2013

| przez Artur Nyk

Reorganizacja

Doszedłem do momentu, gdy zapominam o rzeczach, które muszę zrobić, natychmiast po przypomnieniu sobie o nich. Po prostu nim zacznę je robić, zdąży pojawić sie kolejna Sprawa Niecierpiąca Zwłoki. Pewnie część z Was zna ten stan, gdy rozmawiając przez telefon, słyszycie, że dobijają się do Was dwie kolejne osoby, a gdy tylko na chwilę telefon milknie, dostajecie maila z następną ekstra ważną sprawą do załatwienia na wczoraj. Zdążycie ledwo przeczytać maila i już dzwoni kolejny telefon. W takich momentach mam ochotę przenieść się do drewnianej chaty w Bieszczadach, bez dostępu nie tylko internetu, ale i prądu.

Uzmysłowiłem sobie, że jeśli czegoś z tym nie zrobię, to będę musiał nauczyć się spać po 10 minut na dobę. Stąd plan reorganizacji. Na razie mój plan jest jednak tak skrystalizowany jak program dowolnej partii politycznej. Czyli muszę zrobić coś by było dobrze, wszyscy byli szczęśliwi, a mnie żyło się dostatnie. Nie wiem tylko za bardzo co, poza tym, że potrzebny mi dobry plan, muszę efektywnie zarządzać swoim czasem i podejmować mądre decyzje. Czyli wiem tyle co politycy.

A na poważnie, to szukam sposobu jak radzić sobie z taką wielozadaniowością. Pamiętam ze dawnych szkolnych lat, że w przypadku komputerów to się jeszcze sprawdza. Procesor zajmuje się na chwile jedną sprawą, potem ją porzuca by zająć się kolejną i tak w kółko, aż wróci do tej pierwszej, ale też tylko na chwilę. Ludzie, tak jednak nie potrafią działać, a ja już na pewno.

Na początek zrobiłem dwie rzeczy. Zrobiłem sobie na kartce listę konkretnych spraw do załatwienia. Wziąłem od razu dużą kartkę :) Gdy coś zrobię to z przyjemnością wykreślam tą pozycję. Mam dzięki temu poczucie, że posuwam wszystko do przodu. Szkoda tylko, że szybciej rośnie lista nowych pozycji  niż tych wykreślonych :)
Druga rzecz, to przydzielenie każdemu dniu w tygodniu konkretnych zadań. W poniedziałek administracja i papierologia, wtorek to obróbka zdjęć, porządki w bibliotekach, banki zdjęć. Środa – marketing ( może wreszcie się wezmę za to ), czwartek – kreacja ( najprzyjemniejsza sprawa ), piątek – szukanie plenerów i modeli.
Oczywiście wiem, że nie ma szans trzymać się co do joty tego planu, ale obiecałem sobie, że jeżeli nie mam zdjęć, ani świat się właśnie nie wali, to trzymam się tego rozkładu zajęć. Ma od dla mnie bowiem wielką zaletę. Zamiast przejmować się, którą z ważnych i pilnych rzeczy w danym dniu się zająć, będę spokojnie robił to co mam zaplanowane w tym momencie.

Chętnie też posłucham jak Wy radzicie sobie z takimi problemami, może macie jeszcze lepszy pomysł jak nie zwariować od nadmiaru tematów?
Mnie marzy się coraz częściej wyłączenie mojego ajfona :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
do kawy, porady
komentarz

5 września 2013

| przez Artur Nyk

Kupuję nowy obiektyw

Dla fotografa kupno nowego obiektywu to jak dla kobiety kupienie jednorazowo dziesięciu par butów. I  to z torebkami do kompletu. Ja od dłuższego czasu nosiłem się z zamiarem zamiany mojego  Canona 24-105/4 L IS na coś lepszego. Pytanie tylko na co? 24-105 to prawdziwy wół roboczy, uniwersalne szkło, którym da się zrobić prawie wszystko. A mimo to, choć to bardzo dobry sprzęt, jakoś od początku mi nie podchodził. Próbowałem już dawno temu fotografować topowym wtedy 24-70/2,8 L, ale też specjalnie się nim nie zachwyciłem. Doczekałem się w końcu jego nowej wersji czyli 24-70/2,8 L II, jednak cena mnie trochę zmroziła. Nie mam nic przeciwko wydawania pieniędzy na narzędzie do zarabiania, jednak stosunek jakości do tego co obiektyw mi oferuje i jak to może wpłynąć na wzrost moich zarobków ( czyli rzecz bardzo subiektywna ), nie był korzystny. Nie potrzebuję po prostu jasnego zoomu, ale obiektywu o bardzo dobrej ostrości, nawet jeśli będzie to kosztem jasności. No i stabilizacja też by się przydała. Jak już kiedyś pisałem, nie lubię pracować tylko po to by kupić następne narzędzie do pracy :)

Kolejny obiektyw, który się wypuścił Canon to 24-70/4 L IS, czyli ciemniejsza wersja, za to ze stabilizacją i w znacznie lepszej cenie. Od razu spodobał mi się ten obiektyw. Chciałem od razu go kupować, ale nie był jeszcze w sprzedaży. Czekałem, czekałem, aż …zapomniałem :) Naprawdę godne podziwu :)

Potem gdy znowu zabrałem się za myślenie o wymianie szkła, zastanawiałem się jeszcze czy raczej nie kupić jakiejś stałki, ale ogniskowa, która najbardziej mnie interesowała czyli 35 mm, też nie miała dobrego kandydata na mój nowy obiektyw. Canon do dzisiaj nie wypuścił 35/1,4 L II.

Ciągle się więc wahałem co zrobić, a mój wół roboczy w tym czasie trzaskał kolejne foty i nikt z klientów nie narzekał na jakość.

A dzisiaj trafiłem na stronę, która bardzo szybko pomogła mi podjąć decyzję. Nie wiem już komu muszę podziękować za link, który znalazłem na stronie Samopomoc fotograficzna na FB.
Zobaczcie koniecznie stronę The Digital Picture. Jestem zachwycony w jak prosty sposób można zrobić porównanie dwóch obiektywów. To jest dokładnie to czego mi zawsze brakowało. Ostrość, winietowanie, dystorsja. Wszystko widzę i mogę bez problemu porównać jak będzie się zachowywał obraz na przesłonie, na której najczęściej pracuję. Rewelacja. Pisałem już ostatnio, że testy z milionem tabelek, wykresów i mądrych opisów są dla mnie tak przydatne jak sprawozdania sejmowe. Ja chcę po prostu zobaczyć na własne oczy różnicę między dwoma obiektywami w porównywalnych warunkach.

Gdy więc zobaczyłem na ile nowy 24-70/4 L IS oferuje ostrzejszy obraz od mojego szkła, to podjąłem bardzo szybką decyzję na tak. Jak możecie sami sobie sprawdzić wersja f2,8 jest oczywiście jeszcze lepsza, ale tu przyrost jakości nie jest już tak duży. Różnica w cenie natomiast jest duża. Dzisiejsze ceny to 4900 zł za „4” i 8200 zł za „2,8” i na dodatek droższy obiektyw nie ma stabilizacji. No i nie mam nad czym się zastanawiać. Dotychczas prawie nigdy nie fotografowałem na moim obiektywie na przesłonie 4, to i w jaśniejszym bym nie wykorzystał jego możliwości. Najczęściej używam f8 lub f11
Jest jeszcze jeden aspekt, o którym warto pamiętać. Obiektyw o jasności f4 może nie pozwolić na wykorzystanie pełnych możliwości autofokusa w aparacie. W mojej jedynce, z tego co pamiętam ileś tam czujników pracuje krzyżowo tylko gdy obiektyw ma jasność f2,8 lub większą. Ale dotąd mi to nie przeszkadzało, a aparat świetnie sobie radził z ustawianiem ostrości.

Dla mnie, do moich specyficznych zastosowań wolę ciemniejszy obiektyw, dla kogoś innego ważne będą zupełnie inne kwestie. Najważniejsze, że dzięki testom na  The Digital Picture, każdy w łatwy sposób może sobie sprawdzić obiektywy według swoich potrzeb. Ja przeanalizowałem wszystkie moje obiektywy, posprawdzałem który jest lepszy przy ogniskowych, które mi się dublują i teraz jestem mądrzejszy :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Canon, foto mądrości, porady, sprzęt, test
8 komentarzy

26 sierpnia 2013

| przez Artur Nyk

Nissan w ciemnym lesie czyli jak fotografować samochód

Aby zrobić ciekawe zdjęcie samochodu wystarczy spełnić trzy warunki :

1. Znaleźć fajny samochód
2. Znaleźć fajny plener
3. Fajnie oświetlić samochód

Prawda jakie to proste? No dobrze, o ile dwa pierwsze warunki można jeszcze w miarę łatwo spełnić, to trzeci decyduje prawie o wszystkim i wcale nie jest taki prosty do spełnienia.
W czwartek robiłem sesję do swojego portfolio z czarnym Nissanem Juke. Chciałem poćwiczyć techniki oświetlenia czarnych samochodów, bo to zdecydowanie najtrudniejszy kolor. Rozejrzałem się wśród samochodów znajomych i wybór padł na Juke’a. Ten samochód spełniał wszystkie moje wymagania, Ania bez problemu go pożyczyła, był czarny, miał kilka ciekawych detali i jednocześnie brak wyraźnych przetłoczeń biegnących przez cały samochód. Dlaczego to było takie ważne? Właśnie dla podniesienia stopnia trudności tych zdjęć. Np. BMW serii 3 ma piękne, ostre przetłoczenie biegnące przez cały bok. Wystarczy zrobić na nim blik i już mamy dobrze podkreśloną sylwetkę. Natomiast w Juke’u bok jest praktycznie gładki i światło nie ma się na czym załamać.

Następnym etapem było znalezienie pleneru. Wiedziałem, że sesja musi się odbyć nocą z kilku powodów, o których napiszę później. Szukałem więc miejsc ciekawych, ale też bezpiecznych. Gdy skreśliłem już wszystkie miejsca jakie przyszły mi do głowy, bo zawsze coś było nie tak, to przypomniałem sobie o parku znajdującym się kilkaset metrów od mojego domu. Spełniał wszystkie wymagania poza jednym. Musiałbym złamać zakaz wjazdu, wprawdzie tylko kilka metrów, ale zawsze. Jak widać na zdjęciu poniżej, oczywiście nie zrobiłem tam tej sesji, tylko pojechałem w Bory Tucholskie :)

Do pomocy przy sesji zaprosiłem Pawła Pszczołę i Adama Jędrysika. Adam przyjechał z zamiarem nakręcenia filmu, ale jak zobaczył miejsce, które wybrałem na sesję to zwątpił. Było tak  ciemno, że ledwie widzieliśmy samych siebie.
Moim zestawem oświetleniowym był przenośny generator Elinchrom Ranger z jedną głowicą, czasza standardowa i strip 90 x 35 cm, blenda 2 x 2 m oraz najważniejszy element czyli Ludzki Statyw Oświetleniowy.

Zaparkowałem samochód pomiędzy drzewami, ustawiłem kadr i ostrość, na długim czasie zrobiłem zdjęcie  i zarejestrowałem tyle zastanego światła ile się dało. Potem to samo zrobiłem z włączonymi światłami samochodu na wszelki wypadek gdyby okazało się, że jest to potrzebne.
Teraz zostało nam już tylko zrobić to co najważniejsze czyli znaleźć sposób na takie oświetlenie sylwetki samochodu by wyglądała atrakcyjnie. Tu rozpoczyna się najistotniejsza część pracy fotografa. Ja na początek oglądam sobie w necie zdjęć samochodu, który mam fotografować. Gdy zacznę robić zdjęcia samochodom, które dopiero wchodzą na rynek, nie będę miał tej możliwości, ale teraz dlaczego nie miałbym skorzystać z doświadczeń innych fotografów. Oglądam fotografi i analizuję pod jakim kątem samochód wygląda najlepiej i jak układają się bliki na karoserii. Na tej podstawie buduję swoją wizję zdjęcia i tego jak chcę przedstawić samochód. Możliwości kreowania wizerunku są bowiem praktycznie nieograniczone, a raczej są ograniczone tylko wyobraźnią. Ten sam samochód można sfotografować na milion sposobów, zmieniając światło, optykę i lokalizację. I ta mnogość możliwości stwarza największy problem :)

Tym razem nie miałem tak bardzo konkretnej wizji jak ostatnio fotografując Ferrari. Chciałem się skupić na sprawdzeniu samych możliwości świecenia na różne sposoby. Ogólny plan przewidywał zrobienia zdjęcia gdzie samochód narysowany tylko blikami światła wyłania się z ciemności lasu.
Na początek świeciliśmy standardową czaszą, same szczegóły Juke”a, najlepiej sprawdzało się to zwłaszcza na detalach przodu i kołach.


Następny etap to narysowanie linii maski i dachu. Tu przydała się blenda, od której odbijaliśmy światło. Pracę znakomicie ułatwiało wykorzystanie Ludzkich Statywów Oświetleniowych z opcją sterowania głosem :) A tak na serio to czasem nawet lekkie przesunięcie lampy powodowało kompletną zmianę efektu. Nie ma w takich sytuacjach lepszego rozwiązania niż obserwowanie przez obiektyw i „sterowanie” lampą : w lewo, w lewo, jeszcze, jeszcze, niżej, wyżej  i w jeszcze w lewo, no już, już prawie… aaaaa z powrotem, zepsuło się :)

Następną opcją było świecenie softem. W tym przypadku strip dał ciekawszy efekt niż ostre światło czaszy i pozwolił na narysowanie kilku naprawdę ładnych blików.

Na końcu malowaliśmy światłem. Dlatego właśnie zależało mi na całkowitej ciemności by można było bez żadnych problemów stosować tą technikę. Chciałem zacząć od malowania blików ostrą czaszą, ale Paweł zaproponował by użyć stripa i to okazało się bardzo dobrym wyborem. Już przy pierwszym zdjęciu efekt był bardzo obiecujący. W głowicy Rangera montowany jest pilot o mocy całych 50W, który automatycznie wyłączał się po 15 sekundach. Tak jest rozwiązana kwestia oszczędności baterii. Próbowaliśmy świecić więc w dwóch wersjach: na czasie 20s z piętnastosekundowym naświetleniem lampą lub na 30s z dwoma przelotami lampy.
Oto jedna z klatek. Nie wszystkie bliki są idealne, ale w ramach jednego naświetlenia zyskujemy prawie gotową fotografię. W porównaniu do naświetlania każdego detalu osobno, to olbrzymia różnica.

ISO 100    f11    t 30s   50 mm

Teraz pozostała mi już tylko praca koncepcyjna czyli poskładanie poszczególnych klatek w jedną całość. Obawiam się, że będzie tych klatek dużo…. Na szczęście moja rola ograniczy się tylko do wyboru klatek, a resztą zajmie się Gosia :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
backstage, Elinchrom, Jak to zrobiłem, plenery, porady, samochody, sesja, sprzęt
komentarz

14 sierpnia 2013

| przez Artur Nyk

Poza kadrem czyli książka dla fotografa

Nie czytam zbyt często książek o fotografii bo zwykle w połowie się już nudzę. Najczęściej dlatego, że autor piszę o sprawach zbyt banalnych, albo przeciwnie, zbyt skomplikowanych bym to zrozumiał.

Przy okazji takie małe wtrącenie.
Ostatnio chciałem porównać testy paru kompaktów Canona bo wreszcie muszę coś małego kupić. Zajrzałem na optyczne.pl, serwis bardzo szacowny w końcu. Gdy czytając test Canona G15  doszedłem do działu Optyka, wymiękłem. Ja chciałem tylko dowiedzieć się, czy jak zrobię zdjęcie to będzie ostre i z RAWa da się ładnie wyciągnąć kolor i szczegół, a dowiedziałem się, że różnice między składowymi pionowymi i poziomymi dowodzą symetryczności filtra dolnoprzepustowego przy przebiegu funkcji MTF ze średnią wartością 975 LWPH, która objawiają się niską zdolnością rozdzielczą. Czy jakoś tak. Na szczęście na końcu zawsze można zobaczyć przykłady zdjęć i w ten sposób coś zrozumieć. Bo po przeczytaniu samych opisów, okazało się, że wszystkie moje obiektywy składają się głównie z samych wad :)

Wracając do książek, dostałem niedawno „Poza kadrem”,  Davida duChemina. W pierwszej chwili myślałem, że to kolejna książka opisująca jak zrobić ładne zdjęcie na wakacjach, przyznaję, to wina okładki. Gdy jednak zajrzałem do środka i przeczytałem pierwsze zdanie na jakie trafiłem, zrozumiałem, że to coś zupełnie innego : „Czy Luke Skywalker poradziłby sobie gdyby nie Obi-Wan Kenobi i Yoda?” Tak zaczyna się rozdział mówiący o potrzebie posiadania mentora.

„Poza kadrem” to książka nie tyle o fotografowaniu, ale o byciu fotografem. Autor wprawdzie w dużej mierze kieruje ją do ludzi, którzy chcą przejść dopiero na zawodowstwo, ale ci, którzy już żyją z fotografii, znajdą tam mnóstwo cennych rad. Ja czytałem ją prawie z wypiekami na twarzy, bo nagle okazało się, że problemy i wątpliwości, z którymi się zmagam od lat, nie są tylko moją domeną. Dokładnie takie same problemy mają profesjonalni fotografowie na całym świecie. W sumie przyjąłem to z ulgą :)

Książka jest małym kompendium wiedzy na temat wyboru odpowiedniej dla siebie drogi, prowadzenia własnego marketingu, zarządzania finansami i umiejętności stawiania wszystkiego na jedną kartę czyli dążenia do realizacji swoich pasji. Polecam ją Wam bardzo, bo sam dużo wyniosłem z tej lektury.
Spotkałem się wprawdzie z opinią kumpla, że książka jest nudna i składa się z banalnych ogólników ale nie słuchajcie go. Michał jest młodszy ode mnie, więc nie może mieć racji, a poza tym przeczytał tylko pół książki :)

PS. W kwestii kupna małego aparatu to zapamiętałem z książki taką radę : jeśli wpadłeś na pomysł, że ten nowy obiektyw jest ci niezbędny, poczekaj jeszcze miesiąc nim go kupisz, a wtedy pewnie okaże się, że możesz spokojnie bez niego żyć :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Canon, foto mądrości, porady, test
komentarz

12 sierpnia 2013

| przez Artur Nyk

Czarny, błyszczący, okrągły czyli koszmar fotografa

Po czeskich wakacjach wracam znowu do pisania, z mocnym postanowieniem by robić to często ( albo przynajmniej częściej ). Dużo się ostatnio działo, mam więc sporo do nadrobienia :)

Wróćmy do ostatniego dnia sprzed moich wakacji. Właściwie, to miałem wtedy już od dwóch dni leżeć  na trawie pod jakimś czeskim zamkiem i delektować się chłodnym czeskim dobrem narodowym. Pojawiło się jednak zlecenie, dla którego postanowiłem opóźnić mój wyjazd. Mój dobry znajomy pracuje od jakiegoś czasu dla polskiego designera, Roberta Majkuta, fotografując wnętrza przez niego zaprojektowane. Kiedyś ja również zrobiłem dla niego jedną sesję wyjątkowego biurka pokrytego czarnym lakierem fortepianowym. Było robione na zamówienie dla bodajże pani prezes TVN. Taki mebel to koszmar fotografa, nie dość, że czarny, odbijający wszystko jak lustro, pełny zaokrągleń, to jeszcze z blatem wyłożonym matową skórą. Pomimo to, poszło mi wtedy bardzo dobrze i wszyscy byli zadowoleni.
Kumpel zaproponował mi byśmy zrobili tą sesję wspólnie. Temat mi pasował, a poza tym nie pracowałem jeszcze w Studiu Tęcza gdzie mieliśmy mieć do dyspozycji dużo fajnych zabawek dla fotografa, w tym aparat Phase One z przystawką P65+

Obiekt znów był czarny, błyszczący, okrągły i wielki. Ale tym razem było znacznie trudniej. Robert Majkut zaprojektował bowiem fortepian Whaletone kojarzący się z wielorybem, orką czy rekinem. Skojarzenia są tu zależne od kąta pod jakim patrzymy na niego.
Wyobraźcie sobie po prostu wielkie czarne jajo, odbijające wszystko co znajdzie się w okolicy, które musicie sfotografować, a poczujecie w czym jest problem. Z tego powodu mieliśmy właśnie fotografować w Tęczy, w Studio 1, które ma cykloramę z zadaszeniem, podobno jedyną taką w Polsce.   Niestety, fortepian okazał się o kilka centymetrów za szeroki by wjechać do studia. Dostaliśmy więc do dyspozycji Studio 6, gdzie była normalna cyklorama, za to miejsca było pod dostatkiem.

Studio bardzo komfortowe, ze świetną obsługą, dobrą kawą i co tego upalnego dnia było najważniejsze, klimatyzacją :) Dwóch fajnych chłopaków Konrad i Marek, którzy niejedną sesję już widzieli, byli odpowiedzialni za sprzęt i bardzo chętni do pomocy. W zasadzie nie musiałbym sam nic robić. Ale oczywiście moja natura nie pozwala by stać i wydawać polecenia. Muszę sam wszystko dotknąć, pomacać i pokręcić. Dopiero gdy czuję sprzęt, wiem czego mogę wymagać od asystenta.
Ponieważ pierwszy raz pracowałem na Broncolorze, musiałem osobiście ponosić sobie generatory, zakładać czasze i nauczyć się obsługi. Sprzęt naprawdę fajny, ale pewien problem sprawiło mi wyczucie tego jak świecą czasze. A była to kluczowa sprawa, gdyż całe oświetlenie zbudowane było na  świetle odbitym od ścian. Od tego bowiem jaki mogliśmy zrobić blik na ścianie, zależało to jak ułoży się światło na fortepianie.  Przy okazji wyszedł jeden problem, którego nie przewidziałem. Spodziewałem się, że powierzchnia cykloramy będzie gładka, a niestety nie była. W wielu miejscach była wyraźna faktura spowodowane wielokrotnym malowaniem i łataniem dziur. Gdy zaświeciliśmy w takim miejscu światłem bocznym, faktura była bardzo wyraźna i dokładnie tak odbijała się w fortepianie. Wyglądało to jakby lakier był nierówny i spękany.

W kilku ujęciach wykorzystaliśmy też wielkiego butterfly’a używając go jako mobilną ścianę. I tu też nie spodziewałem się, że tkanina będzie składała się z trzech części. Trzeba było tak manipulować nim, by miejsce łączenia tkanin nie odbijało się w newralgicznym miejscu, np. na środku logo.

Pierwsze ujęcie jak zawsze pochłonęło najwięcej czasu i kawy. Kolejne poszły już dużo szybciej, co wcale nie oznacza, że szybko. Każde przestawienie Whaletone’a wymagało pracy całej ekipy. Fortepian miał wprawdzie koła, ale przy wadze około 500 kg ( ! ) posiadał bezwładność godną wieloryba. W praktyce przejechanie nawet jednego metra wyglądało tak, że połowa ludzi go pchała, a druga połowa hamowała :) Potem za każdym razem wędrowaliśmy po całym studio z aparatem i podpiętym do niego Makiem Pro, by za chwilę stwierdzić, że jednak obrócimy fortepian o parę stopni, co skutkowało przesunięciem aparatu i kompa o parę metrów.

Mieliśmy cztery głowice do dwóch generatorów Broncolor, ale przez większość czasu używaliśmy tylko dwóch lub trzech. W zasadzie praca przypominała fotografowanie samochodu. Tylko, że w samochodach zawsze jest jakaś krawędź, przetłoczenie, które można wykorzystać by pokazać kształt, a tu praktycznie nie było nic, same zaokrąglenia. Nie mówię, że było beznadziejnie, zawsze mogło być gorzej, wystarczyłoby zrobić Whaletone’a w wersji chromowanej :) Ale nawet czarny sprawiał dużo kłopotów.

Teraz obrabiamy jeszcze zdjęcia. Dzięki temu przyglądam się dokładnie plikom z P65+ i niedługo będę  mógł więcej powiedzieć na temat jakości tej przystawki. Wątpliwości jednak nie ma, to świetny sprzęt, ale… o tym kiedy indziej :)

Tak wyglądają moje zdjęcia na stronie Roberta Majkuta
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
backstage, Jak to zrobiłem, sesja, sprzęt
komentarz

5 lipca 2013

| przez Artur Nyk

Ferrari California

Pamiętam dokładnie dzień gdy po raz pierwszy spotkałem na Katowickich drogach Ferrari. Było to ciepłe niedzielne przedpołudnie gdy na ulicach nie było prawie żadnego ruchu. Czerwona 430 pojawiła się nie wiadomo skąd za mną. Stanęliśmy razem na światłach przed wjazdem do tunelu pod rondem. Wyłączyłem radio, otworzyłem wszystkie okna w samochodzie i gdy zapaliło się zielone spokojnie ruszyłem. W tunel byliśmy tylko my i oszałamiający dźwięk silnika Ferrari. Słuchałem tego jak najpiękniejszej muzyki.

Następnego dnia miałem identyczny samochód fotografować w Częstochowie i nawet przez chwilę podejrzewałem, że to ten sam ale nie miałem racji. Nigdy więcej już nie spotkałem czerwonej 430 na katowickich numerach.

Z podobnymi emocjami przyjechałem do serwisu Ferrari by sfotografować srebrną Californię. Poprzednie dwa dni spędziłem na przygotowaniach do sesji. Przejrzałem setki zdjęć szukając odpowiedniego kąta, pod którym samochód wygląda najlepiej i miałem już głowie plan jak chcę go oświetlić. Zdjęcie miało być w półmroku, a kształt samochodu narysowany tylko kilkoma blikami.
Ponieważ pomieszczenie serwisu było całe białe, przywieźliśmy cały arsenał czarnych tkanin do wysłaniania.
Serwis idealnie przygotował już Californię do zdjęć i gdy po sprawdzeniu kilku ustawieniach samochodu ( ten dźwięk przegazowania po odpaleniu silnika…. ) zostało mi więc tylko ustawienie światła.

Najważniejsze było znalezienie bazowego światła. Zrobienie detali jest już znacznie prostsze. Mając już doświadczenia z innych sesji tego typu oświetliliśmy też samochód pod wszystkimi możliwymi kątami, jakie przyszły mi do głowy, tak na wszelki wypadek. Czasem brakuje jakiegoś jednego małego bliku, a czasem w postprodukcji okazuje się, że zaplanowane światło w jednej części nie współgra z drugą i wtedy przydaje się teoretycznie niepotrzebna klatka.
Wykorzystałem głównie ostre, standardowe czasze Elinchrom i jedynie grill i wnętrze oświetlone jest stripem. Dodatkowo kilka małych detali oświetliłem zwykłą jarzeniówką o niby białym świetle.
Aby być pewnym, że ostrość i ogniskowa nie zmieni się ani o ułamek milimetra, zakleiłem dokładnie cały obiektyw taśmą klejącą. Nie udało mi się znaleźć na tyle odejścia by założyć stałkę 50mm i musiałem zadowolić się 45mm w moim średnio ulubionym 24-105/4 L IS

Moja bazowa klatka

Gdy ja skończyłem, do akcji weszła Gosia. I już po czterech dniach i przegadanych kilku godzinach o wyższości mniejszego bliku nad większym i odwrotnie, mogłem wysłać do Ferrari gotowe zdjęcie :)
Reklama z tym zdjęciem ukaże się lada dzień i czekam na to z niecierpliwością.

A tym czasem… odbyłem dzisiaj z Gosią kolejną dyskusję nad wyborem oświetlenia zderzaka w czarnym FF. Gosia pracuje :)

Ministerstwo Głupich Kroków poleca kroki w moim wykonaniu

klient : Ferrari Katowice
fotografie : Artur Nyk
postprodukcja : Gosia Kłosowska
backstage : Michał Krawczyński

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
backstage, dobre zdjęcia, Elinchrom, Jak to zrobiłem, reklama, samochody, sesja
komentarz

27 maja 2013

| przez Artur Nyk

Na warsztatach fotograficznych byłem

Zwykle sam prowadzę warsztaty, ale tym razem to ja pojawiłem się jako uczestnik. Decyzję podjąłem impulsywnie, tak jak decydujemy się czasem na dodatkowy batonik przy samej kasie.
Tym, co skusiło mnie do szybkiego wysłania przelewu, było słowo „motoshoot” w tytule warsztatów.
Na dodatek cena była bardzo niska, a program wyjątkowo bogaty. Trochę obawiając się, co to tak naprawdę będzie, pojechałem do Warszawy.

W studiu Sensi imprezę organizował XXLstock, jak nie trudno zgadnąć, firma tworząca bank zdjęć ( mnie też się kiedyś wydało, że to prosta sprawa… ).
Zaczęliśmy od wykładu Piotra Frankowskiego na temat sposobów fotografowania samochodów. To jeden z punktów programu, który mnie interesował, od wielu lat czytałem artykuły Piotra i byłem bardzo ciekawy, co opowie. Opowiadał interesująco i wiele z jego rad wziąłem sobie do serca. Niestety opowieści ilustrował zdjęciami i tu miałem wrażenie, że jestem w ukrytej kamerze i ktoś zaraz wyskoczy i krzyknie : żartowałem :) Pierwsze zdjęcie było ekstra, ale każde następne było antytezą tego, o czym opowiadał. Gdy mówił o wyborze ciekawego tła, pokazywał samochód na tle kiepskiego muru z przypadkową reklamą. Gdy omawiał kompozycję, samochód był przypadkowo poucinany. Siedziałem, słuchałem i nie wiedziałem co mam o tym myśleć, bo to, co słyszałem, było bardzo ciekawe, a to co widziałem… Nie pojmuję tego :)

Przez dwanaście godzin działo się bardzo dużo. Wykład o prawie autorskim, fotografowanie kilku modelek w różnych stylizacjach przy Lancii Ypsylon, pokaz specjalnych kosmetyków do szybkiego przygotowania samochodu na sesję, fotografowanie Leicami i coś, co początkowo traktowałem jako miły dodatek, a co stało się najciekawszym punktem programu – wykład połączony z ćwiczeniami prowadzony przez Miguela Gaudencio, Portugalczyka, urodzonego w Mozambiku i żyjącego teraz w Szczecinie. 
Miguel opowiadał o swoim sposobie pracy, przygotowaniach do sesji i mocno podkreślał, jak ważne jest precyzyjne wytłumaczenie modelce, czego od niej oczekujemy na sesji. Zaproponował nam, byśmy spróbowali zupełnie innego sposobu pracy ze światłem. Zamiast korzystać z błysku, mieliśmy zrobić serię zdjęć tylko na świetle zastanym, na dużych czułościach i małych przesłonach. Prawdę mówiąc, już dawno obiecywałem sobie, że zrobię taką studyjną sesję, ale jakoś nie mogłem się za to zabrać. Mam wbite w głowę przekonanie, że pracować można tylko na najniższych czułościach, co zmusza w studio do pracy na błysku. Raz już wprawdzie zrobiłem nawet komercyjną sesję wykorzystując czułości 1000 – 1600 ISO, ale nawet wtedy błyskałem.

Miguel przekonywał, że pracując na świetle zastanym mamy wielką przewagę, gdyż odpadają nam dwa problemy związane nierozłącznie ze światłem błyskowym.
Po pierwsze – nie jesteśmy skazani na oczekiwanie na naładowanie lamp. Nawet przy najszybszych lampach, możemy fotografować maksymalnie tak szybko, jak szybko ładować się będą lampy. Przy dużych mocach może to oznaczać np. 2-3 sekundowe przerwy. Przyznam, że czasem to mnie denerwuje, bo zdarzają się modelki tak dobrze pracujące, że nawet dwie sekundy przerwy wydają się koszmarnie długim oczekiwaniem. To zaburza rytm pracy i często tracę naturalność najlepszego gestu czy miny, gdy muszę poczekać jeszcze chwilę na gotowość lampy.
Po drugie, ustawianie światła błyskowego bardzo często wymaga dużej precyzji. Gdy modelka przesunie twarz lub przejdzie mały krok do tyłu, światło może się bardzo zmienić na niekorzyść. W ten sposób straciłem wiele fajnych ujęć, bo nie dało się już ich potem dokładnie tak samo powtórzyć. Tem argument przekonuje mnie więc bardzo i na pewno będę teraz dużo więcej używał światła zastanego, naturalnego lub sztucznego.

A to jedno ze zdjęć, które zrobiłem w trakcie warsztatów. Oczywiście, że na błysku dałoby się zrobić podobne zdjęcie, ale… to jest jakieś lepsze w tym przypadku. Chyba będę musiał przetestować ta same kadry na błysku i w zastanym świetle. A swoją drogą to uwielbiam ten obiektyw 50/1,4 :)

„Prawdziwe” zdjęcie, bez obróbki :)


Źródłem światła była bardzo duża octa ( nie pamiętam dokładnie, ale jakoś w granicach 150-200 cm ).

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
foto mądrości, porady, warsztaty
komentarz

Asystent fotografa czyli praca dla desperatów

Opublikowane w asystent fotografa, foto mądrości, porady |

28 kwietnia 2013

| przez Artur Nyk | 13 komentarzy

Kilka razy pisałem już o roli asystentów fotografa, ale dzisiaj chciałbym spojrzeć na to trochę z innej perspektywy. Pomówmy o tym jak zostać asystentem.
W ciągu dwudziestu lat mojej pracy odbyłem mnóstwo rozmów z osobami, które chciały zostać moim asystentem. W sumie przewinęło się grubo ponad pięćdziesiąt osób, ale tylko kilka zostało mi w pamięci. Byli to ci ludzie, którzy na poważnie podchodzili do swojej pracy i dobrze wiedzieli czego chcą. Cała reszta traciła po prostu czas, głównie swój własny.

Wybór fotografa to podstawa…

…bo jak się uczyć to od najlepszych. Nie ma sensu iść do byle kogo, skoro można poszukać fotografa, który robi to co nas najbardziej interesuje. Nie można wychodzić z założenia, że dobry fotograf nie będzie chciał z nami rozmawiać. Oczywiście, że ci najlepsi mogą mieć długą kolejkę chętnych, ale nie jest to powód by rezygnować. Zawsze bowiem jest szansa, że pojawimy się w dobrym momencie, gdy akurat fotograf będzie miał potrzebę zwiększenia ekipy, albo też stali asystenci zachorują, wyjadą na wakacje lub po prostu odejdą na swoje. Jak już kiedyś pisałem, trzeba czasem mieć szczęście :) Nie bez znaczenia jest też…

…poziom desperacji kandydata.

Moi najlepsi asystenci zostali nimi nie dlatego, że to ja chciałem z nimi pracować, ale dlatego, że to oni chcieli pracować ze mną. Jeśli napiszecie do jakiegoś fotografa z propozycją asystowania i nie dostaniecie odpowiedzi, to jeszcze nie oznacza, że nie jest on zainteresowany. Wysoce prawdopodobne jest, że nie miał czasu odpowiedzieć na mail. Mnie bardzo często się zdarza, że odkładam taki mail na bok by odpowiedzieć później w wolnej chwili, a ponieważ taka nie nadchodzi, zapominam o nim. Tak na marginesie, ostatnio przez tydzień nie sprawdzałem maili na laptopie i gdy go w końcu włączyłem, zobaczyłem info : 1029 nieprzeczytanych mail i to już z odfiltrowanym spamem :) Jeżeli więc nie dostaniecie odpowiedzi, napiszcie po tygodniu lub dwóch kolejnego maila. W końcu dostaniecie odpowiedz i może fotograf zaprosi na….

…pierwszą rozmowę.

To zdecydowanie jeden z najtrudniejszych etapów kariery asystenta. Krótka rozmowa może zdecydować o być albo nie być. Jedni fotografowie będą chcieli zobaczyć portfolio, inni spytają o znajomość sprzętu albo o powód wyboru właśnie tego fotografa. Warto się do takiej rozmowy przygotować i dowiedzieć się jak najwięcej na temat swojego przyszłego bossa. Nie ma nic bardziej denerwującego, niż gdy przychodzi do mnie taki delikwent na rozmowę i pyta jaką fotografią się zajmuję…
Dobrze jest powiedzieć, które zdjęcia fotografa najbardziej przypadły nam do gustu, przyznać się szczerze co już umiemy, a czego chcemy się nauczyć. Jeżeli będziemy mieli trochę szczęścia fotograf obieca, że będzie o nas pamiętał przy najbliższych sesjach.
Tu ważna sprawa. Trzeba założyć, że fotograf jednak nie będzie pamiętał :) Ja od pewnego czasu stosuję zasadę, że daję szansę wielu ludziom, ale sprawdzam kto jest rzeczywiście zdesperowany. Jeśli ktoś bardzo chce ze mną pracować, to będzie się przypominał, aż zabiorę go na sesję.
Wtedy okaże się, czy wie ….

…. na czym polega praca asystenta

Aby zostać asystentem najpierw trzeba wiedzieć po co się nim zostaje. Sporo ludzi ma nikłą wiedzę jak wygląda praca przy sesjach i wyobraża sobie, że asystent zajmuje się fotografowaniem. Tymczasem asystent robi wszystko poza fotografowaniem. Trzeba być przygotowanym, że na początku będziecie zajmować się tak kreatywnymi zajęciami, jak noszenie walizek ze sprzętem, myciem podłogi i oczywiście robieniem kawy. Z czasem zostaniecie dopuszczeni do bardziej odpowiedzialnych zadań jak zwiększenie mocy lampy, by wreszcie na koniec osiągnąć poziom Nieba Asystentów. To poziom, na którym fotograf powie : postaw mi tam jakieś światło do portretu, a Wy zrobicie to w trzy minuty, przypilnujecie wizażystkę i popijając kawę rzucicie w jego stronę uwagę : chyba nie chcesz tego robić tym obiektywem?
Niestety w Niebie nie da się za długo przebywać, bo robi się nudno i człowiek musi zejść na ziemię by…

…rozpocząć karierę fotografa.

Na początek warto znaleźć sobie asystenta, przecież nie będziecie sami nosić walizek ? :)

Follow on Bloglovin

20 lutego 2013

| przez Artur Nyk

Aperture vs Lightroom czyli test nieobiektywny

Przy okazji jednego z ostatnich postów na temat Aperture, jeden z czytelników o pseudonimie Kashiash, spytał, co zyska przechodząc z Lightrooma na Aperture. Uznałem, że to bardzo dobre pytanie, co najmniej tak samo ważne jak to, czy lepszy jest Canon czy Nikon. Wy oczywiście wiecie, co ja o tym sądzę :)

Aby podejść do tematu solidnie, ściągnąłem trial Lightrooma, by zobaczyć, co się pojawiło nowego w czwartej wersji. Przyznaję się, że nie poświęciłem kilkunastu godzin na dogłębne poznanie wszystkich funkcji i mogę się mylić co do szczegółów.
Aby było łatwo porównać oba programy, stworzyłem katalog z trzydziestoma zdjęciami i wgrałem do każdego z programów. Nie będzie to kompletny test, a raczej skupienie się na istotnych różnicach. Nie miejcie wątpliwości, że wychodzę z założenia o wyższości Ap, gdybym tak nie uważał, to nie używałbym go :) Postarałem się jednak znaleźć też wszystkie pozytywne cechy Lr. Ponieważ nie pracuję na nim, mogłem o czymś nie wiedzieć i przez to pominąć jakąś funkcję.
Interfejs ( albo jak kto woli interface )
Po odpaleniu Lr powitał mnie ten sam nielubiany przeze mnie interfejs. Wiadomo, to kwestia gustu, podobnie jak interfejs Nikona i Canona. Ale zawsze najbardziej bawił mnie dodany na końcu bocznego menu ornament :) 
Dla mnie, przyzwyczajonego od lat do Aperture, sposób prezentacji zdjęć, czy to całych, czy miniaturek, jest po prostu mało elegancki. Jednak najbardziej denerwujące było dla mnie zawsze przełączanie między Library, a Develop. W Aperture mogę wyświetlić miniaturki i na każdej z nich wprowadzać korekty ( np. by wyrównać kolor między nimi ), a tu nie mogę tego zrobić. To bardzo nieprzyjemne ograniczenie.
Brakuję mi też możliwości wyświetlania pełnego ekranu z jednym zdjęciem i panelu do obróbki.
W Lightroomie za to łatwiej włączyć niektóre funkcje np. można zobaczyć, jak wygląda zdjęcie w wersji czarno-białej, naciskając po prostu V. W Aperture trzeba przesunąć suwak lub włączyć w menu odpowiedni preset. Naciskając jeden klawisz, możemy też zobaczyć wszystkie przepalenia na zdjęciu, w Aperture trzeba nacisnąć kombinację trzech. To niby taki mały detal, ale gdy robimy to kilkadziesiąt razy przy obróbce jednego zdjęcia to już robi to różnicę.
Podaję tu oczywiście tylko przykłady, robienie dokładnej analizy guzikologii nie jest moim celem :)

Tak wygląda Aperture w momencie obróbki zdjęcia i wyświetlenia wszystkich możliwych informacji
W Lightroomie natomiast wygląda to tak

Obróbka zdjęć (albo wywoływanie )
Znacznie lepsze niż, w wersji 3, są teraz pędzle. Wreszcie można ich prawie normalnie używać, bo wcześniej były to jakieś dziwolągi. Prawie, bo szybko zauważyłem bardzo dziwną rzecz. Gdy ustawimy jeden pędzel na zmniejszenia saturacji i zdejmiemy kolor ze zdjęcia, a następnie weźmiemy drugi pędzel i ustawimy go na zwiększanie saturacji i przejedziemy po tym samym obszarze zdjęcia co poprzednio to odzyskamy kolor !!!!! Przecież to jest bez sensu. W Aperture, każdy kolejny zastosowany pędzel uwzględnia już efekt działania poprzedniego, a tu nie. 
Dla równowagi Lightroom ma coś, co chciałbym mieć w Aperture. Malując pędzlem maskę, można na niej zastosować działanie kilku ustawień, np. kontrastu i saturacji. W Aperture trzeba każdą maskę malować oddzielnie. A więc remis? Niezupełnie. W Aperture możemy bowiem zrobić maskę z  krzywych albo levelsów. Możemy też ustawić dany parametr na całym zdjęciu, a następnie wygumować pędzlem te obszary, gdzie nie chcemy tego ustawienia. Jest też świetna funkcja rozmywania brzegów maski, tak, jakbyśmy rozmazywali palcem rysunek robiony węglem. Ja bardzo często z tego wszystkiego korzystam. 
Mam zastrzeżenia do zakresu działania niektórych funkcji. Np. kontrastu nie można pociągnąć w zbyt dużym zakresie.. Ale już ekspozycja ma teoretycznie dużo większy zakres niż w Ap. Teoretycznie, bo na suwaku możemy ustawić maksymalnie +5, podczas gdy w Ap +2, jednak w Ap, gdy dojdziemy do maksimum, to możemy wpisać dowolną wartość, aż do +9,99, czyli dwukrotnie większą. Podobnie możemy robić z prawie wszystkimi innymi funkcjami.
W Lr nie da się wyświetlić dwóch wersji tego samego zdjęcia i każdej z nich obrabiać inaczej. Tu zdjęcie prześwietlone jest o 5 działek
W Ap można wyświetlić kilka wersji tego samego zdjęcia i każdą obrabiać zupełnie inaczej. Tu mamy oryginał, prześwietlenie o +5 i o +9,99. Zauważcie też, że +5 w Ap to trochę mniej niż +5 w Lr

Bezsprzecznie zaletą Lr jest wbudowana korekcja obiektywów, podobnie jak w Photoshopie. Tego brakuje mi w Ap.
Natomiast brakuje mi w Lr łatwego resetu poszczególnych sekcji. Może jakoś da się to zrobić, ale mnie nie udało się tego znaleźć.
Zdecydowanie też wolę Ap, jeśli chodzi o sposób wyświetlania informacji o zdjęciu. Panel, który przypomina wyświetlacz aparatu, jest bardzo przejrzysty.

Zarządzanie fotografiami 

No i jakby to powiedzieć…. by nie powiedzieć, że tu Lr nie ma czego szukać? Apple pokazało tu, że wie jak powinno wyglądać zarządzanie dużą biblioteką zdjęć. Nawet jeśli jest to bardzo duża biblioteka. Lr na starcie zaproponowało mi, że doda zdjęcia do biblioteki, ale same zdjęcia pozostaną tam, gdzie są. Dla większości tego typu rozwiązanie wyda się najbardziej naturalne. Ale to nie oznacza, że najlepsze. W Ap tego typu rozwiązanie też jest możliwe i gdy rozpoczynałem moją przygodę z tym programem, też wybrałem tę opcję. Po miesiącu miałem już taki bałagan w zdjęciach, że mogłem zrobić tylko jedno. Wszystko wyrzucić i zacząć jeszcze raz. Taki był efekt, że raz oglądałem zdjęcia przez Ap, raz bezpośrednio z poziomu systemu i tu coś wyrzuciłem, tam coś przeniosłem, a na końcu zrobił się czysty chaos.
Tym razem zrobiłem  to po bożemu, czyli pozwoliłem, by Ap założył swoją własną bibliotekę i tam wrzucił wszystkie pliki. Miałem wprawdzie wrażenie, że wrzucam zdjęcia do czarnej dziury, w której nie mam pojęcia co się dzieje, jednak po jakimś czasie przekonałem się, że to wszystko działa i dzięki temu mam już porządek.
Ap pozwala na tworzenie katalogów, projektów, albumów, inteligentnych albumów i stołów świetlnych. Dzięki temu możemy budować różne struktury katalogów w zależności od naszych potrzeb. Co najważniejsze, jedno zdjęcie może być w wielu albumach, fizycznie będąc tylko w jednej kopii na dysku.  Wyobraźcie sobie, że macie dużą kolekcję zdjęć przyrody i chcecie je podzielić na tematyczne albumy : woda, góry, las. Gdzie w takim razie umieścicie zdjęcie górskiego potoku wypływającego z lasu? Oczywiście wrzucicie to zdjęcie do każdego z tych albumów, choć fizycznie będzie na dysku tylko w jednej kopii.

W Lr też można skopiować zdjęcia do nowego miejsca, ale nie powstanie z tego biblioteka jak Ap. Mimo, że wskazałem mu katalog, gdzie chciałem trzymać zdjęcia, Lr zrobił w nim osobne katalogi i podkatalogi w/g dat stworzenia plików

Lr automatycznie podzielił zdjęcia w/g dat, zamiast stworzyć jeden katalog
Jeden projekt i kilka albumów, które potem stworzyłem

Różnice znajdziemy też w sposobie wyświetlania zaznaczonych zdjęć. Tu każdy program ma swoje wady i zalety. Lr potrafi wyświetlić więcej zdjęć, jednak robi to w dokładnie takiej kolejności, jak są segregowane. Ap wyświetli maksymalnie 12 zdjęć, ale można to zrobić w dowolnej kolejności.

Lr ma jedną ciekawą funkcję, można naciskając klawisz L podświetlić tylko zaznaczone zdjęcia.

Ap natomiast potrafi wyświetlić wszystkie zdjęcia naraz na pełnym ekranie i obrabiać je. Czyli co komu jest potrzebne :)

I na koniec przełączane biblioteki. Nie pamiętam już, kiedy Ap je wprowadził, ale nie wiem, jak mogłem bez nich funkcjonować :). Mam więc kilka różnych bibliotek stałych, stworzonych tematycznie, a także dlatego, że mam za dużo zdjęć, by wszystko ( również to co mało ważne ) trzymać w jednej.
Tworzę też biblioteki doraźnie np. gdy wracam z sesji to mogę z laptopa wyeksportować jeden projekt z właśnie zrobioną sesją jako bibliotekę. Dzięki temu, wszystkie opisy, zaznaczenia, obróbki, które zrobiłem w czasie sesji, przenoszę automatycznie. Wystarczy potem tylko wgrać na główny komputer nową bibliotekę i albo zostawić ją jako osobną, albo złączyć z inną.
Często też, jako kompletną bibliotekę, wysyłam Gosi zdjęcia do obróbki. Dzięki temu widzi, które zdjęcia zaznaczyłem, które wstępnie obrobiłem itd.
Możemy też bibliotekę Ap otworzyć na dowolnym Macu przez iPhoto.

I cała reszta ( w tym jedna super ważna rzecz )

Od przedniej wersji zmieniło się tu w Lightroomie dużo ważnych rzeczy. Przede wszystkim pojawiły się prawie wszystkie funkcje, które do tej pory były tylko w Aperture. Jest więc narzędzie do tworzenia książek i portfolio w pdfie oraz geotagowanie. Są stacki czyli grupowanie zdjęć w stosy, gdzie możemy wyświetlić się tylko jedno zdjęcie leżące na samej „górze”, a w razie potrzeby rozłożyć cały stos i zobaczyć wszystkie zdjęcia.
Celowo też nie wymieniam całej masy rzeczy, które są w obu programach i działają podobnie, jak choćby presety czy sterowanie aparatem. Trzeba przyznać, że oba programy nawzajem zapożyczają od siebie najróżniejsze funkcje. I bardzo dobrze, my użytkownicy tylko na tym korzystamy.

Jest jeszcze jedna ważna różnica, która sprawia, że już tylko z tego powodu warto wybrać Ap.
Jest to Vault czyli kopia zapasowa. Czegoś takiego Lr nie posiada, a ja nie wyobrażam sobie, by nie posiadać aktualizowanych prawie codziennie kopi zapasowych moich bibliotek.
Tu znowu pojawia się temat bibliotek, jakie tworzy Ap. Dzięki temu, że wszystkie zdjęcia, metadane, ustawienia obróbki, struktury katalogów itd. są w jednym miejscu, można bardzo łatwo zrobić kopię.
Działa to w taki sposób: Na początku wybieramy inny dysk i program robi tam kopię całej biblioteki. Gdy potem zaimportujemy do naszej biblioteki następne zdjęcia lub jakieś skasujemy albo obrobimy coś czy dopiszemy nowe słowa kluczowe to system wykryje, że „tu zaszła zmiana” i można zrobić nową kopię. Robimy to przez naciśnięcie jednego przycisku, a wtedy wszystkie kopie automatycznie się zaktualizują. Jeżeli skasowaliśmy zdjęcia, to zostaną one usunięte z kopii i umieszczone w katalogu „usunięte pliki” – to dodatkowe zabezpieczenie przed przypadkowym skasowaniem zdjęć. Zawsze możemy je wtedy odzyskać.
Z kopii możemy odzyskać całą kompletną bibliotekę Ap, podobnie jak z Time Machine możemy odzyskać cały komputer.

Tu widzicie dwie kopie tej samej biblioteki, które są na dyskach podłączonych na stałe i jedną kopię na zewnętrznym dysku, teraz odłączonym

Podsumowanie

Nie wiem czy Was przekonałem do Ap, ale pokazałem najważniejsze różnice. Ja nie mam wątpliwości, że Ap jest dla mnie dużo lepszy. Czekam tylko z niecierpliwością na kolejną wersję. Aktualna jest już dosyć stara, a mimo to i tak świetnie sobie radzi. Gdy pojawi się nowa, wyczekiwana chyba tak samo jak nowy Mac Pro, to zapewne będzie jeszcze ciekawsza.
Nie opisałem tu całej masy funkcji, bo pisałbym pewnie jeszcze przez tydzień. Na koniec wspomnijmy jeszcze o cenie. Lr kosztuje około 480 zł, Ap około 260 zł :)

Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, foto mądrości, porady, Spytaj Artura, test
komentarz

7 lutego 2013

| przez Artur Nyk

Okno na świat czyli moja nowa kariera

Dzisiaj wszystko się zmieniło. Wreszcie otworzyły się przede mną nowe horyzonty. Zrealizowałem coś co od dawna chodziło mi po głowie, coś co udało mi się zrobić mimo wielu przeciwieństw losu, niezdecydowania, odkładania na później, poważnych wątpliwości i lenistwa.
Oto co zrobiłem : umieściłem pierwsze fotografie w dużym banku zdjęć :)))) To naprawdę wielkie wydarzenie :)

Tak, w sumie to wstyd, że zrobiłem to dopiero teraz. Tysiące zdjęć, lepszych czy gorszych, ale jednak doskonale nadających się do sprzedaży, zalega całkowicie bezproduktywnie na moich dyskach. W ciągu roku sprzedaję zawsze trochę gotowych zdjęć i doskonale sobie zdaję sprawę, że to dobry dodatkowy zastrzyk pieniędzy. Nic tak w końcu nie cieszy jak wystawienie faktury ( najlepiej po raz kolejny ) za gotowe już zdjęcie.

Od ładnych pary lat myślałem o tym by wrzucić moje fotografie do jakiegoś banku. Ba, nawet sam taki z kumplem założyłem kiedyś. Funkcjonowaliśmy przez rok czy dwa i przez ten czas poznałem całe mnóstwo problemów jakie się z tym wiążą. Od zagadnień prawnych, przez techniczną ocenę jakości zdjęć, opis ( opis to największe utrapienie ), po przede wszystkim zdobycie materiału do banku.
Razem z Szymonem pomyśleliśmy, że skoro każdy z nas ma mnóstwo zdjęć i znamy wielu innych fotografów, którzy też mają mnóstwo zdjęć, to zdobycie fotografii nie będzie trudne.
Myliliśmy się i to bardzo. Namówienie innych fotografów by przygotowali nam swoje zdjęcia, okazało się syzyfową pracą. Wymaganie od nich, by na dodatek je dobrze opisali, było już ponad nasze siły. Dostawaliśmy więc czasem materiał zupełnie nieprzebrany, bez opisów, albo zdjęcia z ramką, napisem „Jola” i w rozdzielczości 1000×700 px.
W sumie zarobiliśmy tyle, ile włożyliśmy w ten interes, więc nie było tak źle, a przy okazji sporo się nauczyłem i poznałem trochę fajnych ludzi.

Od tego czasu myślałem, by wrzucić zdjęcia do jakiegoś dużego banku. Moje wątpliwości, budził jedynie kwestia,czy jest sens wystawiać zdjęcia po 1$ i czerpać z tego parę centów zysku, skoro to samo zdjęcie czasem udaje się sprzedać za kilkaset złotych. Otóż słowo „czasem” wydaje się być tu kluczowe :) Mimo bardzo niskiej kwoty jaką mogę otrzymać za sprzedane zdjęcie w banku, zysk ma szansę być znacznie większy. Taką mam nadzieję :)

Nie była to moja pierwsza próba. Jakiś czas temu opisywałem już na blogu moją przygodę z iStockiem.  Już prawie wtedy przeszedłem kwalifikacje, ale było to tak skomplikowane, że sobie odpuściłem przed samą metą.

Tym razem trafiłem do banku Fotolia i to całkowicie przez przypadek. Dopiero później przypomniałem sobie, że czytałem sporo dobrych opinii o nim. Postanowiłem raz jeszcze podejść do tematu i sprawdzić jak bardzo upierdliwy system przyjmowania zdjęć tu mają.
Konta założyłem w trzy sekundy, szybko przeczytałem informacje na temat wrzucanych zdjęć i już po chwili byłem gotowy by umieścić pierwsze fotografie. Spodobała mi się spora przejrzystość informacji i bardzo uproszczone w stosunku do iStocku zasady.

System w miarę szybko pobrał moje zdjęcia, ale potem musiałem w każdym zdjęciu uszeregować słowa kluczowe w/g ważności, zakwalifikować do kategorii reprezentatywnej i konceptualnej ( brzmi groźnie, ale ławo można się w tym odnaleźć ), zaznaczyć czy decydujemy się na przyznanie Fotolii wyłączności na sprzedaż zdjęć i udostępnienie na licencji rozszerzonej. I teraz już możemy czekać na kasę. No prawie, bo zdjęcia dopiero muszą być zatwierdzone do sprzedaży. Właśnie dzisiaj po 7 dniach oczekiwania moje pierwsze dwa zdjęcia zostały zatwierdzone :)
W prawdzie na razie zatwierdzili dwa zdjęcia z trzydziestu jakie już wrzuciłem, ale może teraz pójdzie już szybciej.

Po zastanowieniu zdecydowałem się dać zdjęcia na wyłączność dla Fotolii. Nie łudzę się, że w najbliższym czasie, zabiorę się za kolejny bank. Zaletą wyłączności są oczywiście wyższe prowizje. Szczerze mówiąc to niezbyt dokładnie zainteresowałem się na jakim poziomie są prowizje. Zobaczyłem tylko, że można samemu określać cenę zdjęcia w pewnych narzuconych przez Fotolię granicach, gdy już osiągnie się trochę wyższy poziom sprzedaży.
Gdy poczytam o tym dokładnie, to zreferuję Wam. A teraz cieszę się moim pierwszymi zatwierdzonymi  zdjęciami. Teraz jeszcze tylko trzeba opisać i wrzucić parę tysięcy zdjęć :)

Jak widzicie moje okna na świat są zamknięte i zakratowane. Mam nadzieję, że to nie jest proroctwo :))))

PS. W metadanych wyświetlanych przez Aperture zrobiłem sobie nową pozycję : Fotolia. Będę sobie tam zapisywał status jaki mają zdjęć w Fotolii.

PS 2. Jeżeli chcecie poczytać o moich przygodach z iStockiem to znajdziecie je tutaj :

  • Jak zarobić na zdjęciach
  • Czekam
  • Jak zarobić na zdjęciach – cz.3 czyli Jestem Godzien
  • Jak zarobić na zdjęciach – cz.2
Codziennik Artura Nyk – blog o fotografii reklamowej
Aperture, foto mądrości, porady
komentarz
← 1 … 5 6 7 8 9 … 20 →

Kategorie

5Ds (5) akt (8) Aperture (46) Apple (24) architektura (18) asystent fotografa (3) b&w (5) backstage (76) Bowens (9) Canon (69) Capture One (5) dobre zdjęcia (53) do kawy (116) eduweb (7) Elinchrom (33) foto mądrości (177) fotopiwo (8) Jak to zrobiłem (91) Jak zostać fotografem (10) Lightroom (2) Mamiya (19) Nikon (19) Photoshop (25) plenery (27) podróże (13) porady (123) portret (6) realizacje (68) reklama (20) samochody (59) sesja (191) sprzęt (113) Spytaj Artura (33) sztuka (6) test (25) video (20) warsztaty (43)

Ostatnie wpisy

  • 10. Jak wybrać oświetlenie fotograficzne – Lampy LED
  • Gram z Wielką Orkiestra Świątecznej Pomocy
  • 9. Mit 2 – Jasny obiektyw zawsze jest najlepszy 
  • 8. Obalamy mity – Pełna klatka nie zawsze jest lepsza
  • 7. Kupujemy aparat. Czyli o wyższości Canona nad Nikonem. Albo odwrotnie.
  • 6. Potem będę dużo zlecał, ale…
  • 5. AAAAAA, zdjęcia oferuję tanio

Archiwa

  • marzec 2024 (1)
  • styczeń 2024 (3)
  • grudzień 2023 (7)
  • luty 2023 (1)
  • wrzesień 2020 (2)
  • sierpień 2020 (2)
  • luty 2018 (1)
  • maj 2017 (1)
  • kwiecień 2017 (1)
  • marzec 2017 (3)
  • luty 2017 (2)
  • październik 2016 (1)
  • kwiecień 2016 (3)
  • marzec 2016 (1)
  • luty 2016 (2)
  • styczeń 2016 (3)
  • grudzień 2015 (3)
  • październik 2015 (1)
  • wrzesień 2015 (2)
  • sierpień 2015 (1)
  • lipiec 2015 (1)
  • czerwiec 2015 (4)
  • maj 2015 (2)
  • kwiecień 2015 (3)
  • luty 2015 (2)
  • styczeń 2015 (14)
  • grudzień 2014 (21)
  • listopad 2014 (6)
  • październik 2014 (3)
  • wrzesień 2014 (2)
  • sierpień 2014 (4)
  • lipiec 2014 (1)
  • czerwiec 2014 (2)
  • maj 2014 (5)
  • kwiecień 2014 (5)
  • marzec 2014 (3)
  • luty 2014 (4)
  • styczeń 2014 (7)
  • grudzień 2013 (5)
  • listopad 2013 (6)
  • październik 2013 (4)
  • wrzesień 2013 (8)
  • sierpień 2013 (5)
  • lipiec 2013 (5)
  • czerwiec 2013 (5)
  • maj 2013 (1)
  • kwiecień 2013 (3)
  • marzec 2013 (3)
  • luty 2013 (4)
  • styczeń 2013 (6)
  • grudzień 2012 (8)
  • listopad 2012 (8)
  • październik 2012 (8)
  • wrzesień 2012 (1)
  • sierpień 2012 (11)
  • lipiec 2012 (8)
  • czerwiec 2012 (10)
  • maj 2012 (8)
  • kwiecień 2012 (8)
  • marzec 2012 (9)
  • luty 2012 (13)
  • styczeń 2012 (12)
  • grudzień 2011 (10)
  • listopad 2011 (16)
  • październik 2011 (20)
  • wrzesień 2011 (19)
  • sierpień 2011 (5)
  • lipiec 2011 (15)
  • czerwiec 2011 (26)
  • maj 2011 (19)
  • kwiecień 2011 (17)
  • marzec 2011 (16)
  • luty 2011 (24)
  • styczeń 2011 (20)
  • grudzień 2010 (18)
  • listopad 2010 (20)
  • październik 2010 (28)
  • wrzesień 2010 (22)
  • sierpień 2010 (14)

© Artur Nyk

↑

Polityka plików cookies

Mam najlepsze ciasteczka, idealne do kawy. Życzę miłego oglądania moich fotografii Odwiedź stronę Polityka plików „cookies” aby dowiedzieć się więcej.

Close